Teren

wokół samochodu na parkingu w mig ogrodzono przenośnymi słupkami, łącząc je następnie banderolami. W strefie zakazanej błyskał policyjny flesz, a sztywni mundurowi policjanci warowali na straży przy trefnym volvo. Operacja policyjna trwała niewiele minut, a w jej rezultacie z niechlujnie pociętych foteli pięknego kabrioletu wydobyto kilkanaście jasnożółtych paczuszek, które spoczęły na masce silnika, a potem na rozłożonej na asfalcie plandece. Nieco białego jak cukier pyłu osiadło na błyszczącej karoserii. Twarz Gastona, który miał na sobie tego ranka ciemnogranatowy garnitur, była szara jak popiół. Nie było go całą noc, a niczego się nie spodziewając wpadł w misternie zastawioną pułapkę przed hotelem dopiero tuż przed śniadaniem. Zatrzymano go z prawdziwą sztampą, więc zapewne ekipa śledcza nie miała żadnych wątpliwości co do jego winy. Wyciągnięte na światło dzienne na oczach licznych świadków dowody mówiły zresztą same za siebie. Biedaka nie zabrano jednak dotąd do aresztu — i nieruchomy jak posąg sterczał z dłońmi skutymi kajdankami przy jednym z policyjnych samochodów z migającymi kogucikami na dachu. Pochmurnym wzrokiem błądził leniwie gdzieś w oddali, nie zwracając uwagi ani na gapiów, którzy tłumnie wysypali się z hotelu, ani na wydobywane z siedzeń narkotyki. Jego los wydawał się przesądzony. Zadyszany reporter z mikrofonem w ręku nerwowo indagował recepcjonistę, a potem kierownika hotelu, starając się dowiedzieć czegoś więcej o niefortunnym gościu. Kroiła się nie lada sensacja — jedna z tych, które trafiają na czołówki gazet — i w takich okolicznościach każdy, nawet najdrobniejszy szczegół mógł się okazać dla dziennikarza na wagę złota. Przed oszklonym wejściem stały nawet pokojówki w białych wykrochmalonych fartuszkach, które zwykle się tam nie pojawiały. Z gwałtownie hamującej furgonetki ze znakami stacji telewizyjnej wyskoczył w pośpiechu trzymający kamerę telewizyjną mężczyzna w zielonych sztruksach i kraciastej koszuli. Towarzyszyła mu młoda brunetka w pomarańczowej sukience. Zrezygnowano z dalszych spektakularnych popisów. Zatrzymany przestępca, a raczej może tylko podejrzany, znalazł się w policyjnym wozie, który natychmiast ruszył na sygnale. Pośpiesznie zawijano plandekę z cenną zdobyczą.

Gertruda, która wystawała tuż obok Anki, powiedziała coś szybko po niemiecku, a potem świadoma tego, że tamta jej nie rozumie, powtórzyła to samo powoli po angielsku:

— Do not hang 'round with strange people!

Ot, przestroga, jedna z tych, których nie żałują zazwyczaj doświadczeni wychowawcy swym podopiecznym. Nie należało pochopnie zawierać przypadkowych znajomości.

Anka nie podjęła wyzwania i udała, że jej nie słyszy. Natomiast zwróciła się do Pawła:

— Jeśli będziemy zmuszeni składać formalne zeznania, to chyba nas stąd tak prędko nie wypuszczą, nie sądzisz? — zaniepokoiła się. — A co będzie, jeżeli zatrzymają nas dłużej w Izraelu? Tu nie ma polskiej ambasady. No i co z pieniędzmi? — głośno myślała. — Oczywiście, nici z hotelu. Musielibyśmy poszukać niedrogiego schroniska młodzieżowego. Podobno są takie przy Ben Yehuda Street.

Chłopak stał zadumany z rękami w kieszeniach i chyba jej nie słyszał.

— Ależ facet ma przerąbane — wycedził z rozwagą. — Czekoladowa dekadencja. Coś mówiłaś? — spojrzał na dziewczynę. — A, racja — obudził się wreszcie. — Faktycznie, szmalu nie mamy za dużo. Jeżeli spróbują nas tu zatrzymać, może być z nami kiepsko. Przydałoby się jeszcze z trzysta dolców — podsumował. — Tak na wszelki wypadek — dodał, widząc zdumioną minę Anki. A potem rzucił gdzieś za siebie, tam gdzie powinna była jeszcze stać Gertruda: — Taka ładna, a taka wredna. Coś jest z nią nie tak!


Zagrzebany

w żółtym piasku, leniwie się rozkoszował leciutkimi podmuchami wiatru z zachodu, radosnymi krzykami baraszkujących w wodzie bobasów i bliskością Manueli. Powierzchnia morza była misternie tkana z żywych jak rtęć fal. Niemalże wszyscy z jego autokarowej grupy spędzali tutaj wolny czas i widocznie z tego powodu nie można ich było ujrzeć nad pływalnią przy hotelu. Błogo się wyciągnął, założył na nos okulary przeciwsłoneczne, przymknął powieki i wystawił ciało do słońca, pozwalając swobodnie biec myślom. Te krążyły wokół krzyża, który dźwigał od kilkunastu dni.

— Ecce Homo! — szepnął.

To, czego doznał w Ogrodzie Oliwnym było dotkliwe i bolesne, więc pewnie dlatego tak mocno nim wstrząsnęło. Nieomal realnie przeżywał z Jezusem nadchodzącą śmierć, prawie naocznie widząc jej szczegóły. Jakaś przepotężna siła wepchnęła chłopaka na krótko w tryby cierpienia i uczyniła agonię wcielonego Boga jego własnym konaniem. Czuł ból miażdżonych nadgarstków i stóp, a z płuc wydobywał się mu świszczący oddech. Namacalnie i fizycznie dźwigał zło całego świata. Potem długo wystawał pod prysznicem w strugach zimnej wody. Usiłował uwolnić się od paranormalnych doznań, nerwowo uciekając najpierw w sen, potem w cichy dojmujący szloch w czterech ścianach pokoju, aby wreszcie znaleźć pocieszenie w słodkich ramionach czułej i wrażliwej dziewczyny z Pesztu. Manuela przyłożyła do jego bolesnej rany — ba, prawie wyrwy w duszy — kojący balsam. Otrzymał dużo więcej niż się spodziewał. Uczyniła go mężczyzną, on ją — kobietą. To było takie rozkoszne i takie piękne.

— Heh! — westchnął, ściskając w piąstce drobny kamyk niby jakiś talizman.


następny poprzedni