Autokar

zatrzymał się w wąskiej uliczce, niemalże cudem mieszcząc się w prześwicie między starymi kamienicami. Wyżej na rozciągniętych między ciemnymi oczodołami okien sznurach suszyła się bielizna. Potem kierowca włączył wsteczny bieg i omal nie przewrócił dwukołowego wózka z owocami i warzywami. Z tyłu wozu rozległy się ostrzegawcze krzyki. Paweł wyglądał przez szybę, ciekawie chłonąc wszystko, co należało do odmiennego świata Wschodu, malowniczego zarówno w swym bogactwie jak i w ubóstwie. Pomyślał, że ascetyczny chudy Ali nabiera w miarę upływu czasu coraz gorszych manier. Wybierał ostatnio fatalne trasy przejazdowe. Ten, domyślając się reakcji pasażerów, ujął mikrofon i po angielsku przeprosił za utrudnienie. Miał tu, w pobliżu, coś do załatwienia, o co prosił go recepcjonista z hotelu.

Mogli już wysiadać. Autokar znalazł się na obsadzonym orientalnymi krzewami niedużym placyku, przy którym mieściła się od zachodniej strony niepokaźna kafejka z parasolami. Rychło też turyści obsiedli stoliki, kryjąc się w cieniu płóciennych osłon i zamawiając coś do picia. Słońce grzało i dzień był wyjątkowo upalny. Anka, mająca na sobie białe szorty i białą bluzkę, bety, w których przyjechała z kraju, zawzięcie debatowała z Gastonem. W rezultacie ten co rusz zerkał to na Pawła, to na Gertrudę wzrokiem pełnym wyrzutu i żalu. Podobnie jak Polka był wystrojony na biało, jakby się z nią wcześniej umówił. Założył długie białe spodnie i w takim samym kolorze koszulę z krótkimi rękawami. Intuicja chłopakowi podpowiedziała, że Anka wiesza psy na młodej Niemce. Modelka stała nieopodal, gawędząc z Hansem i nic sobie nie robiła ze srogich min Polki i jowiszowych spojrzeń czarnego studenta. Po śniadaniu usiłowała podejść do Pawła w holu, ale Anka natychmiast go od niej odciągnęła. Nie dopuściła jej do niego również przy wsiadaniu do autokaru. Pilnowała go jak wygłodniały buldog rzuconej mu kości.

Polaka wabiła fasada budynku, na którym znaczyły się katolickie krzyże. Wszedł przez obszerną sień do nieco zaniedbanego ogrodu — i dalej, do mrocznej i nie posiadającej okien kaplicy. Palące się po lewej stronie na podeście cienkie świece rzucały migotliwe błyski. Ukląkł za ławkami, ciekawie rozglądając się po wnętrzu. Potem powstał i zbliżył się do przykrytego lśniąco białym obrusem ołtarza.

Było tu trochę tak jak w skromnym wiejskim kościołku. Wisiały obrazy świętych, Maryja tuliła do siebie Dzieciątko, święty Jerzy dzielnie walczył z ognistym smokiem, a wykonane z drewna tabernakulum zdobiły roślinne ornamenty. Na ołtarzu stały trzy żółte świece, leżał otwarty mszał, a obok niego lekcjonarz. Ampułki ze szklanymi korkami spoczywały na rogu, przykryte zaprasowanym w harmonijkę białym ręczniczkiem. Z raczej ubogiego prezbiterium prowadziły drzwi do zakrystii. Nie dochodziły tu żadne hałasy z zewnątrz i chłopak popadł w niejaką zadumę. Opadł na stojące z boku krzesło. Miał po prawej ręce klęcznik z ruchomą podnoszoną kratą i przewieszoną fioletową stułą. Po chwili namysłu pojął, że bezwstydnie zajął miejsce spowiednika, więc poczuł się odrobinę skrępowany. Boże, jak dawno nie był do spowiedzi! Przyszedł mu do głowy psotny pomysł, podniósł się i przyklęknął z fantazją przy kratkach, wczuwając się w rolę pokornego penitenta. Przez prostokątne otwory widział postać rozciągniętego na krzyżu Jezusa. Powtórzył w myślach pięć warunków dobrej spowiedzi, a potem usiłował je półgłosem podsunąć wirtualnemu kapłanowi. Wyobraził go sobie jako suchego ascetycznego staruszka z mocno wystającymi brwiami.

