Sprawa

Jezusa posuwała się dalej. Odnotował w myślach słowa Gertrudy, która zacytowała jakiegoś znanego protestanckiego teologa. Rzuciła mimochodem: „Die Sache Jesu geht weiter!“ Doznawał rozterki. Czy po tym, co przeżył, Bóg mógłby odmówić mu chrztu Ducha?! Pozostawał na tyle bystry, żeby od samego początku wiedzieć, iż rozpoczął duchową podróż, która nie dopuszczała odwrotu. Został wybrany, czy tego chciał, czy nie.

O przebudzeniu zielonoświątkowym wspominał ojciec Emanuel, sugerujący ostrożnie, by po powrocie do kraju zainteresował się działającymi tam ruchami odnowy Kościoła. Po zejściu z nim do kaplicy mnich nałożył ręce na jego głowę i śpiewnie się modlił, wypowiadając brzmiące obco frazy. Kapłan przywołał również w rozmowie grupy oazowe i wspólnoty neokatechumenatu. Zakonnik znał przyszłość i opowiadał Pawłowi o różnych dziwnych rzeczach, których chłopak jeszcze nie rozumiał. Miało wiele się wydarzyć w najbliższych latach w kraju, tak dobrych jak złych. Z jego cicho szeptanych słów chwilami wcale nie przezierał optymizm.

Czy zatem Bóg mógłby odmówić? Nie był podobny do tych, którzy długo wątpili, borykając się z rozterkami i dochodzili powoli do aktu głębokiej wiary. Nie domagał się jak święty Tomasz, zwany z tego powodu Niewiernym, by dotknąć ran Ukrzyżowanego. Nie zwalczał uczniów i nie wysyłał ich do więzień jak Szaweł z Tarsu, który uległ dopiero pod Damaszkiem, gdy powaliła go z konia moc z nieba. Z Szymonem Piotrem zajrzał rankiem do pustego grobu, z zaciekawieniem oglądając opaski i chusty. Podobnie jak najmłodszy uczeń Pana, nie musiał kłopotać się o wiarę — co było dla niego źródłem niewymownego pokoju i ogromnej radości.


Nie musiał

za Gastonem długo chodzić, ten przecież nie bawił się z nim w chowanego, nie czmychał przed nim po sztubacku i nie wycierał kurzy w zakamarkach hotelu. Był za poważny na takie rzeczy. Nadział się na czarnego studenta przy barze. Murzyn wystawał tam, odwrócony plecami do barmana, sączył coś przeźroczystego z lodem i niefrasobliwie plotkował z Gertrudą. Po Ance nie było śladu. Ani chybi szalała w swoim pokoju, pokonując barykady z kartonowych pudełek i wyładowanych plastikowych reklamówek. Babski los. I na co jej były te góry ciuchów? „To istna tortura!” — zasugerował mu cichy głosik. Do samolotu mogła zabrać bez dopłaty tylko dwadzieścia kilogramów bagażu. Stąd wiedział, że zostanie zmuszony do tego, by jedną z jej waliz z najpoważniejszą miną, na jaką go będzie stać, umieścić przed odlotem na wadze jako własną. He, he, he, czekał go los chwiejnego transwestyty, który wybiera się w drogę z męskimi i damskimi łaszkami, bo nie umie przewidzieć, w jaką rolę się wcieli!

Byli na luzie. Gertruda władała biegle angielskim. Przycumował przy nich, cierpliwie czekając, aż się wygadają. Cóż, pochodziła z Zachodu, gdzie w powszechnym użyciu był ten język, im zaś z uporem wtłaczano do głów niechciany i mało przydatny rosyjski. Związek Radziecki i inne miłujące pokój narody, też coś? Tak to głosiło z propagandowym uporem Radio Tirana. Z odrobiną zażenowania przysłuchiwał się paplaninie. Big Ben, Tower Bridge, Madame Tussaud… Niestety, wstyd przyznać, gubił wątek. Nie był takim bywalcem jak oni. Skądże chłopcze jesteś? Zza Żelaznej Kurtyny. Niespiesznie gawędzili o zabytkach znad Tamizy, wymieniając się uwagami na temat, co warto obejrzeć, a czego nie. Potem oczyma wyobraźni przenieśli się na kontynent. Aaa, Gandawa, Bruksela?!.. To po drugiej stronie Kanału La Manche. Co można zobaczyć, pakując się ekspresem do Amsterdamu? Albo do Kolonii? Nawet nie próbował się wtrącać, ponieważ te europejskie metropolie ledwie co znał, przy tym tylko z podręczników szkolnych. Imponowała mu ich swoboda. Paryżem akurat się nie zainteresowali, więc nie mógł dorzucić swoich trzech groszy. Poza tym mówili za szybko. Ciepło przyglądał się Niemce. Miała na sobie dżinsy i obcisłą bluzkę z krótkimi rękawami. Wpadły mu w oczy jej starannie polakierowane paznokcie, a potem wisiorek w kształcie Murzynki z buszu — i przeszyła go bolesna myśl, że Gertruda pragnie zdradziecko zająć miejsce Anki u boku Gastona. Lekko się skrzywił. To podejrzenie było niedorzeczne. Wykoncypował, że dręczą go polskie kompleksy. Oni byli wolni, on — nie. Pierwsza rzecz, to paszport, który trzeba było władzom wydzierać jak z gardła. Potem pieniądze. Sto dziesięć złotych za zielonego po kursie czarnorynkowym.

