Z  radia

dobiegały dźwięki muzyki, śpiewał szwedzki zespół „Abba”, ale żywe tony wydawały się do Pawła nie docierać. Sterczał w łazience, nieruchomy jak słup soli i tępo się wpatrywał w swe przygasłe odbicie w lustrze. Miał opuchnięte powieki, worki pod oczami, a jego gładkie dotąd policzki zrobiły się krostowate i podejrzanie ceglaste. Wodził po nich ostrożnie palcami, wyczuwając, że są rozpalone. Jego czoło było jednak chłodne. Pozbierał myśli i wywnioskował, że powinien sprawdzić, czy nie ma gorączki, powlókł się więc do pokoju i wyjął termometr lekarski z kosmetyczki w neseserze. Strząsnął go, włożył sobie pod pachę i powrócił na stanowisko bojowe w łazience. Nadal lustrował z niesłabnącą uwagą osowiałą twarz.

— Wyglądasz, synu, jak siedem nieszczęść — jęknął wreszcie ze zgrozą. — I na co ci to było? Bawił cię marsz na azymut? Po co plątałeś się jak debil w pojedynkę po Betanii? Po co się wyrwałeś i polazłeś sam jeden do grobu Łazarza, zamiast potulnie powlec się tam z grupą? Trzeba było suszyć zęby jak Gertruda, przytakiwać Arabowi i udawać podziw dla Gastona, który odkrył w sobie powołanie do pstrykania zdjęć. Nie umiałeś zagrać roli zadowolonego z życia idioty? Musiałeś pokazać swoje ja?

Wyrzucił z siebie, co go gryzło i brzydko wydął usta. I pomyśleć, że jeszcze przed kilkoma dniami siedział mocno w siodle. Obejrzał wyciśniętą do końca tubkę pasty do zębów i odłożył ją na umywalkę. Zapasową miał w pokoju. Przemył twarz zimną wodą, bacząc na sterczący pod pachą termometr.

— Załatwiłem się na amen, jak pragnę zdrowia! — gorzko zawyrokował, powoli wycierając się hotelowym ręcznikiem.

Olśniło go z nagła pewne odkrycie i uczepił się go jak ostatniej deski ratunku. Był Europejczykiem, cywilizowanym białym, z czego wynikało, że musi w nim wziąć górę duch eksperymentatora. Liczyło się tylko to, co dawało się potwierdzić doświadczalnie. W przebłysku geniuszu podrapał się za uchem. Wszechwładna nauka, której prawidła uznawał jako student fizyki, oddając im nieomal boską cześć, podsunęła mu natychmiast rozwiązanie. Recepta była w gruncie rzeczy bardzo prosta.

— Ależ tak — rzekł z powagą do odbicia w lustrze. — Boże, jakież to oczywiste... — błazeńsko zachichotał, nieco się ożywiając. — Ha, ha, ha!.. — śmiał się, lecz nie bez odrobiny histerii. — Należało pstryknąć zdjęcie Łazarzowi, który z trudem wyłaniał się z grobu — perorował — a następnie to zdjęcie wywołać w ciemni. Byłby dowód jak nic. „Une photo, peut-être?!” — ironizował, powtarzając rzucone mimochodem słowa Afrykańczyka. Wyobraził sobie, że podnosi się z kamiennej płyty, na której przysnął, z rozmysłem zbliża się do Jezusa i jego uczniów z aparatem fotograficznym w ręku i wyniośle proponuje im zbiorowe ujęcie.

Opuściła go nagle energia. Uprzytomnił sobie, że od czasu do czasu miewa poronione pomysły. Wyjął termometr spod pachy, podejrzliwie mu się przyglądając. Srebrzysta rtęć podskoczyła w szklanym słupku wyżej niż się spodziewał.

Kiepsko spał tej nocy i wcale się temu nie dziwił. Wrócił myślami do Warszawy — do matki, która ostrzegała go przed wyprawą do Ziemi świętej i to bynajmniej nie z powodów finansowych. Z tym ostatnim sobie poradzili. Stała w białym kitlu w swym gabinecie lekarskim w szpitalu, przyglądając mu się z niepokojem. „Sesja letnia poszła ci dobrze, jesteś ambitny — usiłowała go przekonać — więc wziąłeś ją sprintem. Ale to się na tobie odbije. Przecież twój organizm nie jest z żelaza, nikt nie jest z żelaza...” Nie wzięła go w obroty jak pacjenta, tych miała wielu, gdyż była rozchwytywanym internistą, ani nie zasugerowała mu żadnych konkretnych badań lekarskich, więc zbagatelizował jej ostrzeżenia.

Westchnął, wkładając znowu termometr pod pachę. Uległ Ance, która z uporem go namawiała, by wybrali się razem gdzieś w świat. Klimat śródziemnomorski Pawła zawsze pociągał, więc ani chwili się nie wahał, polegając na jej gustach. Stanął przy oknie, przyglądając się drobnym białym obłoczkom. Chodziły mu po głowie połoniny, na zboczach których nie groziły mu żadne wizje. Tęsknił za sennymi Bieszczadami, za cichym Beskidem Niskim i Sądeckim. Tu był bombardowany nadmiarem wrażeń. A poza tym pod tą szerokością geograficzną nie dawało się uciec od wciąż żywej i powracającej jak bumerang przeszłości.

Termometr silnie strząsnął, nie chcąc, aby przypadkiem wpadł w ręce Anki. Wolał, by nie wiedziała, co się z nim naprawdę dzieje. Wyjął z neseseru obcisłe kąpielówki. Uznał, że trzydzieści siedem stopni z kreskami to jeszcze nie powód, żeby wcielać się w rolę obłożnie chorego i zabiegać o współczucie otoczenia. Należało zastosować inną terapię — może mało medyczną, ale skuteczną.

Nie musiał długo czekać na windę, ta bowiem akurat sunęła w dół. Charakterystyczny dźwięk, towarzyszący zatrzymującej się kabinie, sprawił, że Paweł przybrał natychmiast pozę zadowolonego z siebie faceta. Z wymuszonym uśmiechem na ustach wszedł do obszernej kabiny, w której stało już kilku innych gości hotelowych. Dwaj młodzi rośli Duńczycy, których zapamiętał z parkingu, głośno wymieniali uwagi na jakiś im tylko znany temat. Usłużny i cichy Japończyk o pooranej zmarszczkami twarzy usunął się z taktem pod ścianę.


następny poprzedni