— Pierwsze, rachunek sumienia, drugie, żal za grzechy, trzecie, mocne postanowienie poprawy, czwarte, szczera spowiedź, piąte, zadośćuczynienie. Ostatni raz byłem do spowiedzi, nie pamiętam, chyba... eee... dwa lata temu, i od tamtej pory popełniłem następujące grzechy...

Wytężył umysł, próbując sobie uzmysłowić, jak należy zrobić porządny rachunek sumienia. Chyba według Dekalogu? Medytował nad pierwszym przykazaniem, gdy z nagła usłyszał za sobą szmer i kasłanie. Podskoczył jak oparzony, przerywając nieudaną próbę generalną i wydawało się, że czmychnie gdzie pieprz rośnie. Zarumienił się po uszy. Był solennie przekonany, że to tutejszy ksiądz, i że będzie zmuszony bez przygotowania przystąpić do prawdziwego sakramentu pokuty — a to wcale nie wydało mu się zabawne.

Na szczęście dla niego z tyłu stała tylko Gertruda i mógł z ulgą otrzeć pot z czoła.

— Wariatko, ależ mnie nastraszyłaś. Jeszcze trochę i zesrałbym się w... — rzucił popędliwie i zaraz ugryzł się w język.

Udała, że nie widzi jego popisów. Miała na sobie wściekle obcisłe króciutkie spodenki. Delikatną bluzkę z guziczkami ściągnęła z przodu, zawiązując na staranny węzeł i ta służyła jej bardziej jako biustonosz niż jako cokolwiek innego z damskiego odzienia. Piersi miała pełniejsze i bardziej podniecające niż Manuela. Jego wzrok bezwstydnie ześlizgnął się w dół i zatrzymał na odsłoniętym ślicznym pępuszku.

— Niedługo odjeżdżamy — pomalutku mu przypomniała. W ręku trzymała cienką jak palec zapaloną białą świecę. — Arab już wrócił, a ostatni kończą pić przy stolikach.

Pociągnęła go za sobą do wyjścia. Osadziła świecę w metalowej podstawie, a na okrągłą tacę rzuciła monetę.

— To na szczęście — rzekła. — Może spełni się moje życzenie?

— Życzenie?

Przytaknęła.

— Chciałabym przyjechać do Polski — wyznała bez wstydu. — Ale najpierw do Gliwic, skąd pochodzą moi rodzice. To nieopodal radiostacji.

— Radiostacji? — nie pojmował, o czym mówi.

— Nigdy o niej nie słyszałeś? Tam rozpoczęła się wojna.

Coś mu niejasno chodziło po głowie i zmarszczył w wysiłku brwi.

— Taaak?

— Prowokacji gliwickiej dokonano 31 sierpnia 1939 roku — usłużnie mu podpowiedziała, posługując się typowo podręcznikowym językiem. — Grupa podszywających się pod Polaków hitlerowców napadła obsługę i nadała w języku polskim komunikat o zdobyciu radiostacji. Było to pretekstem do agresji na Polskę.

Przymrużył odwykłe od światła oczy, gdy wychodzili do ogrodu i przetarł je piąstkami. Ziewnął i przeciągnął się z ulgą. Przeszło mu przez myśl, że musiała czytać dużo polskich książek.

— Dzięki — powiedział. — Pewnie znowu zostałbym sam i być może po raz kolejny tragicznie by się to skończyło — dorzucił, myśląc o niespodziewanych ekstazach, które w podobnych okolicznościach stawały się jego udziałem. Potem wszakże oglądając się za siebie ostrożnie wykoncypował, że wcale by nie zaszkodziło, gdyby naprawdę przystąpił do spowiedzi. No, ale to wcale nie było takie łatwe.


następny poprzedni