Polak

trafił na ten moment. Podobnie jak Nigeryjczyk pojawił się cicho, niby duch. Obaj przeszli przez pokój Anki, korzystając z otwartych drzwi i bez ceregieli kierując się na taras. „O, nieba, co to?” Dla pewności przetarł oczy, gdyż przeszyła go niepokojąca myśl, że obcy, którego widzi u boku dziewczyny, jest tylko mirażem, takim jak ten, z którym zetknął się już poprzedniego wieczora na stokach judejskiego wzgórza. Murzyn był jednak prawdziwy. Obejrzał ją z niemym pytaniem w oczach. „Ty diablico, skąd go wytrzasnęłaś?”

Anka szybko wykorzystała moment zaskoczenia, podciągając zręcznie poły płaszcza frotté, tak aby jej nogi były widoczne w całej okazałości.

— Nie ma trzeciego leżaka, weź sobie fotel z pokoju! — fuknęła niedbale niczym wielka dama, nie kryjąca swego lekceważenia dla służby.

Paweł ciężko westchnął i wrócił do pokoju, aby spełnić jej kapryśne polecenie. Nigeryjczyk doskonale panował nad sobą i nie dał poznać, że czuje się odrobinę zmieszany. Chłopak szybko przytaskał ciężki fotel. Ostrożnie przenosił go przez próg. „Bagażowy, zawsze do usług!” — przeszło mu przez myśl.

— Ależ to waży? — nie krył swego zdziwienia.

Nie spodziewał się, że Anka potraktuje go przy nieznajomym jak swego lokaja. Wcześniej się tak nie zachowywała, prawiąc mu impertynencje wyłącznie w cztery oczy.

Tamten wstał, uśmiechnął się szeroko, odsłaniając dwa rzędy nieskazitelnie białych zębów i wyciągnął w stronę Pawła wąską dłoń.

— C’est pour moi le plus grand plaisir de vous connaître! — grzecznie się z nim przywitał. Nie brakowało mu ogłady i umiał szybko się dostosować do każdej sytuacji, nawet nazbyt dwuznacznej. A taką stworzyła dziewczyna, dość widocznie pragnąca, aby towarzyszący jej mężczyźni czuli się jak groźnie łypiący na siebie rywale. Dwa jelenie na rykowisku. Jej matka miała takie płótno olejne — Paweł uprzytomnił sobie — ale przezornie kryła je w sypialni. Nie należało do cennych salonowych zbiorów, które pokazywało się gościom.

— Monsieur Dupont znalazł mój zegarek. Zsunął mi się z ręki, gdy byłam na dyskotece... — wspaniałomyślnie wyjawiła Pawłowi powód niespodziewanej wizyty Murzyna, zupełnie nie siląc się na to, by jej tłumaczenie brzmiało przekonująco. W gruncie rzeczy wolała, żeby chłopak jej nie uwierzył. — Zwrócił mi moją zgubę, więc wypadało, abym go dzisiaj zaprosiła.

Gaston domyślił się, o czym była mowa. Damski zegarek z bransoletą niczym koronny dowód w sądzie spoczywał na oparciu leżaka Anki.

— Oui — potwierdził. — C’est moi qui l’ai trouvée!

Paweł lekko się skrzywił, ale tego nie skomentował. Strategia dziewczyny była dla niego aż nadto przejrzysta. „Durnowata idiotka!” — skwitował w duchu. Znieruchomiał w fotelu, uznając, że nie powinien dać się sprowokować. Postanowił nie wtrącać się do rozmowy.

Anka i Gaston zaczęli dzielić się różnymi spostrzeżeniami, poczynając od pogody w Izraelu oraz w basenie Morza Śródziemnego i swobodnie przerzucając się z tematu na temat — on zaś uprzejmie się przysłuchiwał i przytakiwał, kiedy Murzyn zwracał twarz w jego stronę. Niezła była we francuskim. Zasuwała okrągły rok i nadrobiła straty, rzucające się w oczy w Paryżu. On sam nieźle mówił tym językiem już w podstawówce.

Myślami odbiegł daleko. Byli oboje na ulicy Rutkowskiego, kiedy zaczęła się gwałtowna ulewa. Schronili się w najbliższym sklepiku przed lejącymi się z nieba strugami wody. Ance wpadł w oczy damski zegarek na rękę. Ulegając niezrozumiałemu dla siebie impulsowi Paweł szarpnął się, żeby go kupić, choć musiał wydać prawie wszystko, co miał w portfelu. Był to bardzo ładny gest z jego strony. Jednakże ten pierwszy upominek nie przywiódł następnych, o co Anka mogła mieć do niego skryty żal. Okazał się wystrzałem na wiwat i niczym więcej. Oddający się zadumie chłopak nie mógł wiedzieć tego, że Anka nie zgubiła go, lecz celowo upuściła pod stół po kilku tańcach z Murzynem i dwóch kieliszkach szampana z bąbelkami. Nieźle się bawiła.

— Poznałem wreszcie kolor skóry Małego Księcia — bezczelnie wypalił po polsku, uwalniając się od męczącego go napięcia. Akurat przestali rozmawiać i zapadła na chwilę cisza. — Czekoladowy, że aż miło. Antoine de Saint-Exupéry byłby nim zachwycony.

