Wzrok

z utęsknieniem szukał cienia, ale na próżno. Błękit nieba był czysty aż po horyzont, a słupek rtęci od świtu nieustępliwie wspinał się w górę. Zapowiadał się istny skwar, co Pawłowi było nie w smak. Liczył na kilka ociupinę chłodniejszych dni. Anka snuła się po holu w tak skąpych ciuchach, że kiedy na nią wpadł, omal nie potknął się z wrażenia i nie wylądował jak długi na posadzce. Przykuse czerwone spodenki podkreślały zgrabne pośladki i wąską linię bioder, a obcisła do bezwstydu żółta bluzeczka na wąskich ramiączkach uwydatniała niewielkie ale kształtne piersi. Naturalnie, idąc w ślady Gertrudy nie założyła stanika. Puścił ją przed sobą do restauracji, ze zdumieniem lustrując jej sylwetkę. Usiedli razem przy stoliku. Zezował na nią co rusz, nie wierząc własnym oczom. Tego dnia serwowano kuchnię marokańską, jednak chłopak nie umiał się skupić na tym, co było w karcie. Kuskus, tadżin, harrira, ciasteczka migdałowe w miodzie... Nie rozumiał, co się stało z dotąd skromną i powściągliwą dziewczyną, dbającą o to, by nie przekraczać granic przyzwoitości. W Warszawie w czymś takim nie wyfrunęłaby za nic na ulicę. Swoją drogą matka by jej nie wypuściła. Jak się należało spodziewać, Anka nic sobie nie robiła z jego srogich min. Nie przejmowała się tym, że niemal sztyletuje ją wzrokiem. A poza tym nie był to jeszcze jej ostatni wyczyn, bowiem przewrotnie przewidziała dla niego — o czym nie miał zielonego pojęcia — złośliwą ścieżkę zdrowia. Chodziło, oczywiście, o poderwanego Murzyna.

Czarny Gaston był w szampańskim humorze, bowiem Polka wielkodusznie się zgodziła, żeby dotrzymywał im towarzystwa. Im — to znaczy jej i Pawłowi. Tego dnia w harmonogramie mieli wyprawę do Betanii. Błyszczący nowością autokar czekał na parkingu przed otoczonym zielenią hotelem. Nigeryjczyk szalał tak, jakby go właśnie wybrano do knessetu — chociaż nie był ani Żydem, ani Arabem. Paweł nie pojmował, dlaczego jego niewydarzona laska, której dotąd nie brakowało oleju w głowie, tak energicznie angażuje się w przelotną i w gruncie rzeczy przypadkową znajomość z dyskoteki. Wyprowadziła go tym z równowagi. Wkurzył się jak diabli, bo wcześniej nic nie wiedział o jej planach, wbił ręce w kieszenie szortów, a nawet buńczucznie postanowił, że nigdzie z nią nie pojedzie. Po kilku minutach jednak ochłonął i jakoś się opanował. A poza tym w mig się połapał, że nie musi się niepokoić. Roześmiana twarz Gastona, żegnającego wsiadających do klimatyzowanego wnętrza turystów już go tak nie drażniła. Dziewczyna nie posunęła się bowiem za daleko. Czarny chłopak nie zamierzał jechać z nimi autokarem. Facet nie sięgał po cudze. Jak się okazało, miał własny wóz, nieco już sfatygowany, ale sprawny, którym zamierzał pruć za grupą wycieczkową. I tak się też stało.

Stalowe porsche migało za panoramicznymi szybami autokaru, który mknął asfaltową szosą między przygasłymi o tej porze roku winnicami. Tamten bezprzykładny idiota chciał się popisać i buńczucznie dowieść, że znakomicie prowadzi. Ze swymi ryzykownymi wygłupami mieścił się jednak w normie, bowiem szarżujący jak samobójcy kierowcy izraelscy byli tu chlebem powszednim. Pojawiał się to z przodu, to z tyłu, wyprzedzając ich lub z nagła zwalniając i dając się wyprzedzić. Kiedy porsche w czasie tych zwariowanych manewrów znajdowało się na krótko obok autokaru, Murzyn co rusz wciskał klakson, śmiejąc się do rozpuku. Wyglądająca zaś przez szybę Anka wtórowała mu jak wariatka.

