Minęła

północ, a Paweł wciąż czytał, mając nieodparte wrażenie, że dociera do głębi tajemnicy Boga. Bez miłości życie nie miało sensu, stawało się ubogie i wyjałowione, ustępując zwariowanej pogoni za pieniędzmi, władzą i dobrobytem. Uczył o niej również święty Paweł, wyśpiewujący na jej cześć wspaniały hymn.

— Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. Miłość nie zazdrości — czytał półgłosem — nie szuka poklasku, nie unosi się pychą; nie dopuszcza się bezwstydu, nie szuka swego, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego; nie cieszy się z niesprawiedliwości, lecz współweseli się z prawdą. Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje!...

Dzierżąc w dłoniach niby talizman pachnący różą list od Manueli, cieszył się, że wraz z nim spłynęło na niego światło z nieba. Otrzymał szczególny dar łaski. Wiedział, że może opuścić Izrael w pokoju ducha, świadomy tego, co zyskał. Bóg dozwolił mu zerwać kwiat poznania z niebiańskiej łąki — z tej łąki, po której sam się pewnie przechadzał w otoczeniu cherubinów i serafinów.

— To wam oznajmiamy, co było od początku — wydawał się szeptać mu do ucha umiłowany uczeń, a jego cichy głos słyszał Paweł, choć upłynęły liczne stulecia — co ujrzeliśmy własnymi oczami, na co patrzyliśmy i czego dotykały nasze ręce!..

Orędzie o miłości mocniejszej od śmierci miał chłopak z Polski zabrać z Ziemi świętej i udać się z nim jak z cennym ładunkiem do własnego kraju. To, co w nim tu zasiano, winno było tam zaowocować, sycąc szukających drogi i spragnionych prawdy.

— Bóg jest miłością! — szeptał mu do ucha umiłowany uczeń Pana. — W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu...

Zamknął wreszcie Nowy Testament i długo trwał na modlitwie. Poszedł spać dopiero po pierwszej w nocy.


Od rana

żegnał się z Ziemią świętą. Jak ogrodnik pieczołowicie wydobywał cenną winorośl z uświęconej gleby, ostrożnie by nie zniszczyć kruchych korzeni, z nadzieją na to, że przyjmie się ona na piaszczystym brzegu Wisły. Przeczuwał, że czeka go jeszcze jedna podróż w głąb duszy, ale niebiańskie biuro podróży nie nakleiło dotąd na jego bagażach żadnej etykiety. Podświadomie na coś czekał, choć nie wiedział, na co. Przed śniadaniem kolejny raz przeczytał list z Budapesztu i obejrzał wszystkie zdjęcia. Na jednym z nich Manueli towarzyszyła dużo młodsza siostra, z pewnością jeszcze chodząca do przedszkola. Na innej siedzieli przy kawiarnianym stoliku jej rodzice. Starszy brat przycupnął na schodach okazałej willi z ogrodem i brzdąkał sobie na gitarze.

Po śniadaniu, w czasie którego osowiała Anka rzuciła tylko kilka słów, wyszedł za hotel, decydując się na ostatni spacer po parku. Żegnał się z palmami i krzewami, ze zmurszałym murem, odgradzającym ten teren od ulicy, a nawet z kotem, którego dokarmiała zatroskana staruszka z Czechosłowacji. Przysiadł na niewielkiej ławeczce pod starym poskręcanym drzewem, którego nazwy nie umiał sobie przypomnieć. Zza pazuchy wyciągnął Nowy Testament. Wertował stronice, ze zdumieniem odkrywając, że czynionych ołówkiem dopisków na marginesach było znacznie więcej niż przypuszczał. Nie chciało mu się wprost wierzyć — trwały wakacje, a on zawzięcie orał Pismo święte jak skrypt przed egzaminem. A przecież nie czekała go sesja poprawkowa. Wahał się nad Gertrudą, którą mógłby uznać za swego najlepszego przyjaciela, gdyby nie to, że tak krótko się znali. Zmarnowała prawie cały turnus, głupio udając, że nie rozumie polskiego i z niepojętym zacięciem grając rolę malowanej lali. Fantastycznie się z nią gawędziło, niestety nad wspólnie spędzonymi chwilami ciążyła bolesna świadomość nieuchronnie nadchodzącego rozstania. Czy tak musiało być? Czy nie mogła otworzyć ust o półtora tygodnia wcześniej? Wiedział wszakże, że rozmów z nią nie zapomni. Były jak lakowa pieczęć na ważnym dokumencie, spisanym na zwiniętym w rulon pergaminie. Jeszcze raz powrócił do Dziejów Apostolskich. Przebiegł wzrokiem najpierw pierwszy, a potem drugi rozdział tej księgi. I wtedy doznał olśnienia. Błysk myśli był szczególny. Zerwał się gwałtownie z ławki, uzmysławiając sobie nagle, że poważnie się mylił, łudząc się, iż jest gotowy do wyjazdu.

Zastanowił się, która jest godzina, spoglądając jak na zboczach Beskidu Sądeckiego pod słońce, a potem zaczął robić gorączkowe plany. Pojął, że musi odnaleźć Gastona, który zapewne kręcił się gdzieś po hotelu. Jeszcze raz przejrzał uważnie cały drugi rozdział Dziejów, dłużej zatrzymując się przy scenie z językami jakby z ognia. Nie rozumiał, dlaczego tego kapitalnego odkrycia dokonał tak późno.

— Sekret niezwykłych narodzin Kościoła — z niejakim podnieceniem wyszeptał do siebie. — Bez tego do niczego by nie doszło!

Przez dziewięć dni uczniowie trwali w wieczerniku na modlitwie i żaden z nich wcześniej nie usiłował wyjść na ulice świętego miasta, aby głosić Zmartwychwstałego. Jezus nakazał im bowiem oczekiwać dopełnienia, które enigmatycznie nazwał „obietnicą Ojca”.

— Słyszeliście o niej ode Mnie — czytał półgłosem — Jan chrzcił wodą, a wy wkrótce zostaniecie ochrzczeni Duchem Świętym! — sylabizował. — Nie wasza to rzecz znać czas i chwile, którą Ojciec ustalił swą władzą, ale gdy Duch Święty zstąpi na was, otrzymacie Jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi!..


następny poprzedni