Przeszedł

cicho przez hol, mijając biuro przyjęć i udając się na tyły hotelu. Ciągnął za sobą uważne spojrzenie młodego recepcjonisty. Oszklone drzwi były szeroko otwarte i dosłyszał gwar rozmów i śmiechów. Falująca i pryskająca fontannami woda w okolonym palmami basenie wydawała się zapraszać do skoku. Miał ochotę od razu dać nura i zmyć z siebie to, co przeżył — coś go jednakże powstrzymało. Uzmysłowił sobie, że jest nie całkiem zdrowy i że w związku z tym powinien na siebie uważać. Łatwo było przegiąć pałę. Ostatecznie wyciągnął się ku słońcu na mokrym betonie, polewanym przez baraszkujące tu dzieciaki. Mógł wypożyczyć leżak, ale nie chciało mu się wracać do recepcji.

Anka była gdzieś daleko — nie wiedział jednak, gdzie. Może w Nazarecie, w bazylice Zwiastowania, najpiękniejszej świątyni katolickiej Bliskiego Wschodu, może nad Jeziorem Tyberiadzkim, może w Jerozolimie na Starym Mieście, a może na skraju rozległej Pustyni Negew, w okolicach Beer Szewy fundując sobie przejażdżkę wielbłądem? Z hotelu wymiotło również Gastona, a także Gertrudę i jej osiłka, chodzącego za nią niby cień. Paweł, załamany przygodą z Łazarzem, zrezygnował z wyprawy autokarem oraz ze zwiedzania zabytków, a teraz dumał, czy nie popełnił kolejnego błędu. Czy nie groziło mu, ze wpadnie z deszczu pod rynnę? Jego kłopoty zaczynały się zawsze wtedy, kiedy oddalał się od swojej grupy, skazując się na samotność. Wycofywał się niefortunnie z życia towarzyskiego, a przecież nie nadawał się do roli Robinsona, który potrafił wytrwać całe lata na bezludnej wyspie i przy tym nie zwariować. Obraz Łazarza, który wyłaniał się z grobu, rozmył się w jego wyobraźni i zastąpił go obraz ponętnej Gertrudy. Ta jednak nie pasowała do roli Piętaszka.

Ocknął się, gdyż ktoś go budził. Otworzył oczy i gwałtownie się poderwał, przerażony, że zrządzeniem losu znowu opuścił dwudziesty wiek. Stał nad nim porywczo gestykulujący młody Żyd z recepcji, posługujący się iwritem. Paweł z ulgą odetchnął. Nie rozumiał, co tamten mówił, ale domyślił się, o co mu chodzi. Było nieroztropnie dłużej wystawiać się do słońca. Uzmysłowił sobie, że chyba przespał z pół godziny. A przecież do Izraela przybył z opalenizną personalnego z młyna. To była prawie Afryka i można było spalić skórę na raka. Żyd pokazywał mu zadaszenie, ciągnące się pod palmami wzdłuż basenu. Tam chronili się prawie wszyscy, korzystający z uroków kąpieli. Musiał mu przyznać rację. Trochę zawstydzony wstał, ociągając się i kordialnie klepnął recepcjonistę w ramię, dając mu do zrozumienia, że docenia jego akcję ratunkową.

W cieniu nie czuło się żaru. A poza tym nieoczekiwanie znalazł się w zajmującym towarzystwie. Nie zdążył dokładniej się przyjrzeć leżącej po lewej ręce korzystnie się prezentującej brunetce koło trzydziestki, zadowolonej z tego, że obok niej się ulokował, ta była całkiem do rzeczy, bowiem zachichotały dwie wyzywająco ładne nastolatki, blondyneczki, wyciągnięte na rozłożonym po prawej stronie wielkim jak koc ręczniku kąpielowym w perskie wzory. Przyszło mu do głowy, że zmieściłby się na nim na trzeciego. Laski, że palce lizać! Wyglądały na nieco młodsze od Anki. Wydawać by się mogło, że niby pod dotknięciem zaczarowanej różdżki spłynęły tu specjalnie dla niego na latającym dywanie z baśni z tysiąca i jednej nocy. Nieco się zdziwił, nie pojmując, jak to się stało, że dotąd o nie się nie otarł. Może dopiero co przytargały się do Tel Awiwu? Chyba wpadł im już wcześniej w oczy, bo co rusz zachęcająco zerkały w jego stronę, nie pozwalając mu się skupić. Wprost czekały, by wcielił się w rolę Casanovy. Odepchnął od siebie pokusę, żeby do nich odważnie zagadnąć, bowiem odstraszył go język, którym się porozumiewały. Strzygł uszami, łapiąc obce słowa.

