Młot

w głowie nadal walił. Czuł się wewnętrznie rozbity i ogarnęła go dziwna zniewalająca pustka. Miał nieodparte wrażenie, że jakąś częścią swego ja przenosi się za Łazarzem z Betanii do mrocznego świata cieni i że traci kontrolę nad swymi myślami, uczuciami i wolą. Coś ciągnęło go pod ziemię do szeolu, jakby tam kryło się miejsce dla niego. Ocknął się dopiero, gdy dziwnym trafem znalazł się u celu. Sterczał przed grobem, drapiąc się po nosie i bezmyślnie się gapiąc. Zastanawiał się, czy przypadkiem się nie pomylił i czy nie poniosły go nogi na podobny cmentarz, tyle tylko że używany, gdzie dopiero co kogoś pogrzebano, kując zgodnie z prastarą tradycją wnękę w skale.

— Grób jak inne groby — mruknął do siebie, oblizując spieczone wargi, gdyż chciało mu się pić. — Ale dlaczego zasunięty?!..

Otwór faktycznie świeżo założono kamieniem, a po schodach, o których napisano w przewodniku, nie było śladu. Wzruszył ramionami, pojmując, że zupełnie się gubi w otaczającym go świecie, pełnym niejasnych sekretów. Przypominał ulegającego omamom, wyczerpanego i pozbawionego wody wędrowca na pustyni. Przysiadł na kamieniu, uznając, że najlepiej zrobi, jeśli poczeka na lepiej od niego zorientowanych turystów. Przymknął oczy, zadowolony, że nie musi wykonywać żadnych gwałtownych ruchów — i nim się spostrzegł, zapadł w męczący półsen.


Mistrz

zapłakał, a łzy toczyły mu się po policzkach, spływając na brodę. Od kilku dni był w przygnębiającym nastroju, co rzadko mu się zdarzało. Głęboko przeżył śmierć przyjaciela. Johanan przewidywał, że uczyni coś niezwykłego, stosownego do zaistniałych okoliczności, coś, czego dotąd, nie czynił. Czy mógł sprawić cud? Czy mógł ożywić zmarłego? Oczywiście, mieściło się to w granicach Jego możliwości. Wszak podniósł z mar córkę zwierzchnika synagogi, Jaira, jak również syna wdowy z Nain. Zapamiętał oba zdarzenia, przechowując je w swoim sercu. Tamci jednak dopiero co zmarli. Łazarz zaś spoczywał w grobie, a jego ciało już się rozkładało.

Jeszua płakał. Johananowi zbierały się również łzy w oczach. Nie pojmował, dlaczego Nauczyciel się spóźnił. Spoglądał na siostry Łazarza, na Martę, która zwykle uwijała się po domu, zaaferowana licznymi zajęciami, i na Marię, która lubiła wysiadywać u stóp Mistrza i słuchać Jego nauk. Dały Mu znać o tym, że brat jest poważnie chory — mimo to Nauczyciel zwlekał. Dwa dni pozostał w miejscu pobytu, nim zdecydował się na podróż do Betanii. Wiedział, że Łazarz nie przeżyje — wszak wiedział o wszystkim, o czym chciał wiedzieć, i nic nie uchodziło Jego uwadze.

Jeszua przestał płakać i wytarł łzy, które spływały na policzki i brodę.

— Usuńcie kamień! — rozkazał.

Krewni Łazarza niespokojnie spoglądali po sobie i doszło nawet do sporu za plecami Nauczyciela.

— Mistrzu, już cuchnie! — ten, który to powiedział, był w podeszłym wieku, miał białe włosy i siwą brodę. Stał, podtrzymywany przez dwóch wyrostków, odziany w szatę, sięgającą chudych kostek. Emanował mądrością, niemniej było widać, że znacznie wyżej od własnej wiedzy ceni tę, którą posiadł Jeszua z Nazaretu.

Mistrz zdawał się go nie słyszeć, zlekceważył trafną uwagę starca, czczonego przez otoczenie. Marta podeszła, więc do Niego i rzekła cicho niemalże przy Jego uchu:

— Cuchnie. Jest od czterech dni w grobie.

Spojrzał na nią przenikliwie i ze smutkiem. Wyczuła, iż ma żal do niej o to, że nie wierzy.

— Czyż nie powiedziałem ci, że jeśli uznasz to, ujrzysz chwałę Bożą?!..

Johanan przypomniał sobie rozmowę, którą Jeszua odbył z Martą, zbliżając się do Betanii. Nie wszedł między domostwa, lecz pozostał na skraju — i tam znalazła Go siostra Łazarza, która wybiegła na spotkanie. Rozprawiali o zmartwychwstaniu i subtelnie dawał jej do zrozumienia, iż może uczynić cud większy od tych, które wcześniej czynił. Nie powiedział jej tego wprost, więc Jego słowa o wskrzeszeniu zmarłych Marta odniosła do zmartwychwstania w dniu ostatecznym. Wszak w zgodzie z tym, czego uczyli prorocy, umarli mieli wyjść z grobów, a ich kości miały się oblec w ciała. Jednakże nie sądziła, że jeszcze tego samego dnia, nim zapadnie zmrok, ukochany brat będzie mógł z nią rozmawiać i spożywać to, co poda do stołu...

