Zeszedł

na śniadanie, powtarzając w myślach rachunek sumienia. Wydawało mu się, że wlecze się — jak przed laty — z ciężkawym tornistrem do szkoły i że główkuje nad zadanym wierszem. Taki był los malca... Bał się źle wypaść przed nauczycielem i klasą, więc czuwał, by żadna zwrotka nie umknęła jego zawodnej pamięci. Wieczorem przesiał jeszcze raz przez sito sumienia swoje przewinienia, odrzucając bzdety w stylu „piłem zgrzany zimną wodę”, czy „nie słuchałem mamy i nie wynosiłem śmieci”, a zatrzymując się przy tym, co wydawało mu się ważne. Był dorosły i nie chciał się ośmieszać w oczach oczekującego go spowiednika. Tylko co było naprawdę ważne? Najwięcej wątpliwości wywoływało w nim przykazanie „Nie cudzołóż!” Religia i seks wydawały się nawzajem wykluczać, bowiem Kościół katolicki nie aprobował stosunków płciowych przed ślubem. Jak groźnym występkiem moralnym było zatem to, że przespał się ze słodką Manuelą? Czy za coś takiego mógł zostać potępiony i skazany na męki wieczne? Krzywił się i skręcał, bowiem nie dostrzegał niczego złego w tym, że wpadli sobie w objęcia. Zapomnieli się i ulegli czarowi chwili, jednakże intuicja mu podpowiadała, że na pewno nikogo nie skrzywdzili. Co zatem należało uznać za bezapelacyjnie i ostatecznie dobre, czyste, anielskie, uskrzydlone, a co za bezsprzecznie szatańskie? I gdzie się znaczyła ta pożądana i rodząca pewność granica? A może wizja Boga, który z manichejskim zacięciem sprawdza przez lupę, co ludzie robią nocami w łóżkach, była z gruntu fałszywa?

Skośnooki Japończyk, który z nim zjeżdżał, jakby świadomy tego, że nieobecny myślami, roztargniony młody Polak utknął przy egzystencjalnych równaniach z wieloma niewiadomymi, taktownie usunął mu się z drogi, pozwalając pierwszemu opuścić windę. Mimo tego chłopak i tak potknął się na ledwo widocznym progu. Gertrudy nie dostrzegł, natomiast Anka czekała już przy ich ulubionym stoliku, przeglądając kartę. Odwiesił na kołek swe karkołomne dociekania i postanowił, że powie jej coś miłego i ciepłego.


W kaplicy

Grobu Pańskiego panowała cisza. Gertruda kluczyła między pielgrzymami i w rezultacie tego znów znalazła się blisko Pawła. Była ubrana w przewiewną fioletową bluzkę z guziczkami i obcisłe dżinsowe spodnie z różowym paseczkiem. Trzymała pod pachą wydany w języku niemieckim nowiutki i pachnący jeszcze drukiem przewodnik po Izraelu, do którego z rzadka zaglądała, szukając objaśnień. Pomieszczenie z ławą marmurową, w którym się właśnie zatrzymali, stanowiło komorę grobową. Było to szczególne miejsce, więc młodziutkiej Niemce wydawało się nie wystarczać słowo drukowane. Niewinnie zajrzała chłopakowi w oczy i ten pojął, że oczekuje od niego, by podzielił się z nią osobistymi odczuciami i wrażeniami. Niechętnie się skrzywił, bo nie był w nastroju do wygłaszania nadętych kazań i wzniosłych moralnych pouczeń.

— Tak to się skończyło — wymamrotał z ociąganiem. — Po trzech godzinach kaźni nastąpił zgon. Nie trzeba było łamać goleni. Jeden z rzymskich żołdaków włócznią przebił Jego bok i natychmiast wypłynęły krew i woda. Potem zdjęto Go z krzyża i złożono w grobie...

Wypadło to kołkowato i drętwo. Nie płynęło z serca. Tyle to wiedziały nawet maluchy, które przygotowywały się do pierwszej komunii.

— Mimo to coś się na nowo zaczęło — trzepocząc długimi rzęsami, mimowolnie wpadła mu w słowa. Wydawała się rozbijać martwą ciszę, która go wypełniała. — Bywa, że trzeba umieć przegrać, zaryzykować, wyrzec się czegoś ważnego — ciągnęła z przejęciem — aby w ostatecznym rozrachunku zwyciężyć. W tym miejscu rodzi się wygrana, bo śmierć jest zwycięstwem...

