Natrafił

na Ewangelię według świętego Jana — i przykuły jego uwagę wersety o rozmowie Jezusa ze świętym Piotrem, pierwszym spośród Dwunastu. Opisywana scena miała miejsce po zmartwychwstaniu — nad Morzem Tyberiadzkim w Galilei. Chrystus, z którym uczniowie pospołu spożyli posiłek, złożony ze smażonych nad ogniskiem ryb i chleba, podpytywał Szymona o to, czy ten Go miłuje. Dziwnie brzmiały te słowa, skierowane do pierzchliwego galilejskiego rybaka, który wyparł się Nauczyciela przed pałacem arcykapłana. Szymon, łatwo poddający się uniesieniom, ale i zwątpieniom, z uporem powtarzał, że miłuje Jezusa. Jednakże nie to w owym fragmencie biblijnym zaintrygowało teraz Pawła. Z ust Zmartwychwstałego padło brzemienne w skutki prorocze zdanie, które chłopak postanowił zapamiętać, a nawet zapisać sobie w notesie. „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci: Gdy byłeś młodszy, opasywałeś się sam i chodziłeś, gdzie chciałeś — mówił Jezus do Szymona Skały. — A gdy się zestarzejesz, wyciągniesz ręce swoje, a Inny cię opasze i poprowadzi, dokąd nie chcesz!” Czyżby to miała być kara za bezwstydne zaparcie się Nauczyciela? Zastanowił się i przecząco pokręcił głową. Chodziło o zapowiedź męczeńskiej śmierci, do której miało dojść w Rzymie za czasów cesarza Nerona. Ukrzyżowano tam świętego Piotra głową w dół. Kojarzyła mu się ta epoka z powieścią „Quo vadis” Henryka Sienkiewicza. Chłopak z namysłem pokiwał głową, bez cienia lęku konstatując, że i do niego odnosi się jakoś ta przedziwna fraza. Miał zostać przepasany i poprowadzony tam, dokąd nie chciał. Rodziło się w nim przeświadczenie, że został wybrany i w pewien sposób namaszczony. Przeczuwał, że uda gdzieś w nieznane i zaangażuje się w coś ważnego i wielkiego, co będzie się jakoś wiązać z przemożnymi planami Stwórcy wobec świata i nieustanną misją ewangelizacji. Wołaniu Boga nie można się było przeciwstawić, a doświadczenia religijnego wyprzeć się, bądź je zbagatelizować. Ktoś potężny, może świetlisty archanioł z płonącym mieczem w dłoni, kierował teraz krokami Pawła, wiodąc go nieomylnie ku tajemnicom o niezwykłym blasku.

Powrócił do wcześniejszych kart Ewangelii, studiując je z namysłem i rozwagą. Jezus stał przed Poncjuszem Piłatem, wyznając mu, że jest prawdziwym królem. Rzymski prokurator Judei tkwił wszakże w okowach świata pogańskiego i był zmuszony działać według jego brutalnych praw. Nawet gdyby naprawdę chciał, nie mógł Go uratować.

Półgłosem czytał zdanie po zdaniu:

— Wówczas Piłat wziął Jezusa i kazał Go ubiczować. A żołnierze uplótłszy koronę z cierni, włożyli Mu ją na głowę i okryli Go płaszczem purpurowym. Potem podchodzili do Niego i mówili: „Witaj, Królu Żydowski!” I policzkowali Go...

Bolesne poniżenie, którego doznał Mistrz z Nazaretu, było Pawłowi zupełnie obce. Nikt nigdy chłopakowi dotkliwie nie ubliżał i nie obrzucał go nienawistnie wulgarnymi wyzwiskami — nie licząc mało ważnych i zwykłych przecież w szkole drobnych impertynencji ze strony rówieśników lub przypadkowych złośliwości ze strony nauczycieli, nad którymi przechodził od razu do porządku dziennego. Nigdy nie był na bakier z prawem i w związku z tym nie wpadł w orbitę zainteresowań warszawskiej milicji. Nie naraził się bezpiece. Ze zgrozą wyobraził sobie, że czerpiący radość z cudzego cierpienia cyniczni oprawcy metalowymi szczypcami wciskają mu na odsłoniętą głowę koronę z krzewu ciernia z twardymi jak stal kolcami. Wyciągnął się na łóżku, przymykając Nowy Testament. Zerknął na budzik, który już równo tykał, pokazując upływające minuty i godziny. Blade literki na cyferblacie zdawały się układać w słodkie usta Manueli. Dochodziła dwudziesta trzecia i powinien był już przyłożyć głowę do poduszki, jednak coś mu mówiło, że o czymś ważnym zapomniał. Chwilę się wahał, wreszcie z pewnym zawstydzeniem uklęknął na dywaniku przed łóżkiem i złożył ręce. Dawno czegoś takiego nie czynił i pomyślał, że gdyby go teraz ktoś postronny ujrzał, poczułby się jak mały brzdąc, przyłapany na gorącym uczynku. Na szczęście, nikt obcy go nie podglądał. Na wszelki wypadek podniósł się i sprawdził, czy drzwi do pokoju są zatrzaśnięte, potem uspokojony wrócił, zgasił światło, ukrył twarz w dłoniach i zaczął szeptać słowa modlitwy Pańskiej.

