Nie spiesząc

się, rozłożyła się obok niego i wyjęła z neseseru grube kolorowe czasopismo. Krzyczącą okładkę zdobiły roześmiane nastolatki w modnych markowych ciuchach. Przeglądała je chwilę sama, dopóki magazyn nie przyciągnął uwagi Polaka. Chłopak z zaciekawieniem zajrzał jej przez ramię.

— Znasz choć trochę niemiecki? — zapytała.

Skrzywił się i westchnął.

— Niestety, nie, wyobraź sobie. Tylko jakieś pojedyncze słowa, guten Morgen, guten Tag, Tanzabend, vielen Dank, Mutter, Vater, Auf Wiedersehen — wyliczał. — O Tannenbaum, o Tannenbaum, wie treu sind deine Blätter...

— No, to już prawie cały kieszonkowy słownik — roześmiała się zabawnie. — Ale mimo wszystko to trochę za mało, żeby zrozumieć, co tu piszą.

Pokazała mu zmontowany jak komiks fotoreportaż. Była to historia rudej szesnastolatki, którą porzucił nieco starszy od niej chłopak, zabawiający się na dalszych stronach z inną laską, lepiej eksponującą swe dziewczęce wdzięki.

— Takie tam bajdurzenie. Strasznie banalne i trywialnie płaskie — wyjawiła. — Ale trudno coś innego brać na plażę. Jeśli chcesz, mogę ci tłumaczyć na polski to, co autor umieścił w chmurkach.

Pomysł był fenomenalny, tym bardziej, że pozwalał mu jeszcze bliżej przysunąć się do Gertrudy, a o niczym innym właśnie nie marzył. Przeszkadzały mu te centymetry piasku, niefortunnie dzielące oba ręczniki kąpielowe.

— Czemu nie? — oznajmił ze swadą. — Trochę się podciągnę w twoim języku, a przecież wypada, żebym dobrze znał przynajmniej kilkadziesiąt podstawowych słów i zwrotów.

Lekko się żachnęła, ale nic nie odrzekła. Nie dała mu poznać, iż wołałaby, żeby nie nazywał tak nachalnie niemieckiego jej językiem. Wprawiony w ruch wirujący bączek zaczynał powoli przesuwać się w stronę innej ojczyzny — tej, którą przed laty z nadzieją na lepsze opuścili jej rodzice. Przewróciła strony czasopisma, czytanego chętnie przez jej szkolne koleżanki.

— Tu się zaczyna ta historyjka — wskazała palcem. — Tylko nie traktuj jej — zachichotała — zbyt poważnie!

Przysunął się do niej, prawie dotykając ją ramieniem. Poczuł na swym policzku jej opadające włosy. Wyobraził sobie, że bierze ją w ramiona i tuli do siebie, porywa na ręce i zanurza się w morzu, by rzucić się z nią między fale. Potem odgonił od siebie te rozkoszne myśli i skupił uwagę na niemieckich frazach, których znaczenie wprawnie objaśniała. Cóż, znalazł nagle bardzo dobrą nauczycielkę.

— Wyobraź sobie, że kilka razy otarłem się o starszych Żydów, swobodnie rozprawiających po niemiecku. Jakby to był ich rodzinny język. Zastanawiające...

Podniosła głowę, lekko mrużąc oczy.

— To pewnie Jekkesi — odparła. — Imigranci żydowscy z Niemiec z lat trzydziestych — dorzuciła, widząc, że jej nie rozumie.

— Co masz w tym termosie? — zapytał, gdy dobrnęli do końca ckliwej opowiastki, w której finale zarozumiały podrywacz dostawał po nosie od adorujących go wcześniej lasek. Przyszło mu do głowy, że ktoś mógłby podobnie opisać jego przygody w Izraelu i wydać je w formie figlarnego komiksu.

Zerknęła na neseser.

— Aaaa, to niespodzianka — rzekła z uśmiechem godnym Mony Lizy. A potem szybko dodała, nie chcąc, by poczuł się zawiedziony: — To tylko lody bakaliowe. Moje ulubione. Palce lizać. Ale nie martw się, wystarczy dla nas obojga.

— Przewidziałaś, że spotkasz na Pustyni Negew padającego z pragnienia wędrowca?

— Tak jakby... — odpowiedziała. — Zawsze trzeba się dzielić z bliźnimi. Ale będziemy jeść jedną łyżeczką, bo nie zabrałam drugiej...


