Jego

ukochana walczyła z falami, ciągnąc za sobą ponton, a później dała sobie z tym spokój i z wdziękiem usadowiła się obok niego. Miała na sobie jednoczęściowy jasnoróżowy strój kąpielowy, który podkreślał jej zgrabną sylwetkę. Rozczesywała mokre włosy, co rusz filuternie zerkając na Pawła. Uśmiechnął się w myślach, przypominając sobie chwilę, w której rozpięła przed nim obcisłą bluzkę, odsłaniając swe kuszące skarby. Oczyma wyobraźni wrócił do tamtej czarownej sceny w półmroku jej pokoju. Nie sądził, że dziewczęce piersi mogą być tak zachwycające, a inne kobiece krągłości — tak porywające. Właściwie nie był w stanie dociec tego, kto kogo tamtego wieczora wtajemniczał w sekrety miłości. Zrazu jego luba przejawiała niejaką inicjatywę, w lot jednak on po męsku przejął pałeczkę, poddając się fali głodu i pożądania. Nie stawiała mu oporu, a jej uległość poruszała go do głębi. Kiedy pieścił jej atramentową w mroku wyspę szczęścia, szeptała w ekstazie węgierskie słowa, których nie rozumiał. Ukryte wejście do smukłej katedry usilnie zapraszało. Ich ciała splotły się ze sobą w radosnym uniesieniu i zatracił się w falującym tańcu, sięgającym bram raju. Przyciągała do siebie oburącz jego rozkołysaną czuprynę. Potem miał w nozdrzach woń ciepłego deszczu, z którym zatonął z mocą siewu w jej słodkiej wilgoci, znajdując ukojenie. Towarzyszył mu niepowtarzalny smak lata w tropikach.

Wstał i zdecydował, że trochę popływa. Dotarł do falochronu, co było w jego przypadku nie lada wyczynem i zawrócił. Manuela niczym troskliwa żona wytarła mu mokre plecy włochatym ręcznikiem. Później kazała mu się wyciągnąć i delikatnie nałożyła mu na ramiona pachnący olejek do opalania. Jak cudownie było mieć kogoś takiego przy sobie! Pojawiła się po niejakim czasie chadzająca własnymi ścieżkami Teresa i przez kilka minut we trójkę ze śmiechem odbijali plastikową piłkę. Nie ciągnęło go do hotelu, gdyż wiedział, że zrozpaczona Anka tak szybko nie wróci z miasta. Wybrała się do komisariatu, a śniadania prawie nie jadła. Rozczulała się od wczesnego ranka nad niepewnym losem Gastona i omal przy tym nie chlipała. Nie wierzyła w jego winę, zapowiedziała, iż musi się upewnić, że w areszcie niczego mu nie brakuje, a ponieważ wzięła wizytówkę od mówiącego po polsku policjanta, prosto z restauracji pobiegła do niego zatelefonować. Miał więc ją odfajkowaną do południa.



Stał

w milczeniu przyglądając się kolumnie, widomemu znakowi minionych dziejów, a monotonny głos przewodnika zdawał się dobiegać do niego jakby zza grobu, z otchłani. Angielszczyzna Araba, nawet jeśli niewyraźna, była absolutnie nienaganna. Ali swobodnie rozmawiał i dowcipkował, a chłopak, słuchając go, żałował, że w liceum nie przykładał się tak bardzo do nauki języków obcych. Budynek został odbudowany w XIV wieku przez artystów z Cypru, a sala na piętrze, którą właśnie oglądali, okazale się prezentowała. Kolumny dzieliły ją na dwie symetryczne nawy o trzech arkadach, rozciągających się ze wschodu na zachód. Upamiętniała ustanowienie Eucharystii i była czytelnym znakiem nowego Przymierza, które Bóg w swej dobroci zawarł z ludźmi przez Jezusa Chrystusa, swego Syna. To właśnie stąd Mistrz z Nazaretu udał się na Górę Oliwną, gdzie Go pojmano.

