Ciągnął

się wieczorek pożegnalny, a rozbawionym turystom z wdziękiem i gracją przygrywał żywiołowy kwartet egzotyczny, podrywający do tańca znanymi szlagierami. Syci wrażeń po przeszło dwóch tygodniach pobytu w Izraelu rozstawali się w ciepłym nastroju z tym niezwykle gościnnym krajem. Niemców nagle ubyło, bowiem niektórzy z grupy Gertrudy wyjechali już wcześniej — via nadmorski Eilat — do Egiptu, gdzie mieli się zająć śladami świetności starożytnego państwa faraonów. Paweł zdecydował się udać na dół po tym jak przekopał prawie cały Nowy Testament w poszukiwaniu tekstów, wyjaśniających sekret daru języków i innych darów Ducha Świętego. Tych ostatnich w Kościele apostolskim nie brakowało. Tam były chlebem codziennym. Obok daru języków występował dar ich tłumaczenia. Obok daru mądrości słowa — dar prorokowania. Obok daru poznawania — dar szczególnej wiary. I tak dalej, i tak dalej. Najbardziej przyciągnęły jego uwagę umiejętności uzdrawiania i czynienia cudów, a także rozpoznawania duchów. Skupiony i uważny stał teraz w milczeniu, przyglądając się tańczącym. Miał świadomość tego, że znalazł się dopiero na początku długiej drogi, i że zasmakował jedynie w nieledwie maleńkiej cząstce duchowej strawy, którą Bóg przygotował uczniom swego Syna. Rychło znalazła go Gertruda, która tego wieczora postanowiła odsłonić przed chłopakiem cały kobiecy wdzięk. Miała na sobie przylegającą do ciała czarną ażurową półprzejrzystą bluzkę, pod którą nie znaczyła się bielizna, jedynie z obfitszą koronką na piersiach, a do niej również czarną bardzo krótką spódniczkę z błyszczącej skóry. Jej włosy jakby przyciemniały. Czarny wamp rozsiewał zapach działających na jego zmysły subtelnych perfum, które przyprawiały go o zawrót głowy.

— Chodź, zatańczymy! — ciepło zaproponowała.

Zgodził się wyjść na parkiet i zgarnął dłonią jej biodro. Delikatnie do niego przylgnęła. Światła migotały, zaś muzyka zdawała się ich przenosić w trochę nierealny świat perskich baśni i orientalnych opowieści. Obejmował ją niczym delikatny kruchy kwiat, a jej półprzymknięte oczy zdawały się mówić: „Przyjdź, przytul mnie, rozpal!” Tonęła ćmą w płomieniu swoich pragnień. Dojrzałe piersi były głodne słodkich pocałunków i zniewalających pieszczot.

— Kocham cię, Pawle! — szepnęła, poddając się nastrojowi.

Serce mu załomotało. Podobnie proste w formie, bezpretensjonalne i szczere wyznanie znalazł w pachnącym liście od Manueli. Uległ czarowi chwili, ale nie do końca. Został już bowiem przeniesiony do wyższego eonu, do niepojętego świata, w którym niskie pragnienia i przyziemne żądze nie narzucały bezlitośnie swej władzy duchowi.

— Bóg jest miłością — odparł z powagą. — I tylko to się naprawdę liczy. Nic innego.

Leciutko i prawie niedostrzegalnie odsunęła się od niego, ale potem niby pod wpływem siły ciążenia znalazła się z powrotem w jego ramionach.

— Wiem, że nie bez powodu byłeś dzisiaj w Jerozolimie. Wyczułam to aż nadto dobrze.

Pojął, że może jej o tym w tajemnicy opowiedzieć — tylko jej i nikomu innemu.

— Otrzymałem tam dar modlitwy językami — szczerze wyjawił w tańcu, wszakże nie wiedząc, jak to przyjmie.

Ze zrozumieniem skinęła głową. Uznała to za coś całkowicie naturalnego, czym go nieco zaskoczyła.

— To miłe! — powiedziała.

Uniósł ze zdziwieniem brwi. Mimo wszystko jej nie dowierzał.

— Czytałam ostatnio w katolickim czasopiśmie artykuł o charyzmatykach. Są w Niemczech, we Francji, w Anglii i w Szwajcarii, we Włoszech — wyliczała. — W Polsce chyba też, lecz od niedawna — dodała. — Ruch zielonoświątkowy narodził się w Stanach Zjednoczonych na początku tego stulecia, a w latach pięćdziesiątych z tamtej strony Atlantyku dotarł do Europy...

— To wspaniale — ucieszył się. Okazała się nagle przydatnym źródłem informacji. — Może wyjdziemy? Opowiesz mi dokładniej o tym, co przeczytałaś.

Zgodziła się nie bez odrobiny wahania.

— Dobrze — uśmiechnęła się. — Ale wcześniej zrób jeszcze coś dla mnie! — zajrzała mu błagalnie w oczy. — Poświęć mi następny taniec!

Brzdąkający teraz na gitarze solista zespołu tęsknym głosem śpiewał o pięknej Greczynce, która czekała na swojego chłopaka, nie wiedząc, iż jego opuszczoną mogiłę porasta już mech daleko za morzami. Codziennie wychodziła na skalisty brzeg, o który uderzały spienione fale, wypatrywała go i płakała.

Znaleźli się za hotelem. Pogodzony z tym, że Gertruda nie pokazuje się już w jego towarzystwie gladiator demonstrował swe bicepsy uroczej blondynie, która właśnie przyleciała z grupą Flamandów z Gandawy. Kiedy przechodzili obok, nawet na Niemkę nie spojrzał. Anka sterczała przy jednej z palm, a Gaston się wygłupiał, udając, że chce się wdrapać na jej włochaty pień. Nie wściekła się, widząc go z Gertrudą i to wyszykowaną na modelkę. W ogóle nie zwróciła na nich uwagi.

Niemka cichutko zachichotała.

— Zaraz ci to wytłumaczę — szepnęła, kiedy ich minęli. — Po prostu ona już wie, że dałeś się skusić i że w przyszłym roku wybierzesz się do Nigerii.

— Taaak? — zdziwił się.

Weszli na ścieżkę, prowadzącą między sykomory.

— Wszystko zależało od ciebie — rzekła. — Od tego, czy ty się zgodzisz, czy nie. Zgodziłeś się, więc jest spokojna.

Paweł zatrzymał się i schował ręce do kieszeni. Gwizdnął z podziwu. Potem je wyjął, oglądając paznokcie.

— No, a o tobie nie wie? — miał ochotę wziąć ją pod brodę i dokładnie przepytać jak jakiegoś rozkosznego skarżypytę.

Uśmiechnęła się i delikatnie dotknęła jego dłoni.

— Jeszcze nie — rzekła. — O ile się orientuję, Gaston jej o tym nie powiedział. Nie jest taki głupi.


następny poprzedni