— Made in Hungary? — szepnął do siebie, oblizując spieczone wargi. — Chyba tak. Co za pech! I jak tu takie podrywać? Na migi?

Szczuplejsza laska uniosła się na łokciach, odsłaniając kształtne piersi, z trudem mieszczące się w opalaczu w kwiaty. Emanowała radością. Nie zatańczyłby z nią czardasza. Nie umiał. Nigdy nie miał do czynienia z Węgrami. Wrócił smutnymi myślami do Żyda, ostrzyżonego na króciutkiego jeża. Zaschło mu w ostach i oczyma wyobraźni ujrzał butelkę coca-coli w wypełnionym lodem posrebrzanym naczyniu na szampana. Podniósł się, ewentualne rendez-vous odkładając na później. Poczłapał do baru, mieszczącego się obok recepcji. Pamiętał, że wchodzili tam chłopacy w samych slipach.

Panował tu błogi spokój. Barman w białej koszuli i czarnej kamizelce z muszką pod szyją starannie przecierał kieliszki. Lśniły jak kryształ. Sprawnie działała klimatyzacja. Na ekranie czternastocalowego japońskiego telewizora toczył się zacięty mecz piłki nożnej. Głos był przyciszony. Kto z kim grał? Nie miał zielonego pojęcia. Chłopak zasiadł znudzony przy kontuarze, zamówiwszy ulubiony napój orzeźwiający. Jakiś czas tam tkwił, bezmyślnie wpatrując się w ekspres do kawy, który zdawał się działać na niego jak magnes. Coś kazało mu wrócić na pływalnię. Odrobina kofeiny zrobiła swoje, ożywił się, zapłacił i zabrał otwartą butelkę, popijając z niej po drodze małymi łykami. Eksponujące swe wdzięki nastolatki nie opuściły kolorowego ręcznika i wyraźnie się ucieszyły z jego powrotu. Nikt ich nie uprowadził. Latający dywan nie poderwał się do góry i nie zabrał ich do sułtańskiego pałacu. Radośnie poszeptywały, filując na niego i domyślił się, że o nim plotkują. Nie one jednak przykuły jego uwagę. Przetarł nieco nieprzytomne oczy, mrugając powiekami.

— Palma! — jęknął w stanie bezgranicznej rozpaczy, doznając nagle olśnienia. Przeszył go dojmujący ból. — To przecież symbol cierpienia... — ze zgrozą wymamrotał. Chyba jak każdy młodzian w jego wieku nosił się z cichą nadzieją, że los się do niego uśmiechnie i że szczęśliwie przebrnie przez życie, nie potykając się i nie wpadając w żadną ukrytą pułapkę. Nie dla niego były zmory, utrapienia i udręki.

Majestatycznie sięgała ku niebu, rozkładając nad ziemią koronę z zielonych odrośli. Nie różniła się niczym szczególnym od innych palm, okalających basen i wznoszących się w przylegającym do hotelu parku, jednak coś zdawało się szeptać chłopakowi do ucha, że jest inaczej. Zadarł wysoko głowę, lustrując ją tak, jakby była stutrzydziestodwumetrowym wieżowcem Shalom. Zbliżył się do twardego, spękanego pnia niczym do psychopatycznego starca, który chce mu chorobliwie narzucić swoją wolę.

Madziarki zaśmiewały się w obliczu jego cudacznych manewrów, widocznie bardziej fallicznie odczytując jej symbolikę i tym samym po swojemu odbierając jego intencje. Wstały, popychając jedna drugą i pokazując opalone zgrabne nogi. Wreszcie ta szczuplejsza odważyła się i podeszła do Pawła, wyciągając rękę w geście powitania. Twarz miała miłą, ujmującą i szczerą, a jeśli była zakłopotana, to tylko przez chwilę. Z uśmiechem się przedstawiła, zalotnie rzucając swoje imię. O dziwo, domyślała się, że chłopak jest Polakiem.

Nim zdążył cokolwiek wybąkać, poczuł na swojej dłoni jej ciepłe delikatne palce. Kogoś takiego jak on brakowało im do towarzystwa.


następny poprzedni