Chwiejąc

się, kroczył po chyboczącej się kładce, lecz po drugiej stronie przepaści szczerzyła kły noc i z pozoru nie było niczego, czym byłby w stanie się zachwycić. Straszyły opary gęstej zawiesistej mgły. Tamte wybory należały do przeszłości. Czy warto było wracać? Grzebać się w czymś, co już się odfajkowało? Dopadły go wątpliwości, mimo to z tego nie zrezygnował, bowiem pamiętał, że instynkt nigdy go nie zawiódł. Choć umysł miał ścisły i cenił prawa logiki, to jednak umiał w pewnych okolicznościach zdać się na przeczucia. A poza tym uczono go, że nie należy palić za sobą mostów.

Po obiedzie rozmawiał z Gastonem, który mu jakoś wybaczył, że nieoczekiwanie zaprzyjaźnił się z uroczą laską z Bawarii, spychając Ankę jakby na drugi plan. Czy w ten sposób nie pomieszał mu szyków? Nie wybił mu z głowy czytelnego ale jakże iluzorycznego obrazu ich związku? Murzyn mimochodem bąknął, że jego rodziciel tuż przed odlotem do Nowego Jorku życzliwie wspominał Pawła, a chłopak mu się ponoć wyjątkowo spodobał. Zdaniem seniora rodu Dupontów przemiły i zdyscyplinowany student fizyki z Warszawy — l’étudiant de Varsovie — miał zadatki na dobrego biznesmena. Ten taktowny komplement przyjął młokos jako rodzaj gry wstępnej przed zaproszeniem do Paryża lub do Nowego Jorku. Znał Ankę, więc doskonale wiedział, że wcześniej czy później tym się to zakończy. W swe niezwykłe zdolności menedżerskie nie za bardzo wierzył, ale nie chciał oponować, by nie sprawić Nigeryjczykowi przykrości.

Nie mogąc usiedzieć w pokoju, z kretyńską miną błąkał się po korytarzu hotelowym. Rzucało nim od ściany do ściany. Męczyła go nieprzeparta ochota, by pofrunąć na górę i zajrzeć do numeru, w którym mieszkała Manuela, mimo iż dobrze wiedział, że jej tam już nie ma. Dumał nad listem, wysłanym na Węgry. Żywił nadzieję, że wkrótce dotrze do niego zapowiadany przez nią album ze zdjęciami i że będzie mógł nacieszyć oczy widokiem jej słodkiej buzi. Krążył tak dobry kwadrans, bezmyślnie wpatrując się w złote cyferki na drzwiach pokoi, aż wreszcie podjął decyzję. Uznał, że jeśli chce wrócić do równowagi, musi zdobyć się na coś irracjonalnego. Po sztubacku. Czynił tak zresztą już wiele razy. I tym razem cichy głosik podpowiedział mu, że ktoś nagle poznany poderwie go do lotu. Musiał go tylko odnaleźć, wyłuskać z anonimowego tłumu i śmiało wejść mu w drogę.

Wcisnął przycisk, przyzywający windę, która pojawiła się bez zwłoki, a następnie wsiadł, by zjechać nią na parter. Nie omylił się, co wywołało w nim falę wzruszenia. Przy kontuarze rozmawiały z recepcjonistą dwie siostry zakonne, obie w brązowych habitach. Te działały na niego jak magnes. Odeszły zaraz, kierując się ku windzie i obojętnie minęły Pawła, nie zwracając na niego uwagi. Wskazówka jego wewnętrznego kompasu nerwowo obróciła się w ich stronę.

— Szczęść Boże! — zaryzykował i rzucił za nimi po polsku, choć przez krótką chwilę po tym czuł się jak prawdziwy idiota. Coś mu mówiło, że się totalnie wygłupił.

Zdziwione siostry zatrzymały się, spoglądając to po sobie, to po Pawle.

— Szczęść Boże — odpowiedziały prawie jednocześnie, jedna sopranem, a druga altem.

