Jakiś

katolicki kapłan, sądząc po garniturze i koloratce, umieścił na środku sali swoje bagaże. Dwie walizki, jedna większa, druga mniejsza, prowokująco wystawały, pozostawione bez opieki. Niefrasobliwie się oddalił, rozglądając się za spokojnym kątem, w którym mógłby wypełnić trzymane w ręku formularze. Paweł pomyślał, że nie zdecydowałby się na taki krok. Rzeczy należało mieć zawsze na oku.

— Gaston jest facetem z klasą — ciągnęła Gertruda. — a jego ojciec ma rozlegle znajomości, sięga wpływami nawet Białego Domu. Początkowo sądziłam, że jest z tych Dupontów od chemii, ale oni nie są czarni...

Zastanawiał się, czy dobrze zrobił, pakując koronę cierniową na samo dno. Potem przypomniał sobie o prezencie, który mu wręczyła starsza pani z Czechosłowacji. Ponoć była jakąś znaną pisarką, ale Gertruda nie zdążyła mu niczego więcej o niej powiedzieć. Nie spodziewał się, że dostanie od niej na pamiątkę znakomitą hiszpańską pompkę do roweru.

— Powinnaś chyba pracować w służbach specjalnych — zauważył.

Gertrudzie zaświeciły się oczy.

— Myślisz, że tak prędko udałoby mu się uwolnić od zarzutów w tej sprawie o narkotyki? To wcale nie zasługa izraelskiej policji. Dwie ekipy Interpolu pracowały przez dwie doby, aby dojść prawdziwych sprawców. Grecki armator, którego prom miał zabrać nafaszerowany białym proszkiem kabriolet, pływał dla sycylijskiej mafii, dokładnie dla Cosa Nostra!..

Omal nie gwizdnął ze zdumienia

— A któż ci udzielił takich informacji? Ależ masz dojścia. Może jesteś z CIA? — zażartował.

Pojęła, że zrobiła na chłopaku wrażenie.

— Gaston, nikt inny, wyobraź sobie, że ma do mnie zaufanie. Ale nie musisz być o to zazdrosny. Wy, w Polsce, nie rozumiecie po prostu pewnych spraw, żyjecie w izolacji, a propaganda komunistyczna robi swoje.

— Coś takiego? To może on skrycie liczy na to, że którąś z was naprawdę poderwie?

Skrzywiła zabawnie nosek.

— Nie sądzę. Po prostu tym bardzo zamożnym jest trudno o przyjaciół, o całkiem normalnych, nie jakichś pomerdańców...

W szum dworcowej poczekalni, przerywany od czasu do czasu miłym głosem zapowiadającej odloty samolotów spikerki, wdarły się nagle jakieś obce niepokojące odgłosy. Padły krótkie ostre komendy. Przy pozostawionych przez kapłana walizach wyrośli jak spod ziemi odziani w kombinezony i uzbrojeni funkcjonariusze ochrony z wykrywaczem bomb.

— Tu zawsze jest wojna! — szepnęła ze zgrozą Gertruda.

Zaniepokojony Paweł poszukał wzrokiem pechowego księdza. Ten odwrócił się już i stał teraz jak sparaliżowany. Z formularzami i długopisem w rękach zbliżył się niepewnie do tamtych i zagadał do nich, wskazując na walizki, a potem na wypełniane papiery. Napięcie nagle zmalało.

— Boże drogi, uratowała go koloratka — rzucił do Gertrudy. — Jak mógł być tak nieostrożny?

Udzieliło mu się napięcie i był podniecony. Nie na co dzień przecież oglądało się podobne sceny. Odszedł od dziewczyny i podbiegł do kapłana, oferując mu pomoc. Razem z nim przeniósł walizki w inne miejsce, mniej rzucające się w oczy. Zamienił z nim kilka słów, gestykulując, a potem przy nim pozostał. Wyraźnie wdał się w jakąś dyskusję.

Anka zdecydowała się również zbliżyć. Chciała wiedzieć, o co chodzi Pawłowi.

— Ach, ksiądz jest z Polski? — ucieszyła się, słysząc ich wymianę zdań. — My również.

Przerażonemu kapłanowi powoli wracał humor, a policzki mu się znowu zaróżowiły.

— No tak, wybierze się człowiek samolotem z pielgrzymką do Ziemi świętej, a oto, jak się to kończy, wręcz tragicznie.

Paweł usiłował go pocieszyć.

— Ależ naprawdę nic się przecież nie stało, a poza tym z każdej opresji można wyjść zwycięsko!

Wydawało się, że znalazł jakąś długo poszukiwaną osobę i że wcale nie zamierza się z nią rozstać.

— Czy ksiądz jest może ze stolicy? — indagowała kapłana Anka. — My tak, oboje studiujemy. To znaczy ja właśnie jestem po maturze i rozpoczynam studia.

Tamten uśmiechnął się do dziewczyny i podał je dłoń. Był już opanowany. Miała wrażenie, że już gdzieś słyszała ten głos, może przez radio.

— Nie, nie jestem z Warszawy, choć czasami tam zaglądam!

Paweł bezceremonialnie drążył ten temat.

— A skąd?

Ksiądz przyglądał się mu życzliwie. Zdjął złote okulary w drucianej oprawie i zaczął przecierać szkła irchą.

— Z południa kraju, z Galicji, prawie z Podkarpacia — brzmiała wyważona odpowiedź.

Chłopakowi było to w graj.

— Och, znam te tereny, bywam tam z plecakiem.

Papiery nadal nie były wypełnione.

— Może kiedyś się spotkamy na turystycznym szlaku, w zalesionych Gorcach lub w Beskidzie Sądeckim, albo w Pieninach!

Anka uznała, że należy kończyć tę przypadkową rozmowę. Z odrobiną niepokoju zerknęła na zegarek na ręce.

— Na nas chyba już czas! — rozstrzygnęła.

Kapłan jeszcze raz podał im dłoń, tym razem na pożegnanie, dziękując za okazaną pomoc. Przysiadł na walizce, zajmując się w skupieniu drukami.

Gertruda spoglądała za Pawłem z nieskrywanym żalem. Anka zdecydowanie wkroczyła do akcji, odbierając jej ostatnie wspólne chwile. Gaston zgarniał bagaże, kierując ich ku stanowisku odprawy celnej. Chłopak zawahał się, a potem zawrócił.

— Na pewno znowu się ujrzymy. Jeśli cię starzy puszczą, przyjeżdżaj — rzekł do Niemki. Uścisnął ją mocno, dodając: — Pokój niech będzie z tobą!

Miała w oczach łzy. Stała nieruchomo, widoczna jeszcze z oddali, w prostej czerwonej sukience. Nie podeszła już do punktu odprawy paszportowej.


poprzedni