Teresa

wpadła na niego, gdy wysiadał z windy. Niecierpliwie kręciła się po czwartym piętrze, widocznie przed chwilą stukała do jego numeru. Złapała go gorączkowo za pasek od spodni, jakby w obawie, że chłopak może jej uciec. Była przelękła i zatrwożona. Wycelowała w niego palcem.

— Musisz koniecznie, ale to koniecznie, i to zaraz, zajrzeć do pokoju Manueli! — histerycznie rzuciła mu w twarz, nerwowo się zacinając.

— Teraz? — zapytał z niebotycznym zdumieniem, zaniepokojony tym alertem. — Czy coś złego się stało?

Nie odpowiedziała. Skinęła tylko głową, łapiąc z trudem oddech i przyszło mu do głowy, że pewnie przed chwilą jak szalona zbiegała po schodach.

Wpadł w popłoch, ale usiłował się opanować. Nie miał zielonego pojęcia, co takiego wytrąciło ją z równowagi. Z oczyma jak talary wcisnął przycisk siódmego piętra. Kiedy winda się zatrzymała, pognał za Teresą w podskokach, spodziewając się najgorszego.

— Jestem! — wyszeptał ze ściśniętym gardłem, zaglądając do środka.

Przez pokój przetoczyło się istne tornado i panował w nim nieopisany bałagan. Jego słodka przyjaciółka nie była umierająca, ani obłożnie chora, tym niemniej znalazł ją w opłakanym stanie. Włosy miała w nieładzie, a policzki mokre od łez. Zastał ją przy chaotycznym pakowaniu ogromnej ciemnobrązowej skórzanej walizy i kominowego plecaka w kolorze khaki.

— A cóż to takiego? — zapytał z przerażeniem. — Wyjeżdżacie?

— Jak widzisz! — z rozpaczą pociągnęła nosem, pokazując mu ręką cały ten majdan.

Sięgnął do kieszeni po chusteczki higieniczne, ale Manuela miała swoje. Zaniepokojony przysiadł w fotelu, a one, wpadając sobie w słowa, wytłumaczyły mu, co było powodem nieszczęścia. Złośliwy los uciął figlarną zabawę w Romea i Julię.

Okazało się, że obie z Teresą muszą natychmiast opuścić Tel Awiw i wracać do kraju. Nie skończyła się im wiza, ani nie wyrzucała ich z Izraela policja. Zawinił skrawek papieru, który jako dowód rzeczowy wylądował przed nim na ławie. Manuela otrzymała pilny telegram z Budapesztu. Wynikało z niego, że niespodziewanie przyspieszono odlot jej ojca na placówkę dyplomatyczną. Udawał się do Rio de Janeiro. Polecenie było wyraźne: „Natychmiast wracaj!” Jej papcio był ekspertem w eksponowanej dziedzinie gospodarczej i przygotowywał się do wyprawy na drugą półkulę. Pierwotnie jednak miał tam się udać późną jesienią. Manuela musiała się z nim pożegnać, a wcześniej dopomóc w ostatnich szalonych przygotowaniach do podróży. Rozstawał się z rodziną na rok, zaś przed opuszczeniem Budapesztu chciał jeszcze w instytucie, w którym pracował pozostawić po sobie porządek.

Jednakże to nie wyjazd ojca tak naprawdę wytrącił zapłakaną laskę z równowagi. Miała przecież sercowe plany, których musiała się z żalem wyrzec. Teresa nie omieszkała mu o tym napomknąć — i w tym celu gorliwie pospieszyła za nim do windy, kiedy z markotną miną wyszedł z ich pokoju. Posiedział tam z kwadrans, aż wreszcie uznał, że jego obecność nie ułatwia im zadania.

Wysypała się z niej właśnie chmara skośnookich maluchów, które musieli przepuścić.

— Ona cię kocha, oszalała na twoim punkcie — rzekła ze śmiertelną powagą, gdy już przefrunęła dziecięca szarańcza. — I nie wyobraża sobie bez ciebie życia.

Zabrzmiało to prawie jak oskarżenie. Nie wiedział, co jej odpowiedzieć. Czuł się skrępowany, a przy tym odrobinę winny. Nigdy dotąd nie znalazł się w tak kłopotliwej sytuacji. Winda odpłynęła w górę i musieli poczekać, aż wróci.

— I think that — bąknął powściągliwie.

