Wszystkimi

ścieżynami i dróżkami ciągnęli pątnicy na Święto Tygodni. Przyjmowano dary w świątyni: przynoszono wypieczone z nowego zboża chleby w podzięce Elohim za bogate zbiory. Na placach i targowiskach roiło się od przybyszy — i było słychać różnojęzyczną mowę, tak frapującą wyrostków, którzy ochoczo włóczyli się za nimi, przyglądając się ich szatom i dziwiąc się ich zwyczajom. Wszak na to święto miał obowiązek udać się do stolicy Judy każdy dorosły, wierzący w Elohim i obrzezany. Byli więc Żydzi z Egiptu, z Aleksandrii, z Libii, z Pontu i Azji, Frygii oraz z Pamfilii i wielu innych krain. Byli wierni ze Wschodu. Byli też wreszcie ci, którzy poznali Mistrza z Nazaretu w Galilei.

Johanan trwał w uniesieniu, nie zdając sobie sprawy z upływu czasu. Apostołowie głośno wołali do Boga, wypowiadając słowa podzięki i chwały. Kiedy skończył pierwszy, zaczynał drugi, gdy ten umilkł, modlił się trzeci. Śpiewali psalmy, kantyki i pieśni, wierząc, że Ten, którego wielbią, słyszy swoich wybranych. A w nadchodzące święto pragnie dokonać czegoś wielkiego...

Około północy część braci odeszła. Byli utrudzeni podróżą i chcieli wypocząć. Tuż przed świtem wielu z nich jednak wróciło. Zbliżała się chwila, tak poruszająca umiłowanego ucznia, świadomego tego, iż Nauczyciel zapowiedział obietnicę Ojca. Ten dumał nad tym, jak dokona się ów chrzest Ducha. Czyżby Jeszua miał w blasku zstąpić z nieba? Słońce zajrzało wreszcie do sali na piętrze, lecz bracia nie przerywali hołdów i błagań. Niektórzy się pokrzepiali. Niewiasty przygotowały posiłek i ubyło sporo z tego, co przybysze z Galilei mieli w swoich zapasach.

Modlitwy nasilały się w miarę tego, jak słońce pięło się ku górze. Już nikt ich nie przerywał, bo wszyscy poddali się ich niezwykłej mocy. Około trzeciej godziny dnia rozległ się szum, a Johanan był prawie pewny tego, że to Pan powraca. Szum wypełnił cały dom, w którym się znajdowali. Jednakże to nie wicher z gór spadł w doliny. Szum docierał z nieba i wydawał się być odgłosem skrzydeł anielskich, zwiastujących nadejście Syna Człowieczego. Jednak miast Mistrza z Nazaretu, przepełnionego chwałą, jak wtedy na Górze Tabor, Johanan ujrzał ogień. Nie był to jednak ogień piekielny, zapowiadający udrękę i wieczną trwogę. Był czysty i jasny, dojmująco przejrzysty, jakby stanowił boską kwintesencję ognia w ogóle. Płomienie rozdzieliły się — i nad każdym z modlących się spoczął jeden.

Umiłowany uczeń poczuł, że ogień wypełnia go i jak miecz obosieczny sięga do szpiku kości i jeszcze głębiej, spala resztki obaw i lęków, uwalniając z niewidocznych więzów duszę. Z ust wyrwał mu się śpiew uwielbienia. Był przeniknięty chwałą samego Boga. Czcił Stwórcę tak, jak to czynili aniołowie w niebie i wraz z nimi błogosławił Pana wszechrzeczy. Bracia wołali w ekstazie, a ich radość wydawała się rozrywać wszelkie tamy. Wylewała się jak nie mieszcząca się w korycie woda po wiosennych deszczach. Kołysali się z wyciągniętymi w górę dłońmi, doświadczając niewymownej rozkoszy, a z ich oczu spływały łzy szczęścia. Albowiem znaleźli się nagle między cherubinami i serafinami.

Po pewnym czasie ognie znikły, a właściwie nie znikły, lecz rozpłynęły się w ich ciałach i duszach, w sercach i umysłach. Zamilkli, zwrócili się ku sobie i poczęli się z weselem ściskać. W hałasie nie było słychać wypowiadanych słów. Zebrani w sieni wyszli na ulicę, padali sobie wzajem w objęcia i z radością wykrzykiwali na cześć Mistrza z Nazaretu, który umarł, został pogrzebany, a trzeciego dnia zmartwychwstał. Bóg nie dopuścił, by Jego Pomazaniec pozostał w szeolu. Już nie lękali się tego, że mogą ich ujrzeć szpiedzy świątynni, zapamiętać ich oblicza, a potem donieść na nich arcykapłanom. Ci, którzy tamtędy przechodzili, słyszeli ich mówiących nie tylko językami anielskimi, ale i tymi, którymi posługiwali się pielgrzymi spoza Palestyny.

