Skąpo

odziana modelka wybawiła go z kłopotu. Miała ochotę nie tylko obok niego posiedzieć, ale i z nim pogawędzić.

— Te melodie mają coś z gotyku — zagaiła do Polaka po angielsku, bez żadnego wstępu, tak naturalnie i pewnie, jakby wracała do tematu, który już wcześniej z nim przerabiała, niekoniecznie w realnym świecie, może po prostu w innym wymiarze. — Są ostre, wzniosłe, smukłe.

Palnęła coś bez sensu. Lekko się do niej zwrócił i niemal dotknął jej odsłoniętego cudownie gładkiego ramienia. Puścił żurawia za siebie, nie odgadując, czy przyszła sama, czy z gladiatorem. A może po prostu coś złośliwego knuła? „Wdech, wydech!”

— To są rytmy południowe — spokojnie wyjaśnił, wsłuchując się w muzykę. Gdzie im było do gotyku?

— Yes — szybko potwierdziła. — Ale mimo to...

— Oczywiście, można się doszukiwać podobieństw — skwitował, starannie akcentując poszczególne słowa.

Anka przechyliła się, chcąc dobrze się przyjrzeć niespodziewanemu rozmówcy, zaś Gertruda, widząc to, znienacka palnęła do niej po polsku:

— Bardzo dobrze was rozumiem. I umiem mówić. Moi rodzice urodzili się na Śląsku i mieszkali w Gliwicach — zaterkotała, a w jej oczach nieoczekiwanie pojawiły się łzy.

Ankę zatkało. Pawła zresztą też. „Ona po polsku? Co ty? To niemożliwe!” Zagrzmiały złote trąby, niosące melodyjne swojskie frazy i z hukiem runęły potężne mury Jerycha. A może to okrzyczana granica na Odrze i Nysie znikła raptem bez śladu z map geograficznych, a przy okazji i ta, dzieląca NRD i RFN?

— Na Śląsku?! — nie kryła zdziwienia. Chcąc nie chcąc, musiała zaakceptować intruza, który bez uprzedzenia dosiadł się do nich, tym bardziej, że ów wydobył z rękawa asa w postaci ich ojczystego języka. — Od samego początku czułam — szybko odrzekła — że coś ukrywasz. Za bardzo się nami zajmowałaś, a jesteśmy jedynymi Polakami w grupie. No i w kółko nadstawiałaś uszu.

Gertruda przytaknęła i pociągnęła nosem. Zatrzepotała długimi rzęsami, nie chcąc, by się jej rozmazał delikatny makijaż.

— Sama jestem już Niemką — rzekła z odrobiną obcego akcentu, który wszakże dodawał uroku jej wymowie — ale w domu mówiło się dużo po polsku. Przed sąsiadami nie przyznawaliśmy się do pochodzenia, żeby źle nie wypaść. Przy obcych tylko po niemiecku... — ciągnęła tę niezwykłą prezentację.

Paweł w jednej chwili zapomniał o całym świecie. Nie liczył się już Izrael z wyrafinowaną egzotyką, powabem tropików i urokiem licznych zabytków historycznych, odpłynęła gdzieś daleko kłótliwa Anka i nawet przepadła przesłodka Manuela. Ogarnęło go niebywałe uniesienie i czuł się tak, jakby był z Niemką sam na sam, w intymnym tête-à-tête, na cudownej bezludnej wysepce — i pod żadnym pozorem nie zamierzał tego zmieniać.

— To graba! — szczęśliwy jak diabli wyciągnął do niej prawicę. Podała mu delikatną dłoń i z rozpędu złożył na niej kordialny pocałunek. Chyba się odrobinę zarumieniła.

— U nas tak się całuje mężatki — usiłowała się wytłumaczyć, broniąc się przed jego wylewnością. — Panien nie.

Przez myśl mu nawet nie przeszło, że od pierwszego dnia w Izraelu mógł za prześliczną Gertrudą wołać jak za koleżankami z uniwersytetu. „Te, mała, chodź no tutaj! No, rusz swój śliczny tyłeczek!” Dotkliwa bariera, która go tak wkurzała, w ogóle nie istniała. Byłby prawdziwą ofermą, gdyby nie wykorzystał nadarzającej się okazji.

— Wspaniale — rozkoszował się sukcesem. — Mamy zatem jeszcze jednego kompana do naszej paczki. Nie będzie nam się nudzić. Ale klawo!

Do Anki wreszcie dotarło, co się stało. Z niesmakiem wydęła usta, świadoma tego, że jej ambitne plany na późny wieczór wzięły całkiem w łeb. Nie miało sensu kupowanie kartonika lateksowych niespodzianek, bowiem jej miłość nie dostukała się do nieczułego, skutego lodem serca. W nowych ciuchach wyglądała naprawdę efektownie, ale naraz przestało to cokolwiek znaczyć. Konkurentka z Zachodu jak biała śmierć z kosą całkiem nieoczekiwanie i z niezwykłym rozmachem ścięła ją z nóg.

— Wcale nam się nie nudzi — usiłowała się nie zgodzić i ponownie przejąć inicjatywę, ale jej się nie udało. Paweł był już do niej odwrócony plecami i jej nie słuchał.

— W takim razie zapraszam cię na spacer po parku — zaproponował. — Ach, i ciebie, Aniu, też... — dorzucił, ale tak lodowatym tonem, że powinna była unieść się honorem i obrażona wrócić do pokoju. Mimo to się nie poddała. Była świadoma posiadanych praw do tego właśnie mężczyzny i nie zamierzała z nich rezygnować nawet za cenę upokorzeń i wstydu. „Ja, Anna, biorę ciebie za...” Gdzie się podziali ci dżentelmeni, przepuszczający kobiety w drzwiach i wręczający od czasu do czasu bukieciki kwiatów? Wyginęli wraz z dinozaurami?

Dopili drinki i zapłacili, odrywając się od kontuaru. Nie spiesząc się, wyszli za hotel.


następny poprzedni