Ance

udało się przyłapać Pawła pochylonego w zadumie nad listem kreślonym do Budapesztu, bowiem jak bomba wpadła tuż przed kolacją do jego pokoju pod pretekstem, że skończył się jej szampon do włosów. Bestia, nawet nie raczyła zapukać. Coś niedopowiedzianego wisiało w powietrzu i wyczuł, że dziewczyna szykuje jakąś niespodziankę. Z marsową miną schował przed nią do szafy świeżo kupioną kremową papeterię, nie pozwalając jej zerknąć na zaadresowaną kopertę, co ją na moment wyprowadziło z równowagi. Usiłowała spiorunować go wzrokiem, ale powstrzymała się z nieprzyjemnymi komentarzami. Albo nie była nadmiernie domyślna, albo po prostu nie miała akurat czasu, żeby zaprzątać sobie głowę takimi drobiazgami. Szampon stał w łazience, więc bez pytania go złapała i wyniosła się w miarę rada — trochę przy tym kręcąc nosem, bo używał żeńszeniowego. Nie zaopatrzył się w żadne cudo z Peweksu. Na kolację nie zeszła, natomiast w godzinę później znowu ośmieliła się wtargnąć do jego męskiego sanktuarium. Wparowała w naprawdę wystrzałowych ciuchach. Ucieleśniła się przed nim jak boska Afrodyta. Uśmiech miała najsłodszy z możliwych, że przylep do rany, a brakowało jej tylko szumiących białych anielskich skrzydeł. Władczo mu oznajmiła, że zabiera go na dyskotekę.

Jej pogrążony w nostalgii książę akurat nie miał na to nastroju. Nie zauważył zapierającej dech kreacji. Wyciągnięty jak długi na łóżku, nieruchomym wzrokiem wpatrywał się w działającą na niego jak magnes koronę cierniową, którą ostatecznie ostrożnie zawiesił na ścianie, nie przejmując się tym, co może powiedzieć pokojówka z wyjącym odkurzaczem lub ktoś inny z obsługi hotelu. Nieznacznie się skrzywił, bo nadal medytował nad listem, cyzelując w myślach angielskie frazy — i niezbyt oględnie jej zasugerował, by zwróciła się z tym do Gastona.

Wkurzył ją — i to nie na żarty. Takiemu bożyszczu się nie odmawiało. Groźnie zagrzmiało, anielskie skrzydła gdzieś przepadły, a dziewczyna zaczęła rzucać się po pokoju tam i z powrotem jak niebezpiecznie zranione zwierzę. Tyle zachodu przed lustrem — i po co?

— Jesteś na mnie wściekły — żachnęła się wzburzona i rozżalona. — Nie chcesz mi wybaczyć, że poznałam czarnego chłopaka z klasą, z wyższych sfer i przy kasie. Uważasz, że mnie z nim coś łączy i że pewnie z nim sypiam — dłonie zacisnęła w piąstki, nie zważając na świeżo lakierowane paznokcie. — Nic mnie z nim nie łączy, rozumiesz, ty wstrętna łajdacka mordo, nic, nic, nic... — z impetem wyrzuciła z siebie.

Ten histeryczny popis nie zrobił na nim wrażenia. Spoczywał nadal na łóżku, nie okazując zniecierpliwienia. Pomyślał, że była śliczna, gdy się złościła. Dantejskie sceny? Co tam! Spływało to po nim jak woda po kaczce.

— Pojmuję — odparł spokojnie. — Z wyższych sfer. I nic cię z nim nie łączy. No, ale bywałaś w jego pokoju — był fałszywy, wredny i z premedytacją wbił jej długą ostrą szpilę. Nie czuł się bynajmniej winny, przecież sama podjęła ten niedorzecznie absurdalny temat.

— Raz byłam. I to najwyżej minutę, głupku jeden... — rozpaczliwie darła się na niego. — A drugi raz, gdy zamknęli go w areszcie. Prosił, bym sprawdziła, czy z jego rzeczami jest wszystko w porządku.

— I było w porządku, madame Dupont? — zapytał z miną niewiniątka.

— Odpieprz się, bucu! — wrzasnęła przeraźliwie i zamilkła, wlepiając oczy w okno.

Pantofle miała takie same jak Manuela i przez króciutką chwilę wydawało mu się, że pod cienką bawełnianą bluzką znaczy się podobny delikatny biustonosz w kwiaty. Wrócił w myślach do nurtującego go już na pływalni pytania o to, jak to się stało, że nie przeleciał dotąd Anki, chociaż chodził z nią przeszło rok, a zrobił to z dziewczyną z Węgier, którą właściwie dopiero co poznał. Odpowiedź nasunęła się sama — w jednej był widocznie zakochany, a w drugiej nie. Ot, jakieś sekrety działania błazeńskich hormonów.

— Nie mam do ciebie żalu — wyjaśnił ze stoickim spokojem, przerywając nagłą ciszę. — Spałaś, nie spałaś, twoja sprawa — groźnego Aresa z Olimpu nie poruszały kłopoty śmiertelników. — Ale wszyscy widzieli, że z nim chodzisz.

Usiadła na brzegu łóżka. Pieszczotliwie złapała go za suwak od krótkich spodni.

— Wiesz, Pawełku? — rzekła pojednawczo. — Jesteś wyjątkowo niemiły. Nie sądziłam, że wyjdzie z ciebie takie bydlę. Dobrze się orientujesz, świntuchu, że nic się nie stało. — Sięgnęła po jego budzik, dziwiąc się, że jest nastawiony na czwartą. Odstawiła zegar na swoje miejsce. — Dlaczego nie chcesz zejść, żeby potańczyć? Są wakacje. Możesz to zrobić, nie padasz ze zmęczenia, nie harowałeś cały dzień — jak ci, co trudnią się w kibucach. Boże drogi, nie masz nogi w gipsie ani ręki na temblaku...

Te ostatnie uwagi nieco go rozbawiły, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech.

— Ale jestem kupą zwiotczałych mięśni — szybko jej przypomniał jak go ostatnio nazwała na pływalni i oczy mu się zaświeciły z uciechy. Podniósł się, wspierając się na łokciach. — Najzwyczajniej w świecie nie mam ochoty. Chcę być po prostu sam, jeden jedyny wieczór, właśnie dzisiaj, bez nikogo — zaakcentował — więc również bez ciebie.

Burza ucichła, przeszła jak nożem uciął, ale wiedział, że i tak nie wróży to niczego dobrego. Znał przecież tę furiatkę jak własną kieszeń.

— Sam? — podejrzliwie zapytała. Spojrzała na szafę, w której ukrył papeterię z zaadresowaną do Budapesztu kopertą. Adres Manueli wbił już sobie w pamięć. Obejrzała uważnie pokój, lustrując ściany i sprzęty, nawet biały sufit. Wydawało się, że pochyli się i zerknie też pod łóżko. Poza zdobiącą tapetę koroną cierniową niczego szczególnego jednak nie dostrzegła. Nie było tu śladów innej kobiety.

— Owszem, sam, tylko z Bogiem — zaryzykował, uznając, że wystarczająco jasno przedstawił swoje stanowisko.


następny poprzedni