Energiczna

i przedsiębiorcza dziewczyna z Polski już dawno wzięła sprawy w swoje ręce i może dlatego za grosz nie czuła respektu przed gościem zza Atlantyku. Złapała Pawła pod łokieć i zdecydowanie pchnęła go do przodu, przedstawiając go nowo przybyłemu. Jej chłopak nie umiał zwlec się z łóżka o właściwej porze — jak to zaraz wypaplała — wskutek czego do południa plątał się z pustym żołądkiem. To ona godzinę wcześniej cierpliwie stukała do jego drzwi.

Starszy pan przywitał się z Pawłem poważnie, prawie bez uśmiechu, z charakterystyczną amerykańską powściągliwością, ale mimo wszystko bardzo życzliwie. Ta dwójka młodych Słowian stała po jego stronie.

— La Pologne est très intéressante — powiedział, ujmując jego dłoń. Potem podał mu także rękę z lekka speszony Gaston. Znowu miał dyndający na szyi nieodłączny aparat fotograficzny.

Chłopak był zbity z tropu. Dziewczyna zdradziła mu na ucho, że monsieur Philippe Dupont jest znanym w USA i w Kanadzie przemysłowcem — i zapewne dlatego poczuł się onieśmielony. Zaleciało wielkim światem. Usiłował wziąć się w garść, skrycie sobie dowodząc, że bez względu na ilość zer na rachunku bankowym człowiek pozostaje zawsze tylko człowiekiem. Bowiem każdy z prochu powstał i w proch miał się obrócić.

— C’est vrai — anemicznie wydukał, jak uczeń podstawówki, mający za sobą dopiero pierwsze lekcje francuskiego i znający kilkanaście podstawowych słówek, nie licząc dwu czy trzech prostych zwrotów. — J’aime mon pays.

Nadal czuł się niezręcznie. Nie wiedział, co rzec sterczącemu obok studentowi, czy mu pogratulować wyjścia z aresztu, czy też obłudnie się zarzec, że wcale nie wierzył w jego winę, ale Anka nie zwracała na niego uwagi. Przypięła się do seniora jak do starego znajomego, perorując zawzięcie w języku żabojadów. Potem ponownie zwróciła się do Pawła, uznając, że powinna go wprowadzić w szczegóły zdarzeń, które ostatnio miały miejsce. Gdy izraelska policja zatrzymała Gastona, czarny biznesmen z Nowego Jorku momentalnie się zmobilizował, a wykorzystując swoje rozległe powiązania finansowe i polityczne, interweniował, gdzie tylko się dało. Telefonował ponoć nawet do Departamentu Obrony i do CIA. Zabiegi o uwolnienie Gastona okazały się jednak niepotrzebne, bowiem w międzyczasie policja izraelska sama doszła prawdziwych sprawców i naprawiła swój błąd. Aresztowanie okazało się fatalną w skutkach pomyłką, za którą młodego Murzyna przeproszono. W garażach, gdzie kupił nieszczęsny kabriolet, stały dwa z pozoru identyczne wozy. Ten, przeznaczony dla tropionego od długich miesięcy międzynarodowego gangu przemytników, przez niedopatrzenie trafił w ręce Afrykańczyka. Drugi wóz, tyle tylko, że bez ukrytej w nim heroiny, załadowano na statek, który miał wkrótce odpłynąć z portu pod banderą greckiego armatora. Właściciela garaży oraz kilku tam zatrudnionych przyskrzyniono.

— Ależ afera... — mruknął Paweł z podziwem, gdy tylko poskładał w głowie rozsypane elementy tej łamigłówki. — Prawie jak w najprawdziwszym w świecie filmie kryminalnym.

Przetarł zaspane jeszcze oczy, ukradkiem ziewnął na boku i pocieszył się myślą, że mimo tego iż wstał tego dnia lewą nogą nie jest z nim wcale tak źle. Nie musiał się już więcej czuć winny z powodu Murzyna i miał nadzieję, że w związku z tym ciut, ciut poprawi mu się humor. I na to się zanosiło.

Senior zamierzał uczcić tak pomyślne zakończenie sprawy, lecz zgodnie z sugestią Anki zdecydował, że najpierw należy zaczekać na marudera. Śpioch nadszedł, więc cała czwórka mogła przenieść się do restauracji. Zasiedli przy stoliku. Monsieur nie zapomniał, że Paweł nie jadł jeszcze śniadania i czyniąc honory pana domu w pierwszej kolejności polecił zamówić coś ekstra dla niego. Dla pozostałych przewidział deser i lody. Rozgadali się, snując plany na popołudnie. Rzucało się w oczy, że starszawy Amerykanin darzy Ankę nadzwyczajnym sentymentem. Nie opuściła przecież jego syna w trudnych chwilach, wsparła go i bezinteresownie pospieszyła mu z pomocą. A to się liczyło pod każdą szerokością geograficzną. Tamten zaproponował, że zabierze młodych Polaków do amerykańskiej placówki dyplomatycznej w Tel Awiwie, miał się tam spotkać z ważnym urzędnikiem, zajmującym się sprawami handlowymi, co rezolutna dziewczyna przyjęła z aplauzem. Zaświeciły się jej oczy i bez namysłu się zgodziła, nie pytając Pawła o zdanie. Ten pochylał się akurat nad talerzem i miał pełne usta, więc choćby chciał, nie mógł powiedzieć „nie”.


Luksusowy

autokar kluczył w wąskich uliczkach starego miasta, aż wreszcie utknął na niewielkim parkingu. Umorusane dzieciaki natychmiast obległy wysiadających, wyciągając prosząco ręce, ale Ali rzucił ostro kilka zdań po arabsku i malcy się rozpierzchli. Zwiedzający przeszli wąskim zaułkiem, wskazanym przez kierowcę, bez trudu trafiając na bazar, gdzie mogli zaraz się zająć wystawionymi na straganach po obu stronach ulicy towarami. Niektórzy kupcy pradawnym orientalnym zwyczajem głośno zachwalali to, co mieli do zaoferowania, inni byli bardziej powściągliwi i oszczędniej szafowali słowami i gestami. Z tej strony targowiska przeważały południowe owoce, pomarańcze, jabłka, mango, guawa, melony, śliwki daktylowe, granaty, figi, daktyle i awokado, a także egzotyczne dary morza. Panował gwar, Paweł parł powoli do przodu, przeciskał się przez różnokolorowy tłum, nieuważnie lustrując wzrokiem stoiska i kramy, a przy tym bacząc, by nikogo niechcący nie potrącić. Z pozoru wtapiał się w tę ludzką masę, w rzeczywistości jednak czuł się dziwnie wyobcowany. Izrael stał się nagle inny, podejrzanie odległy i zaskakująco obcy. Wiedział dlaczego. Brakowało w nim Manueli. Pamiętał, że między jarmarcznymi wyrobami mogły się kryć cenne okazy archeologiczne, ale żeby na nie natrafić, trzeba było mieć wyjątkowe szczęście.


następny poprzedni