Spokojnie

przekimał upalną noc, a rankiem zerwał się z łóżka jak nowonarodzony. Nurtowało go radosne przeświadczenie, że przeistoczył się z poczwarki w szykującego się do dziewiczego lotu motyla. Nie trapiły go zmory, lęki gdzieś prysły i nie męczyła go depresja, która wcześniej dawała mu się we znaki. Skryty pod szumiącym prysznicem, w strugach wody nucił „Piosenkę o moskiewskim metrze” Bułata Okudżawy i nie przeszkadzało mu, że bierze złe tony. „A gdy w przód chcesz iść, pamiętaj, że masz lewej strony trzymać się!” Pogodny nastrój go nie opuszczał, czuł się podniesiony na duchu i nad wyraz szczęśliwy, zaś bliźni, o których miał się otrzeć, przestali mu się kojarzyć z dzikimi bestiami. Tego słonecznego poranka nawet kąśliwa Anka wydawała mu się sympatyczna i miła. Dumał nad Manuelą, a potem nad Gertrudą, uznając, że obu młodziutkim westalkom nad podziw wiele zawdzięcza. Cóż, boginie bywały niekiedy łaskawe! Nie żałował, że wybrał się z pielgrzymką do Ziemi świętej.

Wyniósł się z łazienki, wycierając ręcznikiem mokre włosy i włączył elektryczną maszynkę do golenia.

— Cześć, boski Aresie — żartobliwie rzucił do odbicia w lustrze. — Co tam nowego na Olimpie? Byczycie się, tak jak ja?

Obmacywał i oglądał twarz, rozczulając się nad swą męską urodą i dumając nad tym, czy nie powinien zapuścić wąsów. Zarost miał dość gęsty i raczej twardawy, więc rezultat byłby z pewnością arcyciekawy. Przywidziało mu się, że pojedynczy siwy włos znaczy się mu na skroni, więc wyrwał go, oglądając z uwagą pod światło. Cienie pod oczami jakby przybladły, bowiem słońce w tropikach zrobiło swoje. Pokusił się o kilka przezabawnych min, udając kaczora, goryla i rybę.

Zabrał się za wydumane porządki, gdyż na śniadanie było jeszcze za wcześnie. Zdmuchnął niewidoczny kurz z korony cierniowej, poprawiając ją na ścianie. Z rozmarzeniem obejrzał gałązkę palmową, którą przyniósł poprzedniego wieczora z parku za pływalnią. Złapał scyzoryk i odciął najkrótszy liść, umieszczając go jako zakładkę między stronicami Nowego Testamentu. Ważył chwilę księgę w dłoni, a potem rzucił się na łóżko i zabrał się do lektury.

Na chybił trafił otworzył Pismo święte, trafiając na blok tekstów, zwanych listami apostolskimi. Bezwiednie szukał czegoś, co by się wiązało z sakramentem pokuty. Poprzedniego dnia po kolacji zatelefonował pod podany przez zakonnice numer i chwilę gwarzył z kapłanem, który podniósł słuchawkę. Tamten w mig się zorientował, o co chodzi Pawłowi, a w rezultacie krótkiej wymiany zdań bez żadnych oporów dał się namówić na spotkanie.

Bez pośpiechu kartkował księgę, strona po stronie, aż wreszcie dotarł do czegoś, co go zajęło.

— A jeżeli nasze serce oskarża nas — dukał — to Bóg jest większy od naszego serca i zna wszystko. Umiłowani, jeśli serce nas nie oskarża, mamy ufność wobec Boga, i o co prosić będziemy, otrzymamy od Niego!..

Nieomal jak mędrzec ze szkiełkiem w oku badał z rozmysłem kolejne słowa, zwroty i frazy, aż wreszcie wpadł na olśniewający, a zarazem bardzo praktyczny pomysł. Pojął, że może utrwalać swoje odczucia, znacząc delikatne fajki na marginesie tekstu — i w tym celu sięgnął do szafy po zatemperowany ołówek. Kilka takich nabył w nie tak odległym supermarkecie. Zaczął tu i ówdzie stawiać znaki zapytania i wykrzykniki, oraz kreślić pionowe i poziome strzałki — nie mając pojęcia, że nie wymyślił niczego nowego i że taką właśnie metodę osobistej lektury Biblii od lat propaguje ośrodek z Västeras w Szwecji. Pytajniki pozostawiał przy fragmentach, których nie rozumiał, natomiast wykrzyknikami wyróżniał frazy, pobudzające go do zadumy i refleksji. Strzałki wskazywały treści, uderzające go emocjonalnie.


następny poprzedni