— Sorry! — przypomniał, że stoi obok, gdy na chwilę zamilkli. — Przepraszam, że przerywam, ale mam do ciebie ważną sprawę — spojrzał na Gastona z wymalowaną na twarzy rozterką. To, z czym przydreptał do Murzyna, nie cierpiało zwłoki i nie mogło być odłożone na później.

Gertruda w lot pojęła, że Polak chce być z nim sam na sam, więc z wdziękiem się uśmiechnęła i wytłumaczyła się przed Pawłem:

— To nie będę wam przeszkadzać, chłopaki. Zmywam się! — Jeśli chciała, to umiała się zachować. Zero tupetu. — Wyślę jeszcze kilka widokówek, czekają w moim pokoju na stoliku. Akurat kupiłam śliczne znaczki...

Nie wiadomo dlaczego, przypomniała się Pawłowi Telimena z „Pana Tadeusza”.

— Miła dziewczyna — rzekł Gaston, kiedy się oddaliła. Nie mógł oderwać od niej wzroku i nie krył tego, że budzi w nim zachwyt.

Nie podjął tego wątku. Jedyną osobą, która mogła go zawieźć do świętego miasta, a potem odstawić w całości z powrotem, był uprzejmy Nigeryjczyk z osławionym już kabrioletem. Ten wrócił myślami z brukselskiego Grand Place z górującym nad miastem gotyckim ratuszem, który przyjezdni mylili z mniej rzucającą się w oczy katedrą.

— Zależy mi na tym, żeby jeszcze dzisiaj znaleźć się w starej Jerozolimie! — wyłuszczył, w czym rzecz, nie bawiąc się w zbędne wstępy i nie owijając niczego w bawełnę.

Słyszący prośbę Pawła jakby się obudził. Kluczyki od wozu trzymał w ręku, od czasu do czasu kręcąc nimi młynka. Zapalił się do tego pomysłu. Skwapliwie się zgodził, nie wahając się ani chwili. Komu jak komu, ale temu chłopakowi nie mógłby odmówić. Zresztą, ten dziwnym trafem wstrzelił się w jego plany. Szeroko się uśmiechnął, pokazując garnitur lśniąco białych zębów.

— Z największą przyjemnością — nie krył zezowatego szczęścia. — Mam tam również coś do załatwienia — zdradził z rozbrajającą szczerością. — Od godziny nie mogę się zdecydować, czy wyskoczyć tam dziś, czy odłożyć to na jutro. Wybawiłeś mnie z kłopotu.

Obejrzał krytycznym wzrokiem szklanicę z tonikiem, do której barman na pewno nie dolał wódki, a nawet podniósł ją pod światło. Nie groziły mu promile. Odruchowo sprawdził, czy ma w kieszeni portfel.

Ochoczo pociągnął Pawła za sobą, jak małolat, wietrzący fascynującą przygodę, zasiadł za kierownicą i włączył radio, łapiąc hałaśliwą orientalną muzykę. Ruszyli. Mignęli między zjazdem z parkingu a podjazdem przed hotelem. Nowe jaskrawoczerwone obicia foteli lepiej się prezentowały od starych, pociętych przez policję. Prowadził pewnie, a przy tym jak każdy doświadczony kierowca prawie mimochodem. Miał minę faceta, zżytego z kierownicą od kołyski. Znał trasę, rychło też wypadli na szybką szosę i wtedy dopiero pokazał, co potrafi. Wyrywali się z objęć nadmorskiej metropolii.

Polak pierwszy raz był dłużej z Afrykańczykiem sam na sam i czuł się odrobinę skrępowany.

— Quelle vitesse? — ostrożnie zauważył na kolejnym kilometrze autostrady, przerywając milczenie.

Na liczniku mieli ponad sto dwadzieścia na godzinę, a z taką prędkością osiągało się Jerozolimę w ponad pół godziny. Paweł nie miał jeszcze — niestety — prawa jazdy. Zostawili po lewej port lotniczy Bena Guriona i jak szaleńcy pruli na południowy wschód, wyprzedzając inne wozy. Prędkość upajała, wywołując prawdziwy zawrót głowy, a pęd powietrza chłodził twarze.

— C'est vrai! — tamten potwierdził skinieniem głowy.


następny poprzedni