Nigeryjczyk usłyszał nazwisko znanego pisarza francuskiego, ale nie pojął, dlaczego Paweł je przywołuje.

— Antoine de Saint-Exupéry? — zapytał ciekawie.

Rozwścieczył ją tą sugestią.

— Monsieur Jaracz n’aime que les livres pour de petits enfants! — wycedziła szybko za chłopca, nie kryjąc złośliwości. Kąpielowy płaszcz zsunął się jej z ramion, ale tego nie zauważyła.

Nigeryjczyk niewinnie się uśmiechnął, nie chcąc angażować się w rozgrywkę między Polakami, która stała się aż nadto widoczna.

— En Afrique, on aime les enfants! — wydukał nieomal przepraszająco, uznając, że zabrzmi to bezstronnie.

Paweł wzruszył ramionami, wciskając ręce w kieszenie szortów.

— En Pologne aussi!

Zegarek spadł z oparcia leżaka i uderzył o posadzkę. Obaj panowie rzucili się, aby go podnieść. Jeleń z Polski był szybszy i jubilerskie cacko znalazło się w jego dłoniach. Potrząsnął nim i przyłożył je do ucha.

— Chodzi?! — zaniepokoiła się Anka.

Potwierdził skinieniem głowy. Nie chciał oglądać smutnego końca kosztownego souveniru, choć zarazem poczuł żal, że go w ogóle kupił. Usiadł, uderzony tym, że dziewczyna zrobiła nagle na nim wrażenie kogoś zupełnie obcego, kogo wcześniej nie zdążył poznać. „A umiesz sobie dobierać przyjaciół?” — pytała go ze śmiechem czarnowłosa Martyna, będąca z nim w grupie na pierwszym roku. Czując się związany z Anką, nie chciał umówić się z nią do kina. „Im lepiej poznaję ludzi — tamta z wdziękiem odbiła wtedy piłeczkę — tym bardziej wolę psy i koty!”

W kilka sekund wszystko wróciło do normy. Mademoiselle zaczęła na nowo paplać z Gastonem, a Paweł ponownie się zamyślił, wracając oczyma wyobraźni do owego pamiętnego popołudnia. Anka wydawała mu się wtedy idealną partnerką dla niego. Emanowała czarem i kwintesencją kobiecości. Ustępowała mu na każdym kroku, manifestując podziw dla jego ocen, sądów i wyborów. Co więcej, wpatrywała się w niego jak w tęczę. Deszcz zmoczył nie tylko jej włosy, ale i bluzkę, która przylgnęła do ciała, prowokująco eksponując jej dziewczęce ramiona i piersi. Miał ochotę ją objąć, przytulić i pocałować. Przeszło mu przez myśl, że młody Nigeryjczyk widzi jego laskę przez różowe okulary, jak on sam wtedy w czasie ulewy i że w związku z tym powinien go przed nią przestrzec. Groziło mu, że wpadnie w jej sidła.

— Le temps passe — kłapnął, wyrywając się z zamyślenia i uzmysławiając sobie, że się zupełnie wyłączył i stracił kontakt ze swymi rozmówcami. Znowu zapadła cisza. Gaston i Anka z uwagą wpatrywali się w niego i odniósł wrażenie, że za chwilę parskną śmiechem. Nie miał pojęcia, o czym pogadywali.

— Oui! — Gaston uśmiechnął się do Pawła, odsłaniając znowu garnitur nieskazitelnie białych zębów. — Le temps passe — powtórzył, rozluźniając krawat pod szyją i zakładając nogę na nogę. — C’est vrai. C’est une idée bien connue — powiedział.

Powrócili do spraw, związanych z Izraelem, niezwykłym krajem, w którym Zachód spotykał się ze Wschodem i w którym współistniały trzy wielkie religie świata.

Murzyn z dużą swadą opowiadał o dziejach tego regionu, dzieląc się zdobytą wiedzą i zdradzając szerokie horyzonty myślowe. Był zafascynowany pełną kontrastów krainą, z ciemnozielonymi plantacjami cytrusów i tajemniczą ciszą pustyni. Mówił prostym językiem, dystansując pod tym względem ich przewodnika, Palestyńczyka, który ze swym niewyraźnym angielskim nie zawsze był wystarczająco zrozumiały. Trzepał językiem i gestykulował, a zaciekawiony Paweł złapał się na tym, że mimowolnie zaczyna mu przytakiwać. Wszędzie tu były wyraźne ślady po Rzymianach, następnie mieszkańcach Bizancjum, muzułmanach, wreszcie krzyżowcach i Turkach. Chcąc nie chcąc jako turyści i pielgrzymi po tych śladach chodzili, co rusz zapuszczając żurawia w minione dzieje i podziwiając nasycone barwami przeszłości krajobrazy.

Potem jednak chłopak zaczął skrycie poziewywać i grająca rolę szczęściary Anka pojęła, że ten wkrótce się podniesie, pożegna się z Murzynem i najbezczelniej w świecie ją opuści.


następny poprzedni