Zsunęła

się wreszcie na ponton i wystawiła na widok publiczny zgrabne ciało. Woda zalała jej stopy, ale tym się nie przejęła. Założyła na nos ciemne okulary, podparła się na łokciach i przekornie zajrzała mu w oczy.

Uśmiechnął się pod nosem. Nie pojmował, jak to się stało, że trafił do łóżka z Manuelą, której prawie nie znał, a nie zrobił tego z dziewczyną, z którą chodził już drugi rok.

— Wyglądasz teraz jak amerykańska turystka rodem wprost z Bostonu albo z Filadelfii — z udawanym znawstwem zawyrokował. — Fiu, fiu, od razu widać, że na twoim koncie nie brakuje zer.

Wydawała się tego nie słyszeć. Nie brakowało zer, ale na koncie papy Gastona, Filipa Duponta, który pożegnał już Izrael i odleciał z powrotem prywatnym samolotem do Nowego Jorku. Anka nie chciała być jednakże królową w murzyńskiej rodzinie — a może po prostu było jeszcze za wcześnie, aby się na to mogła naprawdę zdecydować.

— No, możesz odpychać — rzuciła z lekką nutą wzgardy w głosie, jakby Paweł był zatrudnionym do utrzymania basenu pracownikiem fizycznym lub służącym w jej wykwintnym apartamencie.

Lekko pchnięty materac odsunął się od brzegu i obrócił o kilkadziesiąt stopni, a Paweł mógł się wreszcie podnieść i wyprostować. Pomachał jej błazeńsko ręką, żegnając ją tak jakby odpływała gdzieś daleko, może na inny kontynent. Do drugiego brzegu było ze dwadzieścia pięć metrów, ale mógł sobie wyobrazić, że to cały niezmierzony Atlantyk. Przeobraził w myślach rosnącą po drugiej stronie palmę w dumną Statuę Wolności, a nadmuchiwany materac z kaczorem Donaldem w znaczny statek pasażerski. Przyszło mu do głowy, że może panna Mierzwińska naprawdę wybierze się do Nowego Jorku. Już w konsulacie amerykańskim z niejakim zdumieniem odkrył, że dyrygowała czarnym seniorem i jego udanym synem jak chciała.

— Ach, gdyby tam faktycznie się wyniosła i już więcej nie wróciła... — mruknął pod nosem, kładąc się z powrotem na ręczniku i zabierając do lektury Nowego Testamentu. Jakiś figlarny cichy głosik wydawał się z nim nie zgadzać: „Baba z wozu, koniom lżej? Nic z tego. Nie licz na to, stary. One zawsze wracają!”

Jego spokój nie trwał długo. Przeczytał ze dwie stronice z Ewangelii według świętego Marka i usłyszał, że Anka niecierpliwie go przywołuje. Przybywała zza Atlantyku i musiał udać się na nadbrzeże portowe, by ją entuzjastycznie przywitać w rodzinnym kraju. Cóż to dla niej było tych kilka tysięcy mil morskich? Przybiła do barierki i chciała się wydostać z wody.


Gdy

Paweł po dość sutym obiedzie leniwie się wyłonił z hotelowej restauracji, młody recepcjonista w jarmułce na głowie przywołał go niecierpliwie do siebie, zdradzając nieomal w sekrecie, że przed kwadransem polecił zanieść do jego pokoju przesyłkę pocztową z Europy. Chłopak nie spodziewał się, że ta wiadomość tak go poruszy.

— Przesyłka... pocztowa... z Europy?! — wyjąkał, nie wierząc własnym uszom.

Chwilę się krygował, udając brak zainteresowania, bo wiedział, że recepcjonista za nim patrzy. Gdy zeszedł mu z oczu, porwany entuzjazmem, jak szalony pognał z pośpiechem na górę po schodach, skacząc po trzy, cztery stopnie. Omal nie staranował pary spokojnych staruszków, którzy stanęli mu na drodze na czwartym piętrze. Ciężko dysząc, otworzył drzwi i bacznie rozejrzał się po pokoju. Tamten nie skłamał, a oparta o cierniową koronę kolorowa widokówka z Budapesztu wdzięczyła się do niego z ławy.

Porwał ją i rzucił się na łóżko w niewymownym uniesieniu, studiując z uwagą słowo po słowie. Wiedział, dlaczego kartka przyszła tak szybko. Manuela wspomniała, że będzie się starać skorzystać za pośrednictwem ojca z kanałów kurierskiej poczty dyplomatycznej. Dziewczyna pismo miała drobne, więc sporo się zmieściło na odwrocie kartki z nocnym widokiem wznoszącego się na wzgórzu Zamku Królewskiego. Tekst był po angielsku i tylko na końcu widniał dopisek po polsku „wszystkiego najlepszego”. Przeleciał szybko wzrokiem całość, a potem sięgnął po podręczny słownik, chcąc rozszyfrować zwroty i zdania, których znaczenia nie był całkiem pewny. Pisała, że tatkę pożegnała i że bardzo jej było żal tego, iż tak szybko musiała opuścić Izrael. Nie omieszkała zaznaczyć, że rodzice po namyśle zgodzili się, aby już we wrześniu wybrała się do Polski. Och, to miała być rekompensata za zepsute wakacje w tropikach! Wyrażała więc nadzieję, że ponownie ujrzy Pawła, czyli najsympatyczniejszego pod słońcem chłopaka. Zapowiadała, że wyśle mu w najbliższych dniach grubą kopertę z zestawem zdjęć z albumu rodzinnego, by mógł poznać jej rodziców, najbliższych krewnych i przyjaciół. Zaznaczyła, że przygotuje dwa komplety, jeden zaadresowany do Izraela, a drugi do Polski. Ten drugi na wypadek, gdyby przesyłka nie dotarła na czas, nie zastając już Pawła w tym egzotycznym kraju, który zapadł jej głęboko w duszy. Najważniejsze wszakże było to, co pogrubiła długopisem. Napisała, że kocha — i tęskni, tęskni, tęskni...

Ciche pukanie przerwało mu niecierpliwą pracę nad kreślonym naprędce na brudno tekstem odpowiedzi. Przestraszył się nie na żarty, sądząc, że to wścibska Anka, więc z rozmachem zatrzasnął słownik angielsko-polski, kryjąc w nim piękną pocztówkę i natychmiast wrzucając swoje skarby do szafy. Tak zaasekurowany skoczył do drzwi. Jednak to nie była Polka, a na korytarzu ku jego zdumieniu sterczał gnący się w ukłonach recepcjonista. Młody Żyd przepraszał, że go niepokoi. Chciał się upewnić, że przesyłka dotarła do jego rąk. Nieopatrznie zlecił to pokojówce, a powinien był osobiście mu ją wręczyć, nie oglądając się na pośredników. Mieszaninie iwritu i angielskiego brakowało klarowności, ale chłopak domyślił się, o co tamtemu chodzi. Nie miał innego wyjścia i szerokim gestem zaprosił pedantycznego pracownika do pokoju. Niby to obojętnie wyciągnął słownik z szafy i wyjął zeń widokówkę. To młodego Żyda uspokoiło. Pokrzepiony na duchu tym, że wywiązał się ze swoich obowiązków, prawie jak baletnica wysunął się z numeru, dokładnie zamykając za sobą drzwi. W progu jeszcze raz zgiął się w pół.


następny poprzedni