Zatrzymali

się wkrótce przy stacji benzynowej. Witała ich Pustynia Judzka. Kabriolet łykał kolejne litry benzyny. Nieopodal przycupnęła niewielka kawiarenka, więc Paweł nie odmówił, gdy po zatankowaniu Gaston zaprosił go pod parasole na sok pomarańczowy.

Usiedli w cieniu i zaraz się okazało, że Murzyn nie bez powodu zarządził przerwę w podróży. Zapadła cisza. Kryształki lodu stukały o brzegi szklanicy. Korzystając z nadarzającej się okazji Nigeryjczyk chciał upiec własną pieczeń. Chwilę z rozwagą nad czymś dumał, a potem rzucił z nagłym podziwem, z niedowierzaniem kręcąc głową:

— Que vous avez du succès auprès des filles!

Paweł dostrzegł w jego oczach błysk uznania. „Ja mam powodzenie u dziewczyn?!” Nie wiedział, ile tamten się domyśla. Wlepiając gały w szklankę nonsensownie główkował właśnie nad tym, dlaczego lód nie tonie, chociaż jest ciałem stałym, lecz unosi się na powierzchni. „Bo jest lżejszy od cieczy, palancie!”

Słysząc aplauz, przywołał na usta anemiczny uśmiech, chociaż raczej powinien był się zarumienić. Za wstydliwy temat. Bawił się okularami przeciwsłonecznymi.

— Nie sądzę. To winien Izrael. Tak na te piękne dupcie działa — usiłował się zręcznie wywinąć, krzyżując z nim szpadę.

Po trosze miał rację. Ten kraj częstował turystów prześwietlonym słońcem drinkiem, sporządzonym z mieszaniny religii i seksu. Paweł kochał samotność, góry, wiatr, deszcz i gwiazdy — tu zaś kobiecego czaru i żaru z nieba było aż nadto, a z takimi wyzwaniami nie umiał sobie radzić. Ale czy Murzyn byłby w stanie to zrozumieć?

— Je quelque chose à vous dire. Mais il ne s'agit pas de cela — czarny student nieoczekiwanie spoważniał. Wyjął chusteczkę i przetarł zroszone czoło. Żarty odłożył na bok, widząc, że chłopak się nieco spłoszył. Szykował się do czegoś ważkiego.

— A o co? — Paweł zamienił się w słuch. „Chcesz pogadać? Pourquoi pas!”

Tamten zaczął trzepać językiem. Mówił, staranie dobierając słowa, zaś zdania płynęły, jedno za drugim. Najpierw powoli, a potem coraz szybciej. W skrócie rzeczy miały się tak. Jego papcio lubił wspierać młodych ludzi. Fundował stypendia zdolnym studentom w USA. Może szukał narybku dla firmy? Zwrócił też uwagę na Pawła. Uznał, że ma zadatki na dobrego menadżera. Gdyby Polak zechciał się zgodzić, ten na pewno dopomógłby mu w karierze.

Chłopak taktownie milczał, nadstawiając uszu. Myślał. Swoje wiedział i bez tej tyrady słów. Starszy pan nie robił wrażenia pieczeniarza, który opowiada frazesy i rzuca słowa na wiatr. Nie składał gołosłownych obietnic. Jeżeli o czymś napomykał, na pewno na tym się nie kończyło.

— Bardzo ciekawe — ostrożnie podsumował. — Moim zdaniem twój ojciec ma oko. I chyba rzadko się myli — dyplomatycznie skwitował, nie chcąc stawiać kropki nad i. — Jest w porządku pod każdym względem.

Dopił sok i wstali od kawiarnianego stolika. Tak wyważoną deklarację Murzyn przyjął za dobrą monetę i klepnął Pawła po ramieniu, okazując swe zadowolenie. Kwiecisty wstęp miał już za sobą i mógł teraz przejść do rzeczy.

— Nosiłem się z tym zamiarem od dawna, ale obawiałem się, że odmówicie — rzucił. — Chciałem zaprosić ciebie, Ankę i Gertrudę na przyszły rok na cały miesiąc do... Nigerii!.. — odważył się i wypalił. — Papcio pokryje wszystkie koszty... — od razu rozwiał wszelkie wątpliwości. A potem pytająco zajrzał mu w twarz.

Taki pomysł nie mógł nie wywoływać zawrotów głowy. Puszczony z wiatrem biały samolocik z papieru lekko obleciał całą kulę ziemską i wylądował z nagła na Czarnym Lądzie.

— Afrique? Impossible! — chłopak zrobił wielkie oczy. Zesztywniał na moment, a potem go poderwało. — Bonne idée! — wyrzucił z siebie, niebotycznie zdumiony. Szok w trampkach i pełnia szczęścia. Już widział tańczących wokół ogniska przy dźwiękach bębnów wymalowanych czarnych wojowników z ostrymi dzidami. Przeczuwał, że Gaston wcześniej czy później wyskoczy ze zwalającą z nóg ofertą, choć nieświadomie liczył, że będzie to raczej Nowy Jork. — Bonne idée! — powtórzył. Anka doskonale trafiła, ładując się w tę znajomość z dyskoteki.

Zatarł ręce, nie kryjąc tego, że się cieszy. „Cholera, Afryka!” Wzruszenie odebrało mu na moment głos. „Nigdy w życiu bym się nie spodziewał, że tam będę!” Byłby durniem, gdyby odmówił. Uradował się jak sztubak, ale potem dopadły go skrupuły. Kiedy ruszyli z miejsca i pognali znowu autostradą, zaczął się niepokoić i wahać. Każdy kij miał dwa końce, tak i ten. Musiał podzielić się z Murzynem swymi wątpliwościami. Zaproszenie razem Anki i Gertrudy było niefrasobliwą zabawą niebezpiecznym niewypałem. Przyciszył radio i w zaufaniu zdradził to Gastonowi. Tamten jednak nie przejął się jego oporami.

Dojeżdżali do Jerozolimy. Gadali jeszcze jakiś czas, a potem zadowoleni jak diabli słuchali muzyki. Kiedy Gaston zaparkował, nabijając uliczny licznik monetami, Paweł doznał kolejnej rozterki. Uzmysłowił sobie z bólem, że w jego niespodzianych planach zabrakło miejsca dla oddanej mu Manueli. Zamarł w bezruchu, uprzytamniając sobie, że sprawi jej zawód. Przez chwilę słuchał niestrudzonych podszeptów wiatru. Nie mógł jej wyrwać, jak kilku kartek z książki, ze swego intymnego curriculum vitae. Ale przewidujący Gaston nie wiedział o niej niczego.


następny poprzedni