Zrobił wielkie oczy. Mówiła do rzeczy, a przy tym dużo ciekawiej niż on. Nie popadała w katechizmowe schematy.

— Tak sądzisz? Serio? — ciągle jeszcze miał przed oczyma obraz lekkomyślnej malowanej lali, której życie kończyło się na perfumach i męskich kolanach.

— Oczywiście — bez wahania potwierdziła. — Kobiety są uparte i wytrwałe... — nagle zaczęła cicho z zupełnie innej beczki, ale nie zdążyła już dokończyć tej myśli.

Wycofali się do Kaplicy Anioła. Mówiący po włosku pielgrzymi, którzy właśnie nadeszli, także chcieli zajrzeć do środka. Paweł zatrzymał się przed wiszącymi na zewnątrz nad wejściem obrazami zmartwychwstania. Przy każdym paliła się wieczna lampka. Gertruda skwapliwie przysunęła się do niego, a nawet złapała go pod rękę, chcąc się uwolnić od natrętnego towarzystwa krewkiego młodego Włocha, który przyssał się do niej, usiłując ją poderwać. Poczuł jej falującą pierś. Tamten Casanova był bardzo przystojny, ale zdecydowanie za szybki.

— Różnisz się od innych chłopaków i stwarzasz wrażenie kogoś, kto omyłkowo pojawił się na świecie... — wypaliła bez zastanowienia. Oddech miała lekko przyspieszony, a policzki z nagła zaróżowione. Próbowała się jakoś opanować.

— Różnię się? A czymże to? — spokojnie zapytał.

Na pewno nie był przybyszem z kosmosu i nie potwierdzał sobą żadnej paranaukowej teorii o pozaziemskim pochodzeniu życia.

Wyrzuciła w jego stronę kolejny biały samolocik, złożony z kruchego papieru.

— Masz jakieś duchowe znamię. A kto cię raz pozna, ten już cię nigdy nie zapomni. Nie przestajesz być nigdy sobą i nie zatracasz się w żadnej zbiorowości...

Tragikomicznie się wykrzywił. Sam uważał, że mógłby właściwie być klaunem w cyrku i popisywać się na wysypanej żółtym piaskiem arenie.

— No, no, nikt inny mi przed tobą czegoś takiego nie wciskał — zezował w stronę tamtego południowca. — Wpuszczasz mnie w maliny. Owszem, potrafię się wy-in-dy-wi-du-a-li-zo-wać z roz-en-tuz-jaz-mo-wa-ne-go tłumu, ale bez przesady... — zarzekł się z zabawnym półuśmieszkiem. — Nic poza tym.

Nie uraziło jej to, że nie wierzy. Zresztą, nie o to chodziło. Pozujący na Casanovę kocur wreszcie się odczepił, wywinęła mu się rasowa kotka i musiał obejść się smakiem. Mogła już puścić się ramienia chłopca.

— Czas pokaże, czy miałam rację, czy nie — cicho szepnęła.

— Ale z nas ofermy. Powinniśmy pewnie przejść do Kaplicy Koptyjskiej — ocknął się Paweł. — Musimy dołączyć do pozostałych.

Posunęli się do przodu — i z pewnym zaniepokojeniem zaczęli się rozglądać za Alim i innymi znajomymi twarzami z autokaru.

Gertruda pierwsza zauważyła kierowcę.

— Jest — pokazała głową. — Wiesz, że on ma dwie żony?

— Kto, Ali? — zdziwił się. — Takie chuchro? — nie chciało mu się wierzyć. — No tak, przecież jest Arabem — wreszcie się połapał, a na jego policzki wypełzł rumieniec wstydu. — Jakoś sobie nie pokojarzyłem — próbował się wytłumaczyć.

Zabawnie zachichotała, filuternie spoglądając na niego. Nagle poczuła się jego starszą siostrą.

— Och, Pawle, Pawle — rzekła. — Ty chyba naprawdę niewiele jeszcze wiesz o świecie.

Miał zamiar to skomentować, ale uznał, że nie warto.


następny poprzedni