To było istne wariactwo. Przypuszczał, że do Teresy chyba jeszcze nie dotarło, co między nimi zaszło, bo Manuela nie zdążyła się jej zwierzyć.

Poirytowana parsknęła jak klacz i wydawało się, że cynicznie się roześmieje.

— Niczego się nie domyślasz — kłapnęła z głębokim przekonaniem. Zabrała się do objaśniania. — Wyobraź sobie, że dla ciebie rzuciła chłopaka, którego miała w Budapeszcie. Fantastycznego, z dużą klasą. Wysłała do niego list, w którym napisała, że z nim zrywa... — mówiła powoli po angielsku, ale wtrącała wiele polskich słów. — I to dla kogo? Dla jakiegoś idioty z Polski... — nie mogła się powstrzymać i wyjęła chusteczkę. Wydawało się, że za chwilę i ona się rozpłacze.

— Och, nie denerwuj się! — próbował jakoś sobie z nią poradzić. — Co, mam sobie poszukać sznura lub wyskoczyć przez okno? — parsknął zniecierpliwiony. — Przecież to nie koniec świata. Na pewno jeszcze się spotkamy — niemrawo dodał, jednak mając niejakie wrażenie, że rzuca słowa na wiatr.

Zapadło kłopotliwe milczenie. Miała na sobie beżowe sztruksy, takie same jak Manuela i przyszło mu do głowy, że zamieniają się ciuchami.

— Pisała o tobie do rodziców — Teresa wytrwale drążyła ten temat. Wytarła nos i schowała chusteczkę. Czuła się odpowiedzialna za mniej doświadczoną koleżankę.

— I know — wyjaśnił. — She let me see this letter.

— I co?! — zapytała, a jej brwi powędrowały wysoko.

Nerwowo przestąpił z nogi na nogę.

— Wezmę jej adres. To wszystko dzieje się tak szybko.

— A dałeś jej własny? — usiłowała przejąć inicjatywę.

— Jeszcze nie.

— Ty ofermo, trzeba ci o wszystkim przypominać? — ciepło go skarciła. Chwileczkę się wahała, a potem z przekonaniem orzekła: — Dobrze ją znam, przyjedzie do ciebie. Do Warszawy. I nigdy już nie będzie szukać innego faceta. To uczucie na całe życie. Ona taka jest. Zapamiętaj to sobie... raz na jutro! — skwitowała po polsku, kończąc wreszcie rozmowę.

— Mówi się: raz na zawsze — mimowolnie ją poprawił.

Skruszony i do głębi przejęty skrył się w kabinie, z ulgą przecierając wierzchem dłoni zroszone czoło. „Raz na zawsze!” — miauknął w myślach. Biedak nie znał się na kobietach i nie sądził, aby mógł kiedykolwiek zgłębić ich złożoną psychikę. Czy mimo pozornej siły były aż tak wątłe i kruche? Czy jedna upojna noc z facetem wyciskała tak trwałe ślady? Wysiadł, usuwając się z taktem z drogi staruszce z Pragi i z lekka się jej kłaniając. Ta trzymała z zaabsorbowaniem w ręce foliowy woreczek z resztkami jedzenia i domyślił się, że wybiera się w odwiedziny do buszującego w parku rozleniwionego burego kota.

Madziarki odlatywały wczesnym rankiem z lotniska Bena Guriona i zamówiły taxi na czwartą rano — jednakże Manuela zastrzegła sobie, żeby tak wcześnie nie wstawał i z nimi się nie żegnał. Nie chciała go bladym świtem zrywać z łóżka, a poza tym serwować mu kolejnej fontanny łez.

— Życie jest jak ta wredna taksówka — mruknął z przekąsem, gdy dotarł do swego numeru. — Wsiądziesz, cieszysz się jak głupi, jedziesz. A potem i tak wysiądziesz. Wcześniej czy później musisz wysiąść!

W zadumie poleżał z kwadrans na łóżku, wpatrując się niewidzącym wzrokiem w sufit. Usiłował się jakoś pozbierać. Miał wrażenie, że skończył się w kinie ekscytujący film, wszyscy już się podnieśli, a on jak głupi siedzi i ogląda przesuwające się napisy. Później wstał, wykaligrafował swój warszawski adres na kartce z zeszytu w kratkę i z miną skazańca powlókł się z powrotem do windy.


następny poprzedni