Na

a dziedzińcu przed pałacem arcykapłana paliły się małe ogniska. Niebo traciło czerń i stawało się szare. Przed świtem było chłodno, więc Szymon zdecydował się podejść do jednego z kręgów, by trochę się ogrzać. Odźwierna, która wpuściła go przez kutą bramę na prośbę Johanana, przychylnym wzrokiem obrzuciła jego skurczoną postać. W tych dniach nie brakowało w Jerozolimie pątników, a przecież nie wszystkich było stać na opłacenie noclegu. Ci ubożsi zadowalali się byle czym, choćby barłogiem w zaułku muru. Umiłowany uczeń siedział w kucki nieopodal, skryty między młodymi strażnikami. Znali go i nie zwracali na niego uwagi. Przysłużył się im, nosząc ciężkie toboły.

Jeden z tych, którzy byli w Ogrodzie Oliwnym na stoku wzgórza, rozpoznał wszakże Piotra. Nieufnie przyglądał się jego zmęczonej twarzy, na której znaczyły się doświadczenia ostatnich dni. Zerkał na jego dłonie, jakby w obawie, że pojawi się w nich znowu krótki miecz.

— Czy może i ty jesteś uczniem tego Człowieka? — ręka pytającego wskazywała pałac, do którego przyprowadzono pojmanego Nauczyciela.

Szymon jeszcze bardziej się skurczył i wydawało się, ze chce zapaść się pod ziemię. Udał zdziwienie, ale nie mógł zamaskować lęku. Wzruszył ramionami, grzebiąc patykiem w ognisku, w którym płonęły wysuszone wielbłądzie łajna.

— Nie jestem! — rzucił nieco zadziornie. Atmosfera wokół paleniska zaczynała gęstnieć.

Tamten oddalił się, lecz zaraz powrócił. Prowadził z sobą odźwierną. Był już prawie pewny tego, że się nie myli. Przypomniał sobie, jak wyglądał Galilejczyk, który odciął ucho jego dalekiemu krewnemu, Malchosowi. Biedak już do końca życia miał być oszpecony. Leżał teraz z owiniętą głową, bowiem medyk arcykapłana udzielił mu niezbędnej pomocy.

— Tak, jesteś bez wątpienia jednym z nich — powiedział.

Szymon gwałtownie zaprzeczył. Jego obawy były może przesadzone, jednakże nikt nie mógł przewidzieć, czy po zatrzymaniu Jeszuy nie rozpocznie się nagonka na Jego uczniów i zwolenników, rozsianych po świętym mieście. On zaś był przecież — zgodnie ze słowami Nauczyciela — pierwszym z Dwunastu.

— Nie jestem Jego uczniem i nie znam Go...

Tamten obstawał przy swoim. Widział Malchosa i był świadom tego, jaka stała mu się krzywda. Ze skrytobójcami i nożownikami należało postępować surowo. Nie byli warci łaski.

— Ale pochodzisz z Galilei, mowa cię zdradza..

Szymon powoli się podniósł. Gotów był udowodnić, że nigdy nie słuchał Mistrza, ani Go nawet nie widział. Wyglądało na to, że chce pokazać, iż jest najwierniejszym sługą arcykapłana i gorliwym wyznawcą jego nauk. Napotkał jednak wzrok Johanana, który zbliżył się do ogniska, i poczuł gwałtowny skurcz w gardle. Najmłodszy z apostołów nie był tchórzem. Spojrzenie miał chłodne, czyste i karcące. Szymon przez moment miał wrażenie, że spogląda na niego sam Jeszua, smutno, z żalem i wyrzutem. Zaparł się Go, on, który miał w przyszłości sądzić dwanaście pokoleń Izraela, ba, sądzić też złych aniołów; on, który miał być skałą...

Kur piał długo i przeciągle. Szymon usiadł, przybity, kryjąc twarz w dłoniach. Ochrypły krzyk koguta wydał mu się kpiący. Pomyślał, że diabeł wstąpił w ptaka, by wyśmiać go i poniżyć. Z oczu popłynęły mu nagle łzy, a piersi rozdarło ciche łkanie.



Poderwał

się z przestrachem z pościeli, nie mogąc złapać tchu i przez chwilę myślał, że się dusi. Był zlany potem i otaczała go czarna noc. Miał w ustach gorzki mydlany smak, jakby się napił wody z Morza Martwego. Widział przed sobą dziedziniec przy pałacu arcykapłana i czuł na sobie palący wzrok Johanana. Uzmysłowił sobie z bólem, że za kilka godzin Manuela opuści ten orientalny kraj, ze strzelającymi w niebo palmami na ulicach i że pewnie nigdy więcej jej nie ujrzy, tracąc na zawsze jedynego wiernego przyjaciela. Długo żegnali się późnym wieczorem i przytrzymała go, gdy był już w drzwiach. „Czy mi przepraszasz?” — szepnęła do niego, zaglądając mu błagalnie w oczy. „Czy mi przebaczasz?” — po chwili namysłu poprawił jej zabawnie niezgrabną polszczyznę. Na to słodkie pytanie nie musiał wcale odpowiadać, bo przecież nie mógł jej niczego zarzucić. Tyle dobrego dla niego uczyniła. Wpadli sobie w objęcia, tuląc się i całując. Nie mógł oderwać ust od jej gorących warg, pieścił jej odsłonięte ramiona i pachnące włosy. Osowiała i markotna, z niewymownym żalem asystowała mu wzrokiem, kiedy odchodził i znikał w windzie. Taką ją zapamiętał, stojącą w zielonych wymiętoszonych szortach i w za luźnej czerwonej półkoszulce. Nie, nie był Szymonem Skałą, który wyrzekł się Jezusa w panicznym lęku przed karą. Gorączkowo się zastanawiał, czy on sam kiedyś w przeszłości, w latach szkolnych, nie zachował się równie niecnie, ale nic mu nie przychodziło do głowy. Nigdy nie kpił z wiary i z dogmatów, ani też nie utrzymywał tchórzliwie pod dyktando zadufanego dyrektora szkoły i kilku gnących się przed nim w ukłonach nauczycieli, że nie ma Boga. Tym zajmowali się inni uczniowie, słabsi intelektualnie i pewnie dlatego gorliwie podlizujący się szkolnej oligarchii. Podobno wątpili Polacy, biorący udział w powstaniu warszawskim i Żydzi w getcie, świadomi czekającej ich zagłady. Uspokoił się i osunął na poduszkę.


następny poprzedni