Pojawił

się nareszcie Ali i leniwie sapnęły pneumatyczne drzwi. Apatycznie wsunął się do środka, zajął ulubione miejsce przy oknie i znieruchomiał, zapadając w stan niejakiego odrętwienia. Chyba się nieco zdrzemnął. W jakiś czas później spod przymkniętych powiek ze zdumieniem się przyglądał przytarganym przez Ankę zakupom, medytując nad tym, czy przypadkiem zapobiegliwa Polka nie naciągnęła na nie asystującego jej ochoczo właściciela pokaźnego portfela. Nie na darmo przebierała przy młodym Murzynie w wystawionych na stojakach manelach. Wydobyła z reklamówek dwie nowe spódniczki, ze trzy kolorowe bluzki, potem parę sandałów, a wreszcie strój kąpielowy, nie licząc różnych innych babskich drobiazgów, na które nie zwrócił specjalnej uwagi. Wpadły mu jeszcze w oko wieńczona drobnymi koronkami delikatna haleczka z błyszczącego czarnego jedwabiu i skąpe desu do kompletu.

— Duuużo tego! — z cicha miauknął, ale mu nie odpowiedziała, bo pewnie nie usłyszała lub nie chciała usłyszeć.

Niektóre z miętoszonych ciuchów były podobne do tych, które nosiła Manuela i w pewnej chwili przestraszył się nie na żarty. Przeszyła go trwożna myśl, że ktoś nazbyt przenikliwy, a przy tym złośliwy wygadał Ance o jego sekretnych wizytach w pokoju dziewczyny znad modrego Dunaju, zaraz jednak wziął głębszy oddech i w mig odrzucił to przypuszczenie, uznając je za niedorzeczne. Niczego nie wiedziała i nie mogła wiedzieć o jego sercowym sojuszu ze słodką Węgierką. Na pewno nie został zdemaskowany. Gdyby coś podejrzanego dotarło do tej diablicy, od razu dobrałaby mu się do skóry. Uspokojony tym pokrzepiającym domysłem, znowu zwrócił senną twarz do okna, wygodniej sadowiąc się w fotelu. Nie groziło mu, że Anka spuści mu manto. Ziewnął, zasłaniając sobie usta. Przypomniał sobie, że jedną z kolorowych widokówek Ziemi świętej miał jeszcze tego dnia wysłać do Budapesztu. Postanowił, że zajmie się tym zaraz po powrocie.


Nabyta

przed sklepikiem z dewocjonaliami korona cierniowa, zadziwiający relikt nieludzkiej epoki, w której z okrucieństwem rozprawiano się ze skazańcami, sadystycznie sycąc się ich bólem, spoczęła obok flakonu z gałązką palmową. Ta ostatnia już mocno przywiędła, gdyż za późno się spostrzegł, że brakuje jej wody. Kartonowe pudełko wyrzucił do kubła na śmiecie. Właściwie powinien był straszący ostrymi kolcami diadem powiesić wyżej na ścianie, wcześniej wbijając tam gwóźdź, ale lękał się, że uznano by to za dewastację pokoju, a uszkodzenie wliczono do rachunku za hotel. Tapety były nowiutkie i równo położone, a ścianę zdobiła oszklona fotokopia w wąskich ramach z zielonym pejzażem Galilei. Z estetycznego punktu widzenia ta część pokoju nie wymagała już żadnych dekoracyjnych poprawek.

Po wyprawie na pocztę, kolacji i spacerze po parku wyciągnął się wygodnie na łóżku, nucąc pod nosem piosenkę Bułata Okudżawy o trzech miłościach i wpatrując się w sufit. Polubił ballady tego mieszkającego w Moskwie na wpół ormiańskiego i na wpół gruzińskiego barda. Pamiętał, że ujrzał go kiedyś przelotem w stolicy w towarzystwie Wojciecha Młynarskiego i Agnieszki Osieckiej. Miał nawet ochotę poprosić go o autograf. Potem uniósł się, otworzył zabrany z pokoju Anki Nowy Testament i zaczął go z uwagą wertować. Zamierzał oswoić się z niektórymi biblijnymi opisami, zwłaszcza tymi, które bez udziału jego woli stały się mu szczególnie bliskie. Przeglądał Pismo święte inaczej niż wcześniej bedeker po Ziemi świętej, mający wskutek częstego używania ośle rogi i pogięte okładki. Przewodnik po Izraelu wprawdzie odsyłał go do zajmujących faktów z przeszłości, ale ukazywał je z chłodnym dystansem. „Tego już dawno nie ma!” — zdawały się szeptać fotografowane ruiny. Natomiast w Piśmie świętym tamte historie były nadal jak żywe. Oczyma wyobraźni sięgnął do osób, których losy skrzyżowały się z losem Mistrza z Nazaretu. Pobiegł ku nim myślami tak, jakby je osobiście poznał i z nimi na co dzień obcował. Czy otarł się naprawdę o apostołów Galilejczyka? Czy mógł wyznać, że ujrzał ich na własne oczy? Czy faktycznie wiedział, jak wyglądał umiłowany uczeń Pana, ten ciut, ciut młodszy od niego i wysławiający się po aramejsku kruczowłosy chłopak? Czy w istocie tamten obejrzał się na stoku wzgórza, gdy Paweł za nim zawołał? Polak przypomniał sobie książkę, która z nudów wpadła mu w ręce, kiedy w bibliotece w sesji letniej czekał na skrypt, potrzebny mu do egzaminu. Popularyzowała teorię poznania, intrygujący, ale właściwie mało znany dział filozofii. Umysł ludzki był zdolny do rozszyfrowywania dostępnych zjawisk świata fizycznego, ale również do ustawicznego wykraczania poza osiągnięte granice. Człowiek stawiał dociekliwe pytania i budował niepokojące hipotezy. Manifestował kreatywność i wynalazczość. Namacalny dowód stanowiły liczne odkrycia naukowe lub po prostu utwory literackie. Przy tym wszystkim wykorzystywany w praktyce potencjał mentalny stanowił tylko niewielki procent ukrytych w płatach czołowych możliwości. Paweł wtedy nie przywiązywał do tamtych tez większej wagi, teraz jednak sugestie autora zaczynały dawać mu do myślenia. Do czego jeszcze rozum ludzki był zdolny? Zastanawiało go, czy przypadkiem tych wizji sam nie wywołał. Czy naprawdę tam był, czy też uległ zadziwiającej iluzji, a w jego głowie kręcił się niby-film, całkowicie go angażujący i przysłaniający świat zewnętrzny? Może jego umysł bezkarnie eksplodował, częstując go z nagła doznaniami, wydobytymi z jego osobistej lub też zbiorowej podświadomości? Olśniła go pewna odkrywcza myśl i obudził się w nim znowu duch eksperymentatora. Przypomniał sobie, nad czym medytował po wizji przy grobie Łazarza. Był Europejczykiem i całe pokolenia pracowały nad tym, żeby nie przyjmował niczego na wiarę, ale żeby szukał namacalnego potwierdzenia. Gdyby w trakcie kolejnego seansu mógł zdobyć jakiś przedmiot, pochodzący z tamtej epoki i przenieść go następnie do dwudziestego wieku, udokumentowałby, że tam był, i że to, co przeżył, nie pozostawało tylko zadziwiającą grą wierzgającej i stającej dęba wyobraźni. Tylko jak miałby tego dokonać?


następny poprzedni