Kierując

się wyblakłym szyldem, usiłował dostać się do antykwariatu, ukrytego w podpiwniczeniu starego budynku, lecz pomylił schody. Potykając się na ostatnim nakruszonym stopniu, zjechał w wierzeje obskurnej zadymionej tawerny, której wnętrze skojarzyło mu się z ponurym średniowieczem. Przy dębowych stołach siedzieli pospołu zarośnięci młokosi i starcy z siwymi brodami. Chciał się wycofać, ale było już za późno — zaczepił go bowiem ględzący po grecku podpity typ około trzydziestki, najpewniej jakiś marynarz, szukający kompana do kieliszka. Schwycił mocno młodego Polaka za przegub dłoni i ani myślał puścić, ciągnąc go do ciemnego wnętrza. Paweł miał szczęście, bowiem tuż za nim nieoczekiwanie wślizgnęła się do tawerny Gertruda w towarzystwie gladiatora z Bawarii, a wyglądający jak zapaśnik groźny Hans przepłoszył amatora darmowego picia.

— Danke schön — Paweł skinął głową w podzięce, zawracając po schodach na górę. — Ale miał krzepę, niezłe ziółko — syknął, rozcierając ścierpnięty nadgarstek.

Jeszcze raz rozejrzał się za wejściem do sklepiku z antykwarycznymi starociami i tym razem trafił bez przeszkód do księgarenki. Jakiś czas w niej zabawił, plącząc się między półkami i w końcu się łakomiąc na dwa albumy, podobne do tych, które widział w pokoju Manueli. Nie były drogie, w sam raz na jego kieszeń. Ostatecznie mógł sobie pozwolić na coś wystrzałowego, zważywszy pieniądze, które zostawiła mu dziewczyna z Budapesztu, ale nie był pewny tego, czy może je lekką ręką wydać. Może to była tylko pożyczka? Wybrał ponadto kilka pocztówek z widokami starej Jerozolimy. Wpadła mu potem w ręce napisana po polsku przykurzona książka z 1891 roku z archaiczną grafiką na okładce, ale się na nią nie pokusił. Nieustępliwa Gertruda i tu za nim dotarła. Zagadała do starego sprzedawcy po niemiecku, ten jej wskazał regał — i zajęła gladiatora w półkoszulce w pasy niemieckimi starociami z mocno pożółkłymi stronicami, coś mu tam ze swadą tłumacząc. Szwargotała jak najęta. Paweł chwilę lawirował między półkami, wreszcie cicho podszedł i ciekawie zerknął jej przez ramię, ale z niczym znajomym nie skojarzył sobie jej antykwarycznego znaleziska. Nie miał pojęcia, o czym rozmawiali. Pismo było ostre, gotyckie — i miałby kłopoty z odczytaniem nazwiska autora i tytułu, nie mówiąc o tym, co zawierały wyblakłe karty.

Po wyjściu z antykwariatu lustrował z nudów stragany. Obracał w rękach wykonane z gipsu i pomalowane na złoty kolor miniatury piramid egipskich. Anka przerzucała i oglądała bluzki, spódnice, dżinsowe spodnie, których tu było bez liku, a także kurtki z delikatnej skóry. Ostatecznie wybrała na jego oczach jakiś pleciony skórzany pasek i naszyjnik z muszelek. Antyczna grecka waza, którą usłużnie podsuwał jej sprzedawca, wydawała się jej podrobiona, natomiast wyglądające na oryginalne czarne afrykańskie posążki — za drogie. Lekko zblazowany Gaston asystował jej w milczeniu, racząc się winogronami z papierowej torby. Wyszło wreszcie szydło z worka i już nie musiał grać roli szpanującego kabrioletem studenta z Paryża, dla którego polskie progi są ociupinkę za wysokie. Drań nurzał się w niewyobrażalnym szmalu. Po prostu był księciem z bajki. Niezwykle okazale prezentował się model świątyni jerozolimskiej, ale Pawłowi wydał się zdecydowanie za duży. Nie zmieściłby się w jego bagażu. Zostawił to wszystko i powlókł się dalej, mijając kramy z bananami, pomarańczami, owocami palmowymi i innymi specjałami, a zatrzymał się dopiero przy niewielkim sklepiku z pamiątkami religijnymi. Ostrożnie, by się nie skaleczyć, ujął palcami wyplecioną z krzewu ciernia koronę i popadł w głęboką zadumę.

Ocknął się po chwili, czując, że ktoś za nim stoi i instynktownie się obejrzał. Gertruda miała oczy szeroko otwarte z przerażenia. Wpatrywała się jednak nie w Polaka, ale w to, co trzymał w dłoniach. Blado się do niej uśmiechnął, ale ta natychmiast spuściła wzrok i jak zwykle zamaszyście się odwróciła. Odniósł wrażenie, że niby jakaś kabalistka lub wróżbitka dostrzegła w koronie z ciernia, symbolu cierpienia, jego przyszłe życie, które nagle rozwinęło się przed nią, jednak nie w jasnych, ale w ciemnych barwach. Prychnął, ale korony nie wypuścił z rąk. Zapłacił za nią, a sprzedawca usłużnie mu ją włożył do płaskiego kartonowego pudełka. Skwapliwie zabrał ją ze sobą. Nie miał zadatków na męczennika, ani też nie marzył o tym, żeby po śmierci wynoszono go na ołtarze, beatyfikowano i kanonizowano. Jakiś figlarny chochlik podpowiedział mu, że przecudna Niemka lęka się cierpienia jak diabeł święconej wody i że mógłby się z nią trochę podroczyć. Ot, wbić jej szpilę. Jednak nie to sprawiło, że pokusił się na tę pamiątkę religijną. Nie bawiły go tanie gierki. Po tym, co przeżył w czasie burzy na Górze Oliwnej, konanie Jezusa stało się mu dziwnie bliskie — niósł więc to pudełko z przeświadczeniem, iż jego cenna zawartość nie może powodem kpin i żartów.

Olśniło go bezwiedne odkrycie, że Gertruda zaczyna pomalutku wypełniać pustkę, jaka w nim powstała po nagłym wyjeździe Manueli. Przyszło mu raptem do głowy, że za mocno się przywiązał do czarownej muzy z Węgier. Stercząc przy jeszcze zamkniętym autokarze, mimowolnie zestawił w myślach obie boginie. W towarzystwie żywiołowej blondyneczki z Budapesztu wypoczywał i odzyskiwał pewność siebie, stając się na powrót optymistą, widzącym świat przez różowe okulary. Była bowiem radosna, spontaniczna i szczera. A poza tym nie stwarzała dystansu. Natomiast Gertruda ciągle się dąsała. Robiła wrażenie nieoswojonej i pokazującej kły tygrysicy, a chłopak z Polski zupełnie się nie nadawał na jej tresera. Ile razy wydawało mu się, że może przypiąć się do niej i zagaić, tyle razy okazywało się, że to niemożliwe. Z uporem mu się wyślizgiwała, jakby jej zagrażał. Mimo to czuł, że ślicznej Niemce na nim zależy i że w głębi duszy — choć nie do końca świadomie — walczy o prawo przystępu do niego. Któż wszakże był aż tak surowy, okrutny i bezduszny, by jej zabraniać przyjaźni z Pawłem? Kto i z jakiego powodu? Tego naprawdę nie wiedział.


następny poprzedni