Gaston

pojawił się przed chłopcem niby duch. Trzymał w dłoniach aparat fotograficzny. Porządny, z teleobiektywem.

— Une photo, peut-être? — usłużnie zaproponował.

Paweł niechętnie się skrzywił. Wolał sobie nie uzmysławiać, jak wypadłby na kolorowej fotografii. Nie wiadomo dlaczego przyszedł mu nagle na myśl nonsensowny dowcip o góralu, który prał kota. „Panocku, pierze się, pierze, ino się nie wyżymo!” Jego ktoś właśnie potraktował gorzej niż baca domowego czworonoga.

— Non, merci! — odrzekł, odwracając twarz od obiektywu i przenosząc się w stronę prostokątnego otworu.

Jak niemal wszyscy w jego wieku nie przepadał za pogrzebami, a żałobna czerń zbijała go z tropu. W niszy, do której zajrzeli, wypadało tu przecież zapuścić żurawia, nie działo się nic frapującego. I nie mogło się dziać. Wnęka stanowiła pamiątkę nieziemskiego cudu sprzed okrągłych dwóch tysięcy lat. Instynktownie zerknął na swój zegarek, jakby spodziewając się tego, że owalny cyferblat zdradzi mu, kto mu wykręcił złośliwy numer z niby-podróżą w czasie. Jednakże jego dwunastokaratowiec nie pokazywał takich rzeczy. Przecież nie liczył upływających wieków, tylko biegnące dużo szybciej minuty i godziny. Minęła na nim jedenasta i chłopak doszedł do przekonania, że przekimał trzy kwadranse, czekając na pozostałych. Nadal jednak nie wiedział, jak się znalazł w krypcie. Na pewno nie schodził po żadnych schodach, bo tego by nie zapomniał. Nie był durniem i pamiętał, co robił, a czego nie.

— Chłopie, nie wyglądasz ciekawie — rzekła wreszcie Anka z widoczną troską w głosie. Złość przeszła jej jak ręką odjął, gdy uzmysłowiła sobie, że z Pawłem naprawdę dzieje się coś niedobrego. Polak nie udawał. Był już niemalże w rękach kata, pragnącego wywiązać się z ponurej powinności. Miał oblicze skazańca i można było odnieść wrażenie, że za chwilę kornie poprosi o spełnienie swojej ostatniej woli. Pogłaskała go delikatnie po policzku. — Oczy masz podkrążone, dziwne to! — Spojrzała z nadzieją na Murzyna, ożywiona nagłą myślą. — Il n’est pas en bonne santé, n’est-ce pas? — zapytała. — Regardez! Vous étudiez la médecine...

Gaston z powagą skinął głową. Ujął w czarne ręce twarz Pawła, zaglądając mu w oczy. Aparat fotograficzny w futerale przełożył na ramię. Z zadziwiającą wprawą zaświecił maleńką latarką w jedną, a potem w drugą źrenicę, a wreszcie kazał chłopcu wysunąć język. Ten był pokryty białym nalotem. Paweł posłusznie poddawał się jego poleceniom, kątem oka rejestrując wyczyny Gertrudy. Kołyszący się na jednej nodze gladiator niebezpiecznie balansował nad wlotem do grobu. Było wielce prawdopodobne, że za chwilę tam wpadnie.

Gertruda uspokoiła się dopiero wtedy, kiedy podeszła do niej zasuszona staruszka z Czechosłowacji. Sklerotyczna dama zajęła rozdokazywaną laskę rozmową, co znudzony gladiator wykorzystał bez chwili wahania, wynosząc się po kruchych schodkach na górę.

— I co? — zapytała Anka, z aprobatą przyglądająca się medycznym zabiegom Gastona, mającego za sobą godziny praktyki szpitalnej i ćwiczącego się w stawianiu pierwszych diagnoz.

— C’est difficile à dire — powiedział. — Il est fatigué.