Odsuwano kamień. Był ciężki i ci, którzy się do niego zabrali, postękiwali, ocierając pot. Dzień był upalny. Nikt więcej nie ośmielił się przeciwstawić Nauczycielowi, choć szacunek dla zmarłych nakazywał, by pozostawić ich w spokoju. Starzec, podtrzymywany przez wyrostków, odwrócił się, powoli odchodząc, jego autorytet bowiem został podważony. Ciekawość wszelako wzięła górę i z pewnej odległości przypatrywał się scenie przy grobie. Nie on jeden na to patrzył, a Johanan kątem oka dostrzegł chłopca o lnianej czuprynie, siedzącego na kamieniu. Nie poświęcił mu uwagi większej niż należało, gdyż przy grobie działo się coś stokrotnie bardziej ważnego. Jeszua wzniósł ręce ku niebu, modlił się, bezgłośnie poruszając wargami. Czynił tak wiele razy, zwracając się ku Bogu Izraela, którego nazywał swoim Ojcem. Potrafił trwać na modlitwie przez całą noc, często do świtu. Johanan próbował czasami modlić się razem z Nim, lecz najczęściej kleiły mu się oczy, a powieki opadały i piekły, jakby ktoś nasypał pod nie piasku.

Mistrz przestał się modlić, a tam, wysoko w górze, znalazł odpowiedź, której szukał w skupieniu. Ogromnie uroczyste słowa, które z powagą wypowiedział, zdawały się padać nie tylko z myślą o obecnych, lecz także z myślą o aniołach w niebie i o tych, którzy spoczywali w mrokach szeolu.

— Ojcze, dziękuję Ci, żeś Mnie wysłuchał! Wiedziałem, że Mnie zawsze wysłuchujesz! Ze względu na otaczający mnie lud to mówię, aby wierzyli, że Ty mnie posłałeś i posyłasz!..

Ręka Nauczyciela niby dłoń archanioła była wyciągnięta w stronę grobu i zebrani poczuli wibrację. Było widać, że najważniejsze nadchodzi, a Jeszua czyni cud, jakiego dotąd nikt inny nie uczynił.

— Łazarzu! — zawołał. — Przyjacielu! Wyjdź na zewnątrz!..

Zmarły poruszył się nieporadnie i podniósł, ukazując się w otworze grobu. Usłyszał głos Jeszuy z Nazaretu, usłyszał Jego wołanie — chociaż był bardzo daleko, w krainie mroku. Obudził się do życia ze snu, w który zapadł. Nogi miał powiązane przepaskami, a twarz zawiniętą chustą.


Paweł

ocknął się i nieprzytomnie rozejrzał się wokół siebie. Anka szarpnęła go energicznie za ramię. Wsparł się o skałę i usiłował się podnieść. Drżał z wrażenia, a nogi miał jak z waty. Najpierw ze strachem obejrzał ręce, jakby się obawiał, że będą owinięte w jakieś szmaty, a potem niepewnie obmacał policzki. Wszystko jednak było na swoim miejscu.

— Ty gamoniu i leniu. Niezguło jedna. Chcesz przekimać całe życie? Czy po to pakowaliśmy się do Izraela?

— Poszli już? — zapytał z przestrachem. Niezdecydowanie zlustrował kryptę, odkrywając ze zgrozą, że widzi ją po raz pierwszy w życiu. Nie rozumiał, jak się w niej znalazł i kto go do niej sprowadził. Z niedowierzaniem zmarszczył brwi, bo wpadły mu w oczy kamienne schody. Mógł zaręczyć, że wcześniej ich tu nie było.

— Poszli? Zwariowałeś? Kto znowu poszedł? — dziewczyna nieufnie mu się przyglądała, podejrzewając, że próbuje sobie z niej zakpić. Mieszał jej w głowie. Oprócz czekających na powierzchni Japończyków, którzy także chcieli dostać się do otworu grobu, nikt inny w pobliżu się nie kręcił.

Paweł nie odpowiedział. Był senny i oczy mu się kleiły. Ledwo dostrzegł rozbawioną Gertrudę. Z chichotem pchała do przodu swego gladiatora, który udawał, że panicznie boi się zbliżyć do wnęki grobowej. Ktoś pozbawiony poczucia humoru mógłby sobie pomyśleć, że dziewczyna pragnie, aby młody Bawarczyk zajął miejsce po Łazarzu i tam pozostał.


następny poprzedni