Przesyłkę

musiał Paweł odebrać osobiście z recepcji, bowiem należało pokwitować jej przyjęcie. Tym razem Ance udało się dojrzeć adres zwrotny, bo szorstko wyrwała mu z dłoni jasnobrązową kopertę. Obwąchała ją z obu stron z miną srogiego i bezdusznego prokuratora, który wreszcie zdobył dowód rzeczowy, kompromitujący podejrzanego. To był dla niej cios. Nie przyszło jej do głowy, że chłopak może konspirować za jej plecami.

— Z Budapesztu? — prychnęła zjadliwie. — Przecież to Węgry. Do jasnej cholery, kogo tam masz, ty żłobie?

Prawie siłą odebrał jej list i ciekawie ważył w dłoni. Koperta była formatu zeszytowego, solidna i gruba. Nie udało się Ance jej rozedrzeć.

— W Budapeszcie? — zapytał. — A to nie w Rumunii? — łgał jak stary oszust, udając niezorientowanego. — Nie mam nikogo — bezczelnie rzucił jej w twarz. — To pewnie jakaś pomyłka!

Wydawało się, że rzuci się na niego z pięściami.

— Ty ordynarny chamie, pomyłka? Za kogo ty mnie masz? To może to jest w Chinach? Co tam z tyłu pisało? Jakaś Manuela Tibor? — spiorunowała go wzrokiem jak najgorszego wroga. — Sądzisz, że uwierzę w te brednie? Dawaj, sprawdzę! — wyciągnęła skwapliwie rękę, chcąc się uwolnić od wątpliwości.

Tym razem okazał się dużo szybszy.

— Ha, ha, ha! — koperta strzeliła wysoko nad głowę, więc nie mogła jej dosięgnąć, chociaż podskoczyła kilka razy. — Ha, ha, ha! — rechotał jak najęty. Tańczyła wokół niego. — I ja mam, rzepo, swoje sekrety! — był od niej wyższy o tych głupich pięć centymetrów, no i nieco bardziej wysportowany.

Kilka osób już się przyglądało jej pożałowania godnym harcom i dziewczyna wreszcie pojęła, że się kompromituje.

— Wracaj sobie sam do Warszawy, ty draniu! — palnęła z nieskrywanym żalem. — Beze mnie! — Musiała sobie poprawić spódnicę. — Ja sobie polecę z Gastonem do Paryża.

Nie przejął się tą groźbą, odwrócił się dumny jak paw i udał się z listem w stronę windy.

— Do zobaczenia na Polach Elizejskich! — kpiąco dociął dziewczynie, okazując jej jawne lekceważenie.

Nadjechała winda i odruchowo wcisnął przycisk czwartego piętra. Nie czekał, aż znajdzie się w pokoju. Ciekawość była silniejsza. Zdarł brzeg koperty, z radosnym biciem serca wysuwając zawartość. Znalazł tam złożony na czworo pachnący list o falistych brzegach i plik kolorowych fotografii. Na chybił trafił wybrał jedną z fotek i roześmiał się, rozanielony. Jego słodziutki cukiereczek w skąpym stroju kąpielowym pozował na tle czerwonego kabrioletu, żywcem porwanego Nigeryjczykowi. Nawet fotele się nie różniły.

— Mucha nie siada! — zapiał z triumfującą miną.

Winda zatrzymała się z charakterystycznym dźwiękiem, do którego już przywykł. Pomyślał, że będzie mu go potem brakować w Warszawie. Wyniósł się z niej i skierował się do swego numeru, z przejęciem przeglądając po drodze inne zdjęcia. Kilka ujęć pochodziło znad rozświetlonego słońcem Balatonu. Kiedy wszedł do pokoju, z rozkosznym podnieceniem rozłożył list, który — ku jego zdumieniu — został po części napisany po polsku.


Było

coś wzruszającego i łapiącego za gardło w scenie, która miała miejsce pod krzyżem na Golgocie. Nie wszyscy uczniowie mieli odwagę oglądać z bliska mękę Pana. Natrafił na ten fragment opisu, wertując Ewangelię według świętego Jana. Testament z krzyża, na którym zawisł wcielony Syn Boży, aby odkupić grzechy świata, składał się z dwu skąpych zdań, z najwyższym trudem rzuconych w agonii.

— Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował — czytał Paweł półgłosem — rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój!”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął ją do siebie!..

Kilka razy przeczytał ten fragment Ewangelii i długo nad nim medytował — tak długo, aż krótki tekst wrył mu się w dobrze w pamięć. Pełna słodyczy była scena pod krzyżem, a padające w niej słowa zdawały się przypominać, że w kruche życie ludzkie było wpisane coś naprawdę trwałego, co pozwalało człowiekowi przetrwać cierpienie i śmierć. Głęboki związek Syna z Matką nie poddawał się prawu przemijania, zatem nienawiść złych duchów, które z trzewi ziemi zachłannie sięgały ku krzyżowi, nie mogła go zniszczyć.

Leniwie wyciągnął się na łóżku, z uwagą przeglądając błyszczące fotografie i wciąż poszukując nowych szczegółów. W granatowym szkolnym mundurku było Manueli wyjątkowo do twarzy. Prezentowała się w nim tak niewinnie i dziecięco! Czekała przed budynkiem z ciemnoczerwonej cegły w otoczeniu podobnie odzianych koleżanek, ściskając pod pazuchą jakieś książki i uśmiechając się radośnie do obiektywu.

Kiedy tak na nią patrzył, przyszło mu do głowy, że medytując z rozwagą nad Jezusem i Jego misją, gubił gdzieś po drodze Jego Matkę i mimowolnie Ją pomijał. Protestanci ponoć uważali, że Jej rola w dziele zbawienia nie była znacząca. Jednakże scena pod krzyżem temu dobitnie przeczyła. Maryja była zawsze przy Jezusie, zawsze w pobliżu, chociaż raczej z boku i jakby w tle — zarówno wtedy kiedy rozpoczynał publiczną działalność, przyjmując z rąk Jana Chrzciciela chrzest w Jordanie, jak i wtedy kiedy zasłona świątyni miała się rozedrzeć na dwoje. Odszukał listy świętego Jana, który zgodnie z poleceniem Nauczyciela miał się Nią opiekować do kresu ziemskich dni. Strona po stronie kartkował Nowy Testament, uzmysławiając sobie, że umiłowany uczeń znajdował się w uprzywilejowanym położeniu, ponieważ mógł odkrywać orędzie Pana w nadzwyczajny i wyjątkowy sposób, a dlatego nadzwyczajny i wyjątkowy, że słyszał je — ze słodyczą objaśniane — z ust Jego Matki. Przeminęła młodość i stał się dorosłym. Nad czym dumał, będąc już w sile wieku? Paweł śledził jego zapiski. Apostoł niestrudzenie powracał do tego samego tematu, tak bliskiego przecież wszystkim kobietom — do szlachetnej i pełnej oddania miłości.


następny poprzedni