Do świtu

było jeszcze daleko i zapalił nocną lampkę, żeby sprawdzić, która godzina. Spojrzał i jęknął niezadowolony. Nie nakręcał małego turystycznego budzika i ten towarzyszący mu wszędzie tykający cicho strażnik czasu z drobnymi literkami na tarczy — „a”, „i” i „m” — od kilku dni niezmiennie pokazywał pierwszą dwadzieścia jeden. To zegarmistrzowskie cacko można było tak ustawić, że przez całą noc terkotało regularnie co godzinę, co rusz budząc zaspanego właściciela. Nie wiedział, skąd się ten prześmieszny zegarek wziął w domu, zapewne matka dostała go w prezencie od pacjenta obcokrajowca. Zgłaszali się do niej różni tacy z kilku ambasad, więc z latami wyrobiła sobie kontakty. Gdyby nie to, nie mogliby liczyć w Tel Awiwie na dużą zniżkę w hotelu. Decydowały znajomości i układy. Zgasił lampkę i wyciągnął się z powrotem, zamykając oczy. Nie pojmował, co wywołało wytrącające go nagle ze snu wyrzuty sumienia. A może męczył się z powodu Gastona? Wrócił myślami do tego, co stało się tamtego pamiętnego ranka. Nie kiwnął nawet palcem, kiedy ładowali skutego kajdankami Afrykańczyka do samochodu policyjnego. Sterczał obojętny i apatyczny, podobnie jak inni przypadkowi gapie bezmyślnie się przyglądając darmowemu widowisku. Zaniepokoiło go, czy przypadkiem nie gardził skrycie Murzynem z powodu ciemnego koloru skóry i czy nie radował się w duchu, że tamten stał się pośmiewiskiem, ale odrzucił tę myśl jako niedorzeczną. Jednakże w barze, indagowany przez policjanta, plótł trzy po trzy i opowiadał banialuki, miast wziąć w obronę niewinnego studenta medycyny, a na rzeczowe pytania nie udzielał żadnych sensownych odpowiedzi.

Sen w końcu nadszedł, przerywając chaotyczny rachunek sumienia, wywołany nagłym i trudnym do wyjaśnienia poczuciem winy. W nerwowym półśnie widział jeszcze Gertrudę, lecz nie w pobudzających męską wyobraźnię skąpych damskich ciuszkach, ale w czarnym habicie zakonnym z dużym, zakrywającym głowę białym kornetem. Pobożnie klęczała w ciemnej krypcie, niby lochu lub grobowcu, między ciężkimi sarkofagami i surowymi kamiennymi mensami.

Obudziło go ciche lecz natarczywe pukanie do drzwi. Nieprzytomnie się zerwał, przecierając zaspane oczy. Powoli uwalniał się z objęć Morfeusza. Przygrzewało słońce i zanosiło się na upalny dzień. Potrząsnął budzikiem, jakby martwy przedmiot był winien tego, że mu się nie szczęści, a potem cisnął nim na zmiętą pościel i zwinięte w nogach prześcieradło.

— Zaraz wstaję! — krzyknął, gdyż pukanie się powtórzyło. Uzmysłowił sobie, że pewnie przespał porę śniadania, a zaraz potem przeszyła go dojmująca myśl, że słodkiej Manueli nie ma już w Izraelu. Przez krótką chwilę czuł się straszliwie samotny, jak zagubiony rozbitek na bezludnej wyspie, zaś serce odpowiedziało bolesnym skurczem.

Poczłapał do łazienki i skrył się pod prysznicem, chcąc przywrócić się do życia. Zimne strugi wody go orzeźwiły i mógł zacząć normalnie myśleć. Pucował się pachnącym różanym mydełkiem, które dostał w prezencie od Teresy. Czynił to z niejakim namaszczeniem, jakby ten zwyczajny zabieg higieniczny miał tego ranka wyjątkową moc magiczną i mógł go uwolnić od nadmiaru grzechów, które zwaliły się na niego ciemną nocą. Wiedział, że nie zdąży na wyprawę autokarową i że o tej porze chudy Arab niezawodnie już liczy wspinających się do klimatyzowanego wnętrza. Ali nigdy nie miał kompletu, bo turyści uwielbiali chadzać własnymi drogami — często się gdzieś zawieruszali, a z tego, co wyrabiali, zwykle się przed nim nie spowiadali, bo przecież nie musieli. Uporał się z myciem, ale nie chciało mu się wychylać spod prysznica. Strugi ciepłej wody spływały po jego skórze. Na pokrytej parą szklanej ściance namalował palcem zegar, pokazujący godzinę czwartą, a potem zaczął kreślić obok niego jakieś esy-floresy. Wreszcie wszystko starł, a wyżej szparko dorysował dwa śliczne serduszka. W końcu przypomniał sobie o leżącej w szafce tajemniczej brązowej kopercie i to go zmobilizowało, by zakończyć toaletę. Szybko się wytarł i wrócił do pokoju z ręcznikiem na szyi. Manuela zastrzegła sobie, że może ją otworzyć dopiero po jej wyjeździe. Niecierpliwie ją rozdarł, ciekawy zawartości.

— Coś takiego? — niepomiernie się zdziwił, wybałuszając oczy.

Ze środka gładko się wysunęły trzy nowiutkie banknoty studolarowe, a wraz z nimi maleńka żółta karteczka. „Nie będą już mi potrzebne, bo wracam. A Tobie się przydadzą. Napiszę. Całuję. M.”


Odziany

w skrojony na miarę elegancki ciemny garnitur starszawy mężczyzna emanował siłą i niezwykłą pewnością siebie. Jego gęste kręcone włosy były tylko na skroniach przyprószone siwizną, a zaciśnięte usta zdradzały stanowczość i zdecydowanie. Miał w swej posturze coś z hollywoodzkiego aktora — i zaskoczony jego widokiem Paweł mimowolnie skojarzył go sobie z amerykańskimi filmami spod znaku ryczącego lwa, oglądanymi od czasu do czasu w kinach stolicy lub w telewizji. Potem usiłował go sobie wyobrazić w roli śpiewającego i grającego z charyzmą na trąbce legendarnego Louisa Armstronga. Gdyby nie to, że na jego twarzy rysowały się już liczne zmarszczki, mógłby od biedy uchodzić za starszego brata Gastona, wziąwszy pod uwagę uderzające podobieństwo. W rzeczywistości był jego ojcem.

— Les enfants ressemblent à leurs parents... — mruknął do siebie z niejakim zażenowaniem, widząc tych dwóch mężczyzn razem. Stali obok siebie z rękami w kieszeniach, wyraźnie uszczęśliwieni i wymieniający półgłosem jakieś uwagi. Szczupły Gaston bowiem znowu przebywał na wolności.


następny poprzedni