Trafił w dziesiątkę, jak zawsze i poczuł niewymowną ulgę. Na pewno nie były tymi samymi zakonnicami, od których Anka dostała adres miłego żydowskiego lekarza, tym niemniej, jak sądził, też mogły mu służyć niejaką pomocą.

Chwilę krygował się jak panienka, przepraszając, że zajmuje im cenny czas, a potem wyłuszczył, w czym rzecz. Zapytał się mianowicie, czy nie wiedzą, gdzie w Izraelu, naturalnie w pobliżu — najlepiej w Tel Awiwie — mógłby znaleźć księdza, mówiącego po polsku. Odczuwa bowiem potrzebę przystąpienia do sakramentu pokuty. Wyrzucił się to z siebie i pojął, że jak wolna od balastu boja wypływa znowu na powierzchnię.

Siostry ani trochę nie zdziwiły się pytaniu, uznając potrzebę spowiedzi za coś oczywistego. Przypadkowy przechodzień na ulicy też by się nie zdziwił, gdyby go zapytano, czy nie wie, która jest godzina. Głośno się zastanawiały, dzieląc się uwagami o katolickich kościołach i kaplicach, a potem go zapytały, gdzie chodzi na niedzielną Mszę świętą. Zarumienił się jak burak, wykrętnie tłumacząc, że w Izraelu jest bardzo krótko i że dotąd nie zdążył się zorientować. Jeszcze chwilę deliberowały, a potem jedna z nich wyrwała z notesu kartkę i podkładając brewiarz zapisała chłopakowi potrzebny adres i telefon. Usatysfakcjonowany, wdał się z nimi w niezobowiązującą pogawędkę. Pochodziły obie ze Szczecina.


Nie

przeleżał na rozgrzanej słońcem plaży nawet kwadransa, gdy naraz poczuł, że ktoś nad nim stoi. Przedzierające się nieustępliwie przez zwały piasku maleńkie mrówki, na które leniwie zezował spod przymkniętych sennych powiek, przesłonił nagle cień giganta. Nie chciało mu się podnosić głowy i mruknął coś pytająco, nie otwierając ust.

— Dzień dobry — usłyszał dobrze mu znany łagodny dziewczęcy głos. Odwrócił się w te pędy na plecy, pojmując, kogo to ma przed sobą i przysłonił oczy. Zaparło mu dech z wrażenia.

Stała nad nim w dwuczęściowym bardzo skąpym czarnym stroju plażowym niby jakieś bożyszcze. Przykusy biustonosz był z przodu ściągnięty białą ozdobną sznurówką. Podobne podtrzymywały nikłe desu. Miała ze sobą podręczny skórzany neseser, z którego wystawał szeroki termos z kolorową nakrętką. Okulary przeciwsłoneczne zdjęła z nosa, lekko mrużąc oczy i uśmiechając się do niego.

— Gość w dom, Bóg w dom! — wzniósł powitalny staropolski okrzyk, zapominając o tym, że już po raz drugi przerwała mu robiony w myślach skrupulatny rachunek sumienia. Tym razem doszedł do czwartego przykazania. — Mam tu jeszcze, w moim sułtańskim pałacu, sporo wolnych miejsc. Rozgość się — zachęcił ją, życzliwie wskazując żółty piasek. — Która z przepysznych komnat najbardziej ci odpowiada?

Usiadła, wydobywając wcześniej włochaty ręcznik kąpielowy, na którym rysowały się różnokolorowe wzory. Poprawiła dłonią włosy, zawiązane w koński ogon.

— Widocznie pomyśleliśmy o tym samym — zaczęła, nieco wstydliwie się usprawiedliwiając. — Marzył mi się odpoczynek w samotności, wybrałam więc ten zakątek. Nie przypuszczałam, że i ty tu się znajdziesz.

Sycił się widokiem jej bosko zbudowanego ciała i czuł, że wali mu mocniej serce. Udzieliło mu się na chwilę jej onieśmielenie, ale dość szybko odzyskał rezon.

— No i masz — wtrącił trochę opiekuńczo. — W takim razie podumamy razem. Tak też można, nie?


następny poprzedni