Weszli

do kościoła Zaśnięcia Najświętszej Maryi Panny. Jak głosiły podania, Matka Boża tu właśnie spędziła ostatnie dni ziemskiego życia i tu zasnęła snem wiecznym. Konsekrowana w 1908 roku świątynia była neoromańską budowlą o jasnym interieur. Gaston z pasją pstrykał zdjęcia, ustawiając Ankę jak posłuszną modelkę na tle sakralnych wnętrz. Pozowała mu z wdziękiem, spod przymkniętych powiek rzucając co rusz tęskne spojrzenia za Pawłem. Błyskał flesz. Łączyła ją z Nigeryjczykiem nić subtelnej przyjaźni, której nie stał na przeszkodzie odmienny kolor skóry. Rozpromieniony Murzyn kilka razy kiwnął zachęcająco na Polaka, pragnąc, by włączył się do przezabawnej sesji, ale ten nie miał na to ochoty. Nie odpowiadała mu rola uśmiechającej się na zawołanie kukły.

Gertruda wyrosła jak spod ziemi tuż obok sflaczałego chłopca, gdy ten przystanął przy posadzkowej mozaice, zawierającej znaki Zodiaku. Miała na sobie wyszczuplającą ją zwiewną sukienkę z delikatnego materiału w kolorze wrzosu. Założyła buty na obcasie, więc w rezultacie tego spoglądała na niego nieco z góry. Skwapliwe podsunęła mu temat do rozmowy.

— Tam dalej — rzekła — są symbole Trójcy świętej, tu zaś znaki pogańskie. Czy można to jakoś połączyć, bo nie wszyscy się na to godzą, i to w miejscu kultu?

Zadumał się nad tym z pozoru naiwnym pytaniem. Odniósł niejakie wrażenie że już od początku pobytu w Izraelu podświadomie drąży ten wątek w poszukiwaniu odpowiedzi. Przez chwilę bawił się światłem, które padało z góry.

— Już wiem! — doznał nagle olśnienia. — Coś podobnego wcześniej mi wpadło w oczy, tylko nie pamiętam, gdzie. Czekaj, czekaj, niech pomyślę — uniósł palec do góry. — Chwila moment! Już sobie przypominam, w Lublinie. Palotyni mają tam na Sławinku nowy dom, a na jego frontonie widnieją te znaki. I jakoś im to nie przeszkadza. Widocznie jest na nie moda.

— Nie musisz szukać tak daleko. Od tej schodkowej Mazal Dagim Street w Jafie też odchodzą uliczki o nazwach znaków Zodiaku. Wiesz, tam, gdzie są te galerie artystów...

Włosy miała ściągnięte gumeczkami, a z kucykami przypominała nieco małą zagubioną dziewczynkę, zalotnie adorującą starszego od niej pana. Wydawało się, że gdy usłyszy odpowiedź, uprzejmie podziękuje za uzyskane informacje, grzecznie dygnie i z taktem odejdzie.

Uśmiechnął się pod nosem.

— Wyobraź sobie, ze zaraz po przylocie wybrałem się na spacer brzegiem morza w stronę Jafy. Zawróciłem po prawie dwóch kilometrach.

Przytaknęła, ale nie to ją akurat zajmowało.

— Zatem daje się je... jakoś ochrzcić? — dociekała, czekając na to, co powie.

Pewnie miała to czarno na białym wypisane w przewodniku, który trzymała w rękach. Nie mógł tego sprawdzić, bo przecież w przeciwieństwie do niej nie znał języka niemieckiego.

— Być może, skoro tu są — ostrożnie dedukował. — Przez wiele wieków przenikały się te dwie różne kultury i twórczo oddziaływały przecież na siebie. Jedna, biorąca się stąd, z Izraela i zwana judeochrześcijaństwem, i druga, helleńska, grecka, kwitnąca przez stulecia w Imperium Romanum — popisał się z dumą. — Ich wzajemne wpływy rzucają się w oczy, są widoczne w sztuce, w malarstwie i architekturze, w literaturze i poezji... — urwał, nie chcąc przeholować. Właściwie słowa płynęły same, jakby jego drugie głębsze ja było lepiej zorientowane i poinformowane. Dziwnym trafem był przygotowany do tej rozmowy.

W oczach Gertrudy ujrzał błysk podziwu. Utrafił w jej oczekiwania i smak.

— Przeprowadzasz fenomenalne analizy — podsumowała chłopaka. — Jesteś oczytany jak adiunkt na uniwersytecie i od razu docierasz do istoty rzeczy. Mało kto to potrafi...

Omal się nie zarumienił. Marzyła mu się praca na uniwersytecie, ale było za wcześnie, żeby o tym serio myśleć. Czekał go dopiero drugi rok.

— No, wiesz? Bierzesz mnie pod włos — bronił się. — Trafiło się ślepej kurze ziarno. Przeceniasz moje umiejętności.

— Nie sądzę — ujmująco zaoponowała, poprawiając dłonią włosy. Dopiero teraz zauważył, że w uszach ma dwa maleńkie finezyjne kolczyki z misternie wyrytą literą „p”. Ani chybi zależało jej, żeby wpadły mu w oczy.

— Idźmy dalej — zdecydował. — Nie możemy tu wiecznie sterczeć.

Niespiesznie ruszyli z miejsca. Owszem, z przyjemnością i pasją odkrywcy czytywał zajmujące książki, ale dotykające raczej zagadnień z obrębu fizyki, astronomii i kosmologii. Historią chrześcijaństwa się nie zajmował.

— A propos! Spod jakiego jesteś znaku? — znów niewinnie zapytała.

Wzruszył obojętnie ramionami.

— Chyba spod Wodnika. Urodziłem się w zimie. Ale nie wierzę w te brednie. Olewam to.

— Ja spod Wagi — odpowiedziała. — Pasujemy do siebie. Ej! — szybko zmieniła temat. — Urodziłeś się w zimie? Przecież w zimie nie ma bocianów. A przynajmniej nie w Polsce. Przylatują do Egiptu — radośnie zachichotała.

Zeszli do krypty o pięknym planie koncentrycznym i obejrzeli ołtarz, a przy nim figurę zapadającej w sen Maryi. Tu dopadła ich Anka, patrząca podejrzliwie, czy przypadkiem nie trzymają się za ręce jak Romeo i Julia.

— Zawsze gdzieś skręcasz na boki! — fuknęła.

Wściekł się. Przez krótką chwilę wydawało się, że strzeli ją w pysk. Nie znosił, gdy skuwano go kajdankami.

— Widocznie nie lubię się fotografować! — odszczeknął. Zmełł w ustach jakieś przekleństwo i pomyślał z żalem, że przecież nie robi jej wyrzutów, iż bez przerwy przestaje z Afrykańczykiem.

Obejrzał się za Gertrudą, która natychmiast się zmyła. Czuła respekt przed tą wiedźmą. Sterczała teraz smutna jak maleńka dziewczynka, której siłą odebrano zabawkę. Potem jakiś ostrzejszy błysk pojawił się w jej oczach, bo pewnie poddawała w myślach rywalkę najgorszym torturom. Nie należała do tych, którzy godzą się z nokautem. Może wzorem dawnych inkwizytorów paliła ją na stosie? Wreszcie odwróciła się, podeszła do kogoś starszego z niemieckiej grupy i wdała się w rozmowę.


następny poprzedni