— Ojcze nasz, któryś jest w niebie — dukał — święć się imię Twoje, przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego...

Zakończył krótką, lecz pełną namysłu recytację, z niejakim namaszczeniem się przeżegnał, a następnie już na łóżku oddał się ostatnim medytacjom. Myśli swobodnie płynęły i wrócił pamięcią do Gertrudy, która nie miała oporów przed uklęknięciem w bazylice w Betlejem, a przy tym wcale się nie krępowała obecnością sióstr zakonnych. Wręcz przeciwnie, przy nich czuła się jakby pewniej i bezpieczniej. Zalała go fala wspomnień z lat dziecięcych, kiedy to skandował rymowane prośby do uskrzydlonego anioła stróża. Czymże była modlitwa? I dlaczego ludzie odprawiali modły? Uprzytomnił sobie, że przez tę prostą religijną czynność, niosącą z sobą afirmację świata duchowego, staje się członkiem niewidzialnej, ale przepotężnej wspólnoty, ogarniającej uwielbieniem cały glob, od skutej lodem Arktyki, przez piaski Sahary, równiny i wyżyny obu Ameryk i Australii, po Antarktydę — i było mu z ta myślą słodko i dobrze, gdy wreszcie zasypiał.


Modra

woda w basenie marszczyła się w łagodnych podmuchach ledwo wyczuwalnego wiatru. Anka przytaszczyła ze sobą nadmuchiwany materac. Trafił się jej w hotelowej wypożyczalni jasnopopielaty z kolorowym wizerunkiem kaczora Donalda. Ulokowała się tuż obok Pawła, rozkładając swoje manele i zabrała się najpierw za krem do opalania.

Podparty na łokciu chłopak z odrobiną dezaprobaty lustrował jej poczynania.

— Mało pomysłowe — prychnął wreszcie, wyrażając swój krytycyzm. — Nic z niego nie zostanie. Skoczysz do basenu, a woda wszystko spłuka. Nie lepiej najpierw popływać, a potem się natrzeć?

Skrzywiła się nieznacznie, ale nie przerwała swego zajęcia. Poradziła już sobie z ramionami i wyciskała teraz biały krem z brązowej tubki na opalone uda.

— Mylisz się, naiwniaczku. Otóż wyobraź sobie, że nie skoczę — odpowiedziała. Spojrzała na niego z góry z tą charakterystyczną wyższością, która go zawsze tak drażniła. — Wypłynę jak na łodzi. A poza tym smaruję się kremem nie po to, żeby się opalać, ale po to, żeby zadośćuczynić plażowemu rytuałowi.

— Na łodzi? — zrobił wielkie oczy.

— Ty talencie na zakręcie, trzeba ci wszystko tłumaczyć jak jakiemuś debilowi — okazała zniecierpliwienie. — Nie masz za grosz wyobraźni, jasne, że jak na łodzi. A dokładniej — jak na luksusowym białym jachcie. Rzucę materac z brzegu na wodę. Uniesie się na powierzchni, nie? Przecież jest nadmuchany i nie utonie. Uczyli cię chyba, fujaro, w szkole prawa Archimedesa? — ironizowała, okazując młodemu fizykowi jawne lekceważenie. — A jak go rzucę, to ty go przytrzymasz przy brzegu, bo tyle akurat potrafisz, kupo zwiotczałych mięśni. A ja się na nim z rozkoszą wyciągnę. Prosty scenariusz, nie?

Nie miał ochoty tego słuchać. Podniósł się, opuścił ją i z rozmachem skoczył ze słupka. Pokonał crawlem otwarty basen wzdłuż i wszerz, a następnie wdrapał się na brzeg.

— I co? — zapytał, dysząc i ociekając wodą.

Czekała już na niego. Materac lekko się kołysał na powierzchni.

— Przytrzymaj go tu, mocno, przy barierce, żeby się nie usunął! — przykazała.

Posłusznie wykonał jej polecenie, niemal kładąc się na betonie. Nie obyło się bez skomplikowanych manewrów i omal nie rozgniótł sobie nosa o jej zgrabne łydki. Anka była niewątpliwie niebrzydką laską — i zauważył, że jej wygłupy z materacem budzą niejakie zaciekawienie. Kilku facetów w różnym wieku dyskretnie się jej przyglądało. Przypomniał sobie nagle prawo Ohma w wersji dla zidiociałych erotomanów: „Powyżej kolan napięcie wzrasta, a opór maleje!” Jakoś jego to nie dotyczyło. A może po prostu Anka najzwyczajniej w świecie nie miała na niego ochoty?


następny poprzedni