Nabrała

tchu, szykując się do ostatecznej rozgrywki. Oczekiwał ciosu jak wytrawny florecista. Odwołała się — o dziwo — do racji moralnych, czując, że to jego słaby punkt.

— Nie słyszałeś nigdy, smutasie, o przykazaniu miłości bliźniego?

Zmarszczył brwi, udając przeogromny wysiłek umysłowy i ponownie uniósł się na łokciach.

— A co ono ma z tym wspólnego?.. — naiwnie zapytał.

Znów się zaperzyła.

— Jak to, co? Nie udawaj, że nie wiesz, siuśmajtku. Widzisz tylko czubek własnego nosa, wstrętny egoisto. I nie zwracasz uwagi na bliźnich, którzy cierpią obok ciebie.

Przeciągnął się z rozkoszą. O, tu już był na własnym podwórku. Przez króciutką chwilkę zachodził w głowę, co by się stało, gdyby udając samczą lubieżność wsunął Ance dłoń między uda — niby to w poszukiwaniu słynnego punktu G. Siedziała tak blisko, a skraj jej spódniczki mini powędrował w górę. Uzmysłowił sobie, że pewnie odruchowo przywaliłaby mu w mordę.

— Usiłujesz mi udowodnić, że jestem twoim bliźnim? W porządku, tarantulo. Zgodzę się, że powinienem widzieć twe żywotne potrzeby. Tyle tylko, że teraz chodzi wyłącznie — podkreślił ze swadą — o twój kaprys. Kaaa-pryyys, nic więcej. Mam być bawidamkiem, zaspokajającym zachcianki jaśnie pani? Coś takiego? Szanowni państwo, awansowałem na żigolaka!

Bał się, że rzuci w niego czymś ciężkim, wszakże do gorszących rękoczynów nie doszło. Nie wydrapała mu oczu, nie wyszła też ostentacyjnie z pokoju, z rozmachem zatrzaskując drzwi.

— Och, Boże, po co się kłócimy? — zaświergotała przymilnie. — Chooodź. Proszę! — wyciągnęła do niego z wdziękiem drobną dłoń, na której znaczył się srebrny pierścionek z turkusem. — No, chodź. Trochę się rozruszasz, zaspany syberyjski niedźwiadku — zerwała się i wykonała taneczny półobrót. — Ubrałam się tak specjalnie z myślą o pląsach. I o tobie — złapała go za rękę i ze wszystkich sił pociągnęła, niebezpiecznie tracąc równowagę.

Nie miał wyboru, musiał błyskawicznie poderwać się z wyra — inaczej bowiem dziewczyna wylądowałaby na łóżku, wpadając mu w objęcia. A do tak obłędnej katastrofy nie chciał dopuścić.

— No, dobrze — wymamrotał, czując się pokonany i rozbrojony. — Ale nie na dłużej niż na godzinę.

Poczłapał do łazienki z głębokim przekonaniem, że z kobietami nie da się wygrać. Diablice nie ustępowały i przeświadczone o swojej racji bezwzględnie stawiały na swoim. Jakby to było zapisane w ich przebrzydłych genach.


Światła

migotały, drgały i błyskały, to wydobywając z mroku, to kryjąc rysy twarzy i ramiona tańczących. Odbili się od otaczającej parkiet barierki. Dziewczyna najpierw dawała mu się łatwo prowadzić, potem jednak — w miarę tego, jak południowe rytmy stawały się coraz bardziej nieokiełznane i gorące — zaczęła mu narzucać szybsze tempo. Przejmowała inicjatywę i pokazywała, co potrafi. Nie dał się jednak jej wciągnąć, ledwo się ruszał, więc zdecydowała się na żywiołową solówkę. Nie umiał się na niej skupić i rzucał krótkie spojrzenia na wszystkie strony, odruchowo ślizgając się wzrokiem po innych twarzach. Kogo szukał? Nie wiedział. Nie delektował się jej popisem. Później puścili coś spokojniejszego i musiał się zgodzić, by przylgnęła do niego rozgrzanym ciałem. Olśniło go nagłe odkrycie, że glob ziemski jest bardzo mały, skoro pod każdą szerokością geograficzną można usłyszeć te same szlagiery. Magia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych!

Oderwała się od jego ramienia i pytająco zajrzała mu w brązowe oczy. Trąciła go z lekka w policzek.

— Jesteś nie-o-bec-ny, misiu — usiłowała przywołać go do porządku.

Włożył wiele wysiłku w to, żeby nadać ustom kształt efektownego półuśmiechu, ale wypadło mu to blado i anemicznie.

— Juuuż wracam... — mruknął uspokajająco, nie chcąc wywoływać następnej sprzeczki. Nie cierpiał zatargów, spięć, scysji i zgrzytów.

Melodia ucichła i niespiesznie zeszli z parkietu.

— A gdzie Murzyn? — Paweł przypomniał sobie nagle o rywalu.

— Ma nocny dyżur w szpitalu — skwitowała, nie chcąc, by drążył ten temat.

Widział wolne stoliki, ale Anka wolała klapnąć przy barku, przy którym było jej zdaniem najprzytulniej. Powlókł się za nią jak pies. Zajęli wysokie stołki, których bardzo nie lubił, zaś dziewczyna przywołała barmana i bez wahania zamówiła dość mocne drinki. Pewnie uznała, że powinni się trochę wstawić.

Znużony i senny, nie liczył już na nic ekscytującego, marząc jedynie o powrocie do pokoju, więc kiedy sobie uzmysłowił, kto właśnie z fantazją przysiadł obok niego, załomotało mu nagle w piersiach. W Izraelu nie było rzeczy niemożliwych. Stołek obok się zwolnił, bo zniknął pozujący na kowboja Amerykanin, a zarozumiała Niemka natychmiast wcisnęła się w tę szczelinę, jakby od bardzo dawna z niezwykłym utęsknieniem czekała w kolejce. „Tylko spokojnie, wdech, wydech!” — przebiło się przez jego rozbiegane myśli alarmujące ostrzeżenie.

Powolutku się wyprostował i znieruchomiał, nie wiedząc, czy wolno mu się poruszyć. Nigdy nie siedziała tak blisko niego. Nie pojmował, dlaczego prześliczna Niemka nagle zmieniła strategię i porzuciła konsekwentnie realizowaną linię obrony. Do cna stracił rezon. Nie wiedział, co ma robić, czy traktować ją jak powietrze i udając, że jej nie widzi gadać nadal z Anką, czy też odważyć się i rzucić w jej stronę jakąś zdawkową kwestię.


następny poprzedni