Paweł wyobraził go sobie w rozpiętym białym kitlu w drzwiach gabinetu lekarskiego. „Następny, proszę!”

— Widzisz, jesteś zmęczony — rzekła karcąco do chłopaka, nie dopuszczając więcej Murzyna do głosu i nie czekając na szczegóły medycznego rozpoznania.

Niedoszły pacjent gorzko się roześmiał, bowiem rozbawiło go nagłe skojarzenie.

— Trudno być przy tobie wypoczętym — rzucił zaczepnie. Zaraz jednak tego pożałował, ale było już za późno, aby ugryźć się w język. Wiedział, że jest zbyt osłabiony, by stawić czoła tej lamparcicy.

— Też mi coś?! — zasyczała i najeżyła się jak kotka. Nie skoczyła mu jednak do gardła. Przestała się nim zajmować i zamaszyście odwróciła się na pięcie, zabierając ze sobą wiernego kumpla z dyskoteki. Doszła widocznie do wniosku, że wystarczająco się wywiązała z powinności samarytańskich. Jeżeli pacjent kopał i wierzgał, to nie potrzebował żadnej pomocy.

Gertruda nadal gawędziła ze staruszką. Kasztanowe, lekko kręcące się włosy były spięte w kok i odsłaniały kształtną szyję. Chłopak przekrzywił głowę, dyskretnie ją obserwując i czując silniejsze bicie serca. Bluzkę miała rozpiętą, więc skromnie ominął wzrokiem głęboki dekolt. Wstrzymał oddech. Przy boku osiłka z Bawarii grała rolę pustej, malowanej lali, niezdolnej do przejawiania głębszych uczuć. Teraz zaś na jej delikatnej buzi o nieco zmysłowych wargach rysowała się troska. Staruszka powierzała jej swoje zmartwienia, a Pawła przeszyła zdumiewająca myśl, że śliczna dziewczyna ma dwie twarze, dwa oblicza — jedno dla efektu, na pokaz, do popisywania się przed rozhasanymi rówieśnikami, oraz drugie, ukrywane przed otoczeniem, w przeciwieństwie do tamtego prawdziwe, bo odsłaniające wrażliwą duszę. Mimowolnie porównał ją do ślimaka, który chowa się do wnętrza, wystawiając na widok publiczny twardą skorupę. Niemka spostrzegła się, że Paweł jej się przygląda i ostentacyjnie odwróciła się do niego plecami. Wzruszył ramionami i wspiął się po schodach, udając się śladem pozostałych. Został sam, opuszczony, z ciężkim bagażem nieziemskiego doświadczenia, które niezwyczajnie stało się jego udziałem. Do grobu nawet nie zajrzał. Poczuł się odrobinę winny, ale zaraz się rozgrzeszył. Za czym miałby teraz tam niuchać, skoro przecież był naocznym świadkiem tego, co się naprawdę stało w biblijnej Betanii? I to, kiedy?! Bagatelka! Dwadzieścia wieków temu! Sarkastycznie się roześmiał, ale sztuczny i wymuszony śmiech go nie uspokoił. To było straszne. Pojął, że utracił coś, czego żaden normalny człowiek nigdy w świecie dobrowolnie się nie wyrzeknie. Nieoczekiwanie ograbiono go z poczucia rzeczywistości. Jakiś przepotężny nurt porwał go jak płatek róży, zakręcił nim i cisnął w otchłań bez dna. Znokautowano go. Odniósł wrażenie, że przypomina bezwolnego komiksowego bohatera, który ogarnięty poczuciem bezpieczeństwa z wieczora błogo zasypia w swoim łóżku, jednak z rana z przerażeniem się budzi w lodowatych przestrzeniach kosmosu, daleko od swego domu, gdzieś w okolicach Jowisza lub Saturna. Te posępne i czarne jak kruk myśli towarzyszyły mu w drodze do autokaru i nieomal jak pijawki przyssały się do niego, nie chcąc go opuścić.


następny poprzedni