Chłopak wrócił myślami do pierwszej komunii. Był ciepły słoneczny maj, zieleniły się trawy, a ciemnogranatowy garniturek nieco go uwierał. Z powagą podtrzymywał świecę, starając się nie pochlapać gorącą stearyną, zaś po zakończonej ceremonii pozował z księdzem katechetą i innymi dziećmi z klasy do pamiątkowej fotografii. W domu czekał go wiadomy ciąg dalszy, jednak uroczystość rodzinna wcale go nie zajmowała. Niedzielny obiad w familijnym gronie zdecydowanie bowiem przegrywał z lśniącym nowością rowerkiem, otrzymanym w prezencie. Szybko przełknął, co musiał, omal się przy tym nie dławiąc, zaś przy torcie tak długo suszył głowę matce, aż ta się zgodziła, żeby się przebrał i poszedł sobie pojeździć. W rogu południowo-wschodnim, po lewej stronie, było widać schody, które łączyły oba piętra. W głębi, od wschodu, inne schody, o ośmiu stopniach, prowadziły do kaplicy, upamiętniającej zesłanie Ducha Świętego. Niewidzialny, duchowy świat chłopaka zaciekawiał i intrygował. Czy był bardziej zachwycający niż fizyczny? Czy można było nazwać wicher? Zastanawiał się, co może dostrzec ponadziemska istota, jeśli nie posiada prawdziwych cielesnych oczu. Jak widzi i czuje anioł, już to dobry, już to zły? Czy w niebie jest coś materialnego? Chodziły mu po głowie różne dające do myślenia hipotezy, niektóre wręcz kuriozalne, ale po dłuższym zastanowieniu uznawał, że zajęłyby one pewnie bardziej poszukującego nowych tematów pisarza fantastyki niż rzetelnego teologa. Nie umiał wyjaśnić, dlaczego tak dojmująco i nieomal namacalnie przeżywa sceny biblijne, a przeświadczenie, że staje się czubkiem zdecydowanie przecież odrzucał. Pozostawało jedyne wyjaśnienie, ale tak szokujące, że aż nieprawdopodobne. W jego młode życie wkradało się coś, dla czego Kościół rezerwował od wieków pojęcie cudu. Oglądał z odrobiną przerażenia swe dłonie, jakby podejrzewał, że wkrótce pojawią się na nich krwawe stygmaty. Bóg wydawał się czegoś od niego chcieć, skoro poruszał go niespotykanymi doznaniami, którymi nie mógł się przed nikim pochwalić, nie budząc przy tym podejrzenia o oszustwo. Ale czego mógł chcieć — intensywnie myślał — od mało pobożnego i raczej niefrasobliwego studenta z Polski, który przyleciał do Izraela na krótkie wakacje?

Zeszli powoli na dół, zatrzymując się w sali, upamiętniającej umycie nóg. Chrystus przepasany prześcieradłem pochylał się tu kiedyś, dając świadectwo temu, że nie przyszedł na świat po to, aby królować w majestacie i sprawować triumfalnie widzialną władzę, ale po to, żeby z pokorą służyć. Otarł się niechcąco o Gertrudę. Mimowolnie skonstatował, że tego dnia trzyma się z dala od swego gladiatora, wygląda skromniej i nie ściąga na siebie uwagi otoczenia. Snuła się jak cień za Pawłem, dyskretnie przysłuchując się jego przypadkowym rozmowom. Pomyślał, że może wstrząsnęło nią to, co przydarzyło się Gastonowi, potem jednakże wywnioskował, że przyczyniła się do tego nieobecność przemądrzałej Anki. Opuścili budynek, w którym znajdował się wieczernik. Polka zbyt była zajęta organizowaniem pomocy dla studenta z Paryża, by przejmować się zabytkami Ziemi świętej. Nagle się okazało, że może być dla niej coś znacznie ważniejszego.

Hałaśliwy ruch na wąskich uliczkach i przy kolorowych straganach zdawał się przeczyć jego domysłom, intuicjom i odczuciom, związanym ze sferą sacrum. Tu nadprzyrodzoność zdawała się nie mieć dostępu. Gdy wyszli na zewnątrz, Paweł niespokojnie obejrzał się za siebie. Czuł, że pozostawił w wieczerniku jakąś cząstkę samego siebie, a intuicja mu cichutko podpowiadała, że będzie tam musiał wkrótce wrócić.


następny poprzedni