Ta strategia

była dla niego niepojęta i przeszło mu przez myśl, że może Gertruda jest asem wywiadu, drugą Matą Hari, albo jedną z tych ślicznych młodych kobiet, które pojawiały się w towarzystwie Jamesa Bonda. Czy wszakże Afrykańczyk nadawał się do roli agenta 007?..

— Ale dlaczego?

— Najwyraźniej się boi, że rozerwałaby go na strzępy, więc powiadomi ją później. Pewnie listownie. Albo ona dowie się o mnie dopiero na miejscu, w Nigerii. Gdy mnie zobaczy na własne oczy!.. — dorzuciła.

Rozbawiła go ta perspektywa.

— Nie wiedziałem, że z niego taki cwany facet.

Zatrzymała się przy ukrytej w zaroślach ławeczce.

— Anka sama by się nie zdecydowała na wyjazd.

Usiedli, wpatrując się w usiane diamentami gwiazd czarne niebo. Gertruda odważnie włożyła swoją dłoń w dłoń Pawła. Odnosił nieodparte wrażenie, że najważniejsze decyzje o jego przyszłym losie zapadają gdzieś daleko za jego plecami, bez jego udziału, zgody i woli — wszakże z pokorą to akceptował i przyjmował jako wolę Bożą. Wysłuchał tego, co Niemka miała do powiedzenia o przebudzeniu zielonoświątkowym, rzucając kilka zdawkowych pytań.

Potem Gertruda mocniej ścisnęła jego palce.

— Kochasz mnie choć trochę?

Nocny ptak odezwał się w ciszy. W jego głosie brzmiała skarga niespełnionej miłości. Uśmiechnął się do swoich myśli, ale nie odpowiedział.

— Pocałuj mnie — poprosiła.

Wstał. Przysunęła się do niego, stanęła jak mogła najbliżej i oparła się na jego piersiach. Złożył na jej ustach delikatny pocałunek. Wargi miała słone. Jej dłonie zsunęły się w dół. Rozpaczliwie walczyły z jego guzikami. Potem dała za wygraną.

Otworzyła oczy, żałując, że otrzymała tak mało. Jego usta były ogniem.

— Czy ktoś ci mówił, że jesteś demonem seksu? — szepnęła. Nic nie odrzekł. Głęboko westchnęła i z bólem pokręciła głową. Usiłowała się jakoś otrząsnąć i chyba jej się to udało. Opanowała zwariowany oddech. — Wiesz? — rzekła wreszcie, kładąc mu dłoń na ramieniu. — Chciałabym ujrzeć, jak modlisz się językami. Chciałabym być wtedy przy tobie, blisko, jak teraz!


Stali

przy oszklonym kiosku z gazetami, nie mogąc się rozstać. Usiłowali zatrzymać nieubłaganie płynący czas. To były ostatnie wspólne chwile. Anka żegnała się z Gastonem. Ten przejęty swoją rolą zawzięcie perorował, zapewniając, że w styczniu osobiście stawi się w Warszawie. Miał z nimi omówić szczegóły wyprawy do Nigerii, dostarczyć zaproszenia i ułatwić formalności, związane z nabywaniem wiz. Paweł z kolei rozprawiał z Gertrudą, która samolot miała dopiero późnym popołudniem. Od czasu do czasu lustrował wzrokiem bagaże. Port lotniczy przypominał istne mrowisko, pełne kłębiących się pracowitych owadów. Roiło się tu od zaaferowanych przybyszy w różnych kolorach skóry. Krzyżowały się w tym miejscu przecież liczne szlaki, łączące Europę, Azję i Afrykę.

— To faktycznie nieomal wieża Babel! — orzekł Polak, ciekawie przyglądający się podróżnym.

Zgodziła się z nim bez oporu.

— Nigeria też jest wieżą Babel, tyle tylko, że położoną w zachodniej Afryce nad Zatoką Gwinejską! — mówiła. — Będziemy na pewno w Lagos i w Ibadan, a także w innych dużych miastach, w Kano, w Ogbomosho!.. — z powagą wyliczała.

Chłopakowi nic nie mówiły te obce nazwy.

— Cóż za miasta? — zdziwił się. — Skąd je znasz? Zaglądałaś do jakiejś encyklopedii?

— Jak to, skąd? — zrobiła wielkie oczy. — Uczyłam się w szkole. A ty? Nie mieliście w liceum geografii?

— Mieliśmy, ale co z tego? — gorzko się uśmiechnął. — Wspaniale miejsce do głoszenia Ewangelii! — zawyrokował, zmieniając nagle temat. Przyglądał się grupie ortodoksyjnych Żydów z charakterystycznymi pejsami. — Jaka szkoda, że nikt jej tu nie głosi i nie opowiada z mocą o Jezusie, który powstał z martwych i żyje!..

Miała ochotę poprawić Pawłowi niesforny kosmyk, który jakoś z rana nie poddał się grzebieniowi.

— Chyba pójdę twoimi śladami. Poszukam u siebie charyzmatyków i poproszę, aby włożyli na mnie ręce. Chcę modlić się tak jak ty i być taką jak ty.

Słuchał jej nieuważnie, bo chodziło mu po głowie imię „Kamil”. Nie pojmował, co się z nim dzieje. „Kamil, Kamil, dlaczego właśnie Kamil?” Listu od Teresy z Budapesztu nie zdążył przeczytać, bo odebrał go w ostatniej chwili z recepcji, gdy zjechał już windą z bagażami. „Terhes vagyok? Nem!” Rozdarł kopertę i nieledwie rzucił na angielski tekst okiem, a utkwiło mu w pamięci tylko słowo „baby”. Złożoną na pół trzymał tę przesyłkę teraz na piersi w kieszeni koszuli i przeczuwał, że będzie mógł się z nią dokładniej zapoznać dopiero po starcie, gdy samolot zawiśnie nad błękitem Morza Śródziemnego w locie do Europy.

Wrócił do poprzedniego tematu.

— Mówisz, że to duże państwo?

— Nigeria? Ogromne. Powierzchnię ma trzy razy większą od Polski. Graniczy z Nigrem, Czadem, Kamerunem i Beninem. To najbardziej zaludniony kraj afrykański, ma około stu milionów mieszkańców, o ile dobrze pamiętam. Ropa naftowa i wiele innych bogactw naturalnych. Ale też wiele kontrastów.

— A jakim językiem się tam mówi?

— Oficjalnym jest angielski, a pomocniczym — arabski. Naprawdę zaś spotkać się tam można z przeszło dwustu lokalnymi dialektami...


następny poprzedni