Pokój

na raczej mrocznym piętrze, a właściwie cela w budynku, który zdawał się przypominać niewielką, ale pamiętającą czasy wypraw krzyżowych twierdzę, był skromnie urządzony. Ascetyczne białe ściany harmonizowały z błyszczącą mahoniową podłogą, a jedyną rzucającą się w oczy ozdobą był ogromny krucyfiks, sięgający od klepek prawie po sklepienie celi. Na środku stało spore biurko, a przy ścianie znaczył się klęcznik. Mający około sześćdziesiątki korpulentny mnich z brodą prawie do pasa, emanujący młodością i radością życia, przywitał Pawła z wylewną lecz zarazem tonowaną serdecznością — i można było odnieść niejakie wrażenie, że przez lata cierpliwie czekał na tego właśnie młodego Polaka. Prawica chłopca zginęła w jego pulchnych i dużych jak łopata dłoniach. Zakonnik uścisnął ją, dając przybyszowi do zrozumienia, że jest tu mile widzianym gościem, a Pawłowi przeszło przez myśl, że nie jest wcale brany za syna marnotrawnego, czego właściwie mógłby się spodziewać. Tamten wskazał mu fotel. Polak przysiadł. Fioletowa stuła była przerzucona przez poręcz drugiego fotela, ale mnich nawet na nią nie spojrzał. Nie było tu konfesjonału, ani żadnych kratek, które Pawłowi kojarzyły się zawsze z kornym wyznawaniem niecnych występków i wstydliwych słabości.

Mimo powagi chwili ojciec Emanuel nadal był wylewny. Nie krył radości z wizyty niespodziewanego pielgrzyma z odległego europejskiego kraju. Mówił bardzo dobrze po polsku, lecz z tym specyficznym obcym akcentem, który kazał się domyślać bądź to rodaka, żyjącego od lat na emigracji, jeśli nie wręcz urodzonego na obczyźnie, bądź to nieznanego pochodzenia kosmopolity, który znając biegle kilka języków, każdym posługuje się jednakowo poprawnie. Opowiedział krótko o miejscu, w którym byli, a potem zamilkł na chwilę, złożył dłonie jak do modlitwy, pokiwał z namysłem głową i zapytał:

— Z czym zatem przychodzisz do mnie, Pawle?

To brzmiące z pozoru banalnie pytanie zdawało się w ustach tego zakonnika w brązowym wysłużonym już habicie nabierać mocy, obligującej do wyznania wszystkiego, co ukryte w duszy ludzkiej — i Paweł nagle pojął, że jego z kunsztem przygotowany i bardzo drobiazgowy rachunek sumienia przestał w tej celi cokolwiek znaczyć. Rozsypał się jak domek z kart. Nie oczekiwano od niego formalnego, a tym samym zdawkowego wyznania grzechów, a mnicha zupełnie nie zajmowało to, czy przeklinał i ile razy, czy chodził w niedzielę do kościoła, czy odmawiał pacierz, jak również to, czy wstrzymywał się w piątki od spożywania potraw mięsnych.

Chłopak przygryzł wargi i zaczął z zupełnie innej beczki:

— Miałem dziwne ekstatyczne wizje — ostrożnie wyznał, przełamując wstyd. — Niefrasobliwie przyjechałem z wycieczką do Izraela, licząc jak każdy turysta na trochę podniecających wrażeń, lecz tu okazało się, że wbrew mojej woli ktoś potężny niespodziewanie wkroczył z mocą w moje życie. Początkowo myślałem, że jestem chory psychicznie...

Ojciec Emanuel natychmiast wykonał uspokajający ruch ręką.

— Wiele niezwykłych rzeczy ma tu miejsce, w Ziemi świętej, w Jerozolimie, a zresztą nie tylko tu, lecz także w wielu innych ośrodkach kultu na świecie, rzeczy, o których potem się głośno nie mówi. Magnalia Dei! Niewiele dociera do wiadomości publicznej, bo i po co? Nie musisz się więc lękać — spojrzał na chłopaka z nietajoną życzliwością. — Mów! — dodał. — Bóg czyni cuda i nie należy ich się wstydzić. Śmiało!

Zachęcony tym Paweł odetchnął z widoczną ulgą i zaczął mówić. Otworzył przed tamtym duszę i opowiedział o wszystkim po kolei, poczynając od zdarzenia na zboczu wzgórza, kiedy to po raz pierwszy ujrzał Jezusa i jego uczniów, aż po scenę na dziedzińcu przed pałacem arcykapłana.

Tamten spokojnie go wysłuchał, nie przerywając, a tylko co jakiś czas życzliwie przytakując, a gdy pojął, że Paweł skończył, wyprostował się i rzekł z powagą:

— Nie ty pierwszy przechodzisz tę niewiarygodną drogę. Przed tobą byli inni, którym podobnie było dane odkrywać dzieła zbawienia. To łaska i stygmat! I chyba najważniejsze jest to, żebyś z powodu niezwykłości swoich doznań nie popadał w pychę — przedstawił swój punkt widzenia. A potem z rozwagą dodał: — Dobrze zrobiłeś, wchodząc z tym na zwykłą drogę Kościoła!

Paweł nie rozumiał.

— Co ojciec ma na myśli? — zapytał.

Zakonnik złożył ręce w zadumie. Gładził swoją długą posiwiałą brodę.

— Myślę o modlitwie i o spowiedzi. Również o innych sakramentach, których Kościół jest szafarzem.

Chłopak zmarszczył brwi.

— Uznałem, że to oczywiste. Modlitwa daje poczucie wspólnoty z rozsianymi po całym globie wierzącymi, którzy myślą i czują podobnie — przypomniał sobie, co go nurtowało, gdy po raz pierwszy od dłuższego czasu klękał do pacierza.

Tamten przyznał mu rację. Ucieszył się tym wyjaśnieniem. Zatarł ręce i podniósł się z fotela.

— A zatem, młody człowieku, wypada mi zaproponować ci jakiś poczęstunek. Na co masz ochotę do filiżanki dobrej herbaty?

Paweł zrobił wielkie oczy i zaoponował.

— A rozgrzeszenie? — zapytał z odrobiną lęku, jakby się obawiał, że tamten zbagatelizuje go i odeśle z kwitkiem.

Mnich spojrzał na niego nieco zdziwiony, a potem jowialnie się roześmiał i po przyjacielsku poklepał go po ramieniu.

— Nie lękaj się. Zejdziemy później do kaplicy, wspólnie się pomodlimy, a ty przystąpisz do komunii. Bingo! — rzucił jak młody źrebak, wypuszczony na wybieg. — Zdążę się wywiązać ze wszystkich kapłańskich powinności!


następny poprzedni