Rozdrażniony tym Paweł starał się zachować stoicki spokój. Dostojny mędrzec umiał się wznieść ponad śmierdzące czosnkiem pospólstwo i nie stracić powagi. Gdyby chłopak był bardziej obyty z kobietami i ich humorami, w jej zachowaniu dostrzegłby od razu elementy świadomej babskiej strategii. Poszedł jednak innym torem. Przeprowadził w myślach dogłębną analizę i niczym doświadczony psycholog wykoncypował, że pod wpływem czarnego studenta runęły w Ance mury dobrego wychowania, wyniesionego z domu rodzinnego. Drań wciągał ją do buszu. Jej podkreślająca arystokratyczne pochodzenie matka była zawsze elegancko ubrana, pedantycznie dbała o konwenanse, a w dużym mieszkaniu przy Alejach Jerozolimskich nigdy nie brakowało antyków. Z zawieszonych na białych ścianach olejnych płócien w złotych ramach surowo spoglądali pokryci patyną już to prawdziwi, już to przyszywani przodkowie. Dziewczyna wszakże ostentacyjnie ich lekceważyła i wyraźnie miała ich za nic, niebezpiecznie lawirując i skłaniając się ku debilnemu mezaliansowi. Oczyma wyobraźni ujrzał ją, otoczoną ubrudzonymi czarnymi bobasami, drącymi się do niej „mamo”.

Wreszcie to mu się znudziło. Ostentacyjnie przesiadł się na drugą stronę, kryjąc twarz za zasłonką w kwiaty. Miał zepsuty kolejny dzień — tym bardziej, że i pociągająca go Gertruda zachowywała się podobnie. Chichotała jak najęta, nagannie wiercąc się na kolanach swego gladiatora, który zawsze spoglądał na Polaka z góry. Z fantazją obejmowała swego herosa za szyję. Cóż, tamten miał prawie metr osiemdziesiąt wzrostu. I mięśnie jak ze stali. To było nie do zniesienia.

— Co za idiotki — mruczał do siebie, przeżywając swoją aż nadto widoczną porażkę. — Stuknięte jak nic — psioczył. — Skąd się takie biorą? Wystarczy, że przygrzeje słońce i suki w mig zapominają o IQ. Nie są, zdziry, warte kopniaka! — burczał z rozżaleniem.

Dojechali na miejsce, jednakże chłopak stracił już ochotę na oglądanie zabytków. Zamknął się w sobie. Zapragnął nagle samotności i poczuł dziwny wstręt do turystów, którzy wysiadali z klimatyzowanego autokaru. Szczególnie do płci pięknej. Z tego wszystkiego zapomniał o butelce z wodą mineralną. W Judei było dużo gorzej niż nad morzem. Upał dawał się we znaki, a przydymione palące słońce wydawało się urągać z istot, które odważyły się stąpać po spękanej ziemi. Pot lał się po skórze i z trudem łapało się powietrze. Ani odrobiny wiatru. Zajrzał do wydobytego z kieszeni przewodnika po Izraelu, postanawiając, że wybierze się w pojedynkę do grobu Łazarza, a tam w spokoju zaczeka na pozostałych gości z hotelu. Staruszka z Czechosłowacji z troską spojrzała na chłopca z Polski, jakby z iście kobiecą intuicją chciała go przed czymś ostrzec, jednak nic nie rzekła. Miast tego podeszła do Gertrudy, zwracając się do niej po niemiecku i wplatając w wypowiadane kwestie jakieś rosyjskie słowa. Natychmiast wywołała salwę śmiechu. Paweł wykorzystał moment nieuwagi i zniknął między drzewami po przeciwnej stronie zakurzonej jezdni. Kiedy się oddalił, znalazł skrawek cienia i przysiadł na wyschniętej trawie. Zadumał się nad Anką i Gastonem, usiłując przebić się przez mur niewiedzy. Co ona widziała w Nigeryjczyku?

Mignęła mu przed oczyma scena z nie cieszącego się najlepszą reputacją studenckiego klubu, do którego kiedyś wdepnął z czystej ciekawości. Muzyka była drażniąca, hałaśliwa, pulsowały kolorowe światła, a w powietrzu unosiły się kłęby dymu z papierosów. Zamówił coś do picia i usiadł, kątem oka lustrując milutkie dziewczyny, pewnie już licealistki, które wylądowały przy sąsiednim stoliku. Przypiął się do nich wyglądający jak neandertalczyk Afrykańczyk, zagadujący po angielsku i kaleczący pojedyncze polskie słowa. Licealistki były wniebowzięte, ale i mocno przestraszone, niepewnie rozglądały się dookoła, jakby się obawiając, że podejrzy je ktoś znajomy, a potem doniesie, gdzie trzeba. Jedna z nich, szczuplutka ale wyrośnięta, żywcem wzięta z boiska do siatkówki, zgodziła się zatańczyć z czarnym mężczyzną. Wyszła na parkiet, by znaleźć się w jego zachłannych objęciach — a Paweł dostrzegł w jej oczach błysk przerażenia. Poruszała się jak sparaliżowana. Był lekko podpity i coś tam jej wulgarnie szeptał do ucha, pewnie złożył jej w szeleszczących banknotach propozycję nie do odrzucenia. Być może, często bywała na dyskotekach i bawiła się z rówieśnikami, a nawet ze starszymi od siebie chłopakami, nigdy jednak dotąd nie przypadło jej w udziale intymne tête-à-tête z facetem, który nie krył przed nią pożądania i przepełnionej zepsuciem drapieżnej, wyrafinowanej zmysłowości. Dopiero, gdy tamten odszedł, odciągnięty przez swego czarnego kolegę, zgorszona laska wypaplała koleżance, czego chciał i za ile. Dosłyszał, bo dobrze nadstawił uszu. „Zboczony! I to za pięć dolców?”