Umiłowany uczeń przysiadł na schodach domostwa. Poprawił sandał, zaciągając mocniej skórzany pasek. Spojrzał w błękitne niebo i raptem głęboko się wzruszył. Zobaczył nad sobą jeszcze jeden świetlisty płomień, jakby tylko jemu przeznaczony — a dzięki nadprzyrodzonemu światłu przeniósł się w jednej chwili oczyma duszy do czasów, które jeszcze nie nadeszły. W przecudownej wizji ujrzał niezliczone tłumy ludzi, wierzących w Jezusa z Nazaretu. Dostrzegł też znowu chłopca o lnianej czuprynie, jakby jego właśnie Pan chciał mu dokładniej pokazać. Pojął, że tam, w przyszłości, ów chłopiec podejmie jego dzieło. I że spotka się z nim w niebiańskim Jeruzalem, by go uściskać i umiłować jak rodzonego brata.


Na twarzy

Pawła znaczyły się słodycz i szczęście, a po policzkach ciekły mu łzy. Ręce trzymał wysoko uniesione, kołysząc się całym ciałem w takty boskiej melodii. Modlił się śpiewnie, zaś dźwięki same płynęły, układały się w sylaby i słowa, których nie rozumiał, wydobywały mu się z gardła, z płuc, z serca, z ducha, falowały i drgały. Duch Pana wielbił Boga z jego wnętrza, śpiewał w jego imieniu, porywając go ku niezmierzonym wysokościom. Z pozoru niepodważalne definicje okazywały się z gruntu błędne. Zamieniały się w ulotne wizje, okazjonalne wrażenia i subiektywne oceny, następnie rozpływały się jak dym w powietrzu i znikały. Kiedyś był pewien, że ma nieograniczoną kontrolę nad swym ciałem i umysłem — teraz zaś zwyciężał w nim nienazwany i niesklasyfikowany. Ten, który był wichrem wibrował w nim, wędrując z najgłębszych zapadlisk jego duszy ku słońcu wszechrzeczy. Wyrywał kolejne etykiety, którymi chłopak mylnie znaczył ludzi, zwierzęta, rośliny i rzeczy. Uwalniał go z niewidocznych kajdan. Ubierał w frazy muzykę anielskich myśli. Nucił mu kołysankę pierwszych dni stworzenia. Pozwalał smakować w pokarmie zbawionych.

Nie wiedział, jak długo tak modlił się obok kolumny w wieczerniku. Ten, który go swą mocą przeniknął, ogarnął i porwał, wydawał się oddalać. Paweł nieco się przeraził. Nie chciał tracić tego, co zyskał. Zaraz jednak radość powróciła, by się gwałtownie spotęgować, a dłonie mógł wznieść jeszcze wyżej. Czy było coś cudowniejszego niż bez końca trwać przed Bogiem i Go wysławiać? Czyż nie był bardzo blisko chórów anielskich? Hymn, który wyśpiewywał z głębi duszy, osiągnął finał, urywał się, przechodził w piano, w pianissimo i chłopak powoli zstępował z autostrady do nieba.

Oparł czoło o kolumnę. Wiedział, że dobrze zrobił, decydując się na przyjazd do Jerozolimy. Objął chłodny marmur, szukając oparcia. Nogi pod nim drżały. Ekstaza nie przeszkadzała mu być świadomym tego, co się działo. Ujrzał swe przeznaczenie. Odkrył swe jestestwo. Otrzymał w wieczerniku dar modlitwy językami. Duch Święty zstąpił na niego, pieczętując wybranie. Nie przejmował się, że w sali nieoczekiwanie znaleźli się turyści. Skośnoocy Japończycy byli dyskretni, ale wyczuł, że na niego zezują. Nie, nie był jednym z tutejszych eksponatów i niepotrzebnie szukali o nim wzmianki w przewodniku.

Oderwał się od kolumny. Wstrząs, którego doznał, był głęboki. Czuł, że może się znowu modlić, lecz się powstrzymał. Zdecydował się opuścić wieczernik. Z niewymowną czułością myślał o umiłowanym uczniu, Johananie, którego Bóg dał mu poznać, przenosząc jego duszę. W Bogu, z którego wszystko wypływało, i ku któremu wszystko zmierzało, czas i przestrzeń, zdarzenia przeszłe i przyszłe, były jednym, niepodzielnym i trwałym. Dla ogarniętych nieskończoną miłością Boga czas nic nie znaczył. Nie dzieliły ich wieki, wszak byli wybrani jeszcze przed założeniem świata do istnienia w wieczności.

W drodze powrotnej siedział w milczeniu obok Gastona, prawie się nie odzywając. Murzyn zerkał na niego co rusz, ale widząc, że chłopak jest skupiony i myślami nieobecny, nie niepokoił go zbędnymi pytaniami i zabawnymi dykteryjkami. Chyba pojmował, że Pawłowi przydarzyło się coś naprawdę niezwykłego, o co nie należało go indagować.


następny poprzedni