Gaston był zapewne inny niż tamten, jednak Paweł uznał, że jeżeli zajdzie taka potrzeba, zdecydowanie wkroczy do akcji i wytrąci mu broń z ręki. Dziewczyna mimo swoich lat miała jeszcze pstro w głowie i trzeba było jej pilnować. W oczach jej matki brał za nią odpowiedzialność. Wolał sobie nie wyobrażać, co usłyszałby od Mierzwińskiej, gdyby się okazało, że pozostawiona jego opiece ukochana Anusia przytargała z Izraela w brzuszku czarne maleństwo. Byłaby straszna burza i zebrałby baty! Usłyszałby, ile jest warty. Tak przed wyjazdem do Paryża, jak przed odlotem do Tel Awiwu, musiał ją w cztery oczy solennie zapewnić, że jej córci nie zrobi krzywdy i że między nimi nie dojdzie do niczego, co nie powinno mieć miejsca przed ślubem. Było to na swój sposób żenujące i zawstydzające, ale jeśli chciał się z nią pakować w świat, nie miał innego wyjścia.

Błąkał się między drzewami figowymi z rękami w kieszeniach szortów i kopał wystające patyki. Kiedy wypluł go samolot z Bukaresztu i znalazł się na lotnisku Bena Guriona koło Tel Awiwu, wpadł w prawdziwą euforię, wiele sobie obiecując po pobycie w Izraelu, jednak już po kilku dniach zaczął odczuwać nieznośne zmęczenie. Myślał o hotelu, w którym ich umieszczono, dając pokoje na czwartym i piątym piętrze, oraz o energicznym Arabie, który obwoził grupy turystów po zabytkach Palestyny, sprawnie pilotując wycieczki. W Betanii można było obejrzeć kościół katolicki, wzniesiony na początku lat pięćdziesiątych na ruinach bizantyjskich, meczet z minaretem, kościół obrządku grecko-prawosławnego i ruiny twierdzy, która w czasach krzyżowców strzegła klasztoru królowej Melisandry. Rozumie się, grób Łazarza był pamiątką najbardziej intrygującą i zajmującą — a Paweł uderzył się w czoło w przebłysku olśnienia. Miał się tam udać, lecz do głębi przejęty tym, co działo się z Anką, zupełnie o tym zapomniał.

Porzucił dający odrobinę cienia gaj figowy, wychodząc na odsłoniętą przestrzeń i mrużąc powieki. Można było odnieść niejakie wrażenie, że jego procesy życiowe pod wpływem żaru uległy niebezpiecznemu spowolnieniu. Nie zaglądał już do przewodnika, idąc na azymut — jakby brodził w trawach po ramiona w Bieszczadach, gdzie nie mógł pobłądzić, nawet gdyby z założonym plecakiem opuścił oznakowany szlak turystyczny. Jakiś złoty promień zatańczył nad nim i nagle poczuł, że zaczyna go boleć głowa. Krzywił się, bo ból był rwący i obezwładniający. Łomotało mu w skroniach. Wydedukował, że sam zawinił, bowiem nie chciał nosić sprawionego mu przez Ankę słomianego kapelusza lub przynajmniej zawiązanej na głowie chusteczki na modłę lat sześćdziesiątych. Zapragnął jak najprędzej znaleźć się przy grobie złożonego w czeluści i wskrzeszonego Łazarza, a tam usiąść na byle głazie i chwilę odpocząć. Przeszyło go nagłe pragnienie, żeby zdobyć sobie przyjaciela, podobnego do tego, którego miał tamten — zatem zdolnego postawić go na nogi i przywrócić do życia, gdyż w tym upiornym upale czuł się prawie jak nieboszczyk. Wiedział jednak, że nie znalazłby takiego. Nikt bowiem nie posiadał mocy, którą dysponował Nauczyciel z Nazaretu. Jak przez mgłę dojrzał w wieczornym słabym świetle Jego sylwetkę na stoku wzgórza i uderzyła go znienacka myśl, że po wywinięciu kilku koziołków powinien był zawołać za Jezusem, a nie za Jego najmłodszym uczniem, który ze względu na swój wiek z pewnością nie miał w gronie wybranych posłuchu.


następny poprzedni