Białe

skłębione obłoki wolno sunęły po błękitnym niebie. Na horyzoncie rysowały się szczyty górskie. Johanan przysiadł obok przygasającego drzewa figowego na znaczącej w tym miejscu skale i niewidzącym wzrokiem zapatrzył się w dal. Był tego ranka trochę nieswój, jakiś przygnębiony i przybity. Złote słońce świeciło nie tylko nad wiernymi, wyznającymi Boga Izraela, ale i nad poganami — nie odmawiając swego blasku i butnym Rzymianom, bezprawnie okupującym świętą ziemię, nadaną przez Pana wszechrzeczy ludowi przybyłemu pod wodzą Mojżesza z Egiptu. Mało spał ostatniej nocy, podobnie jak Rabbi i inni uczniowie, gdyż do drzwi zastukał owinięty w simlah niespodziewany przybysz, pragnący rozprawiać z Jeszuą. Niemrawo tliła się lampka oliwna, ale i tak postawiono ją z daleka od nocnego gościa, który za wszelką cenę starał się ukryć swą twarz, jakby był dotknięty trądem. Podobnie jak kiedyś Nikodem, tak teraz i on — zapewne z warstwy faryzeuszów — chciał poznać tajniki królestwa Bożego, które głosił Nauczyciel z Galilei. Jeszua opowiadał mu o mocy Ducha, który miał zstąpić z nieba i uczynić wybranych prawdziwymi sługami Boga Izraela. Opowiadał również o wierze, zdolnej przenosić wysokie góry. Johanan nie miał takiej wiary, a przy pomocy tej, która mu była dana nie mógłby przenieść nawet maleńkiej mrówki. Ogarniały go więc niekiedy wątpliwości, czy podoła misji, którą Nauczyciel kreślił przed oczyma garstki uczniów. Miał wszakże nadzieję, że wcześniej czy później nadejdzie ów wielki dzień łaski, w którym jego wiara wydatnie wzmocni się i będzie naprawdę trwała.

Nieznajomy chyłkiem odszedł przed świtem, nie zdradzając swego imienia. Gdzieś w pobliżu, w ukryciu, czekali zapewne jego uzbrojeni w miecze słudzy. Szaty świadczyły, że należał do najbardziej wpływowych ze świątynnej kasty. Jednakże tylko niektórzy, i to tylko ci najuczciwsi, przybywali cichaczem do Mistrza, przeczuwając, iż jest wielkim prorokiem. Nie odważyliby się oficjalnie Go uznać ani poprzeć, gdyż wiązałoby się to z utratą przywilejów i wpływów. Lękali się ryzyka. Ci, którzy pod rządami Rzymian władali Izraelem, troszczyli się o to, aby żaden prorok się nie pojawił i nie prowokował amhaareców do wystąpień, bowiem nie chcieli przelewu krwi, a co się z tym łączyło — upadku ich autorytetu w oczach butnego najeźdźcy. Najmłodszy z uczniów więc się nie dziwił, że nocny gość był tak przezorny — czasy były niepewne i ostrożność stanowiła prawdziwą cnotę. Na krętych ścieżkach, którymi kroczyli apostołowie Jeszuy, nie brakowało opłacanych przez arcykapłanów szpiegów, chorobliwie ciekawych tego, co czyni Nauczyciel z Galilei, dokąd podąża, z kim się spotyka i czego naucza gromadzące się tłumy, jak również tego, kogo uwalnia od złych duchów.

Nie tylko nad tym dumał Johanan, wysiadujący o poranku na przypadkowej skale. Z oczu mu nie schodziło oblicze młokosa, który wołał za uczniami, gdy po długim uciążliwym marszu schodzili do wioski na nocleg. Niewyraźnie mignęła mu jego jasna twarz, konopna czupryna jak u służących w kohortach najeźdźcy najemników z północy, oraz przedziwne odzienie, którego tu nikt nie nosił. Westchnął z bólem, pojmując, że wciąż ociera się o jakieś cuda. Nie pojmował, dlaczego obcy wyrostek za nim zawołał, miast oddać pokłon i pozdrowić go jak nakazywał pradawny obyczaj. Pamiętał o tym, że poganie z północy i innych odległych krain, oraz z samych krańców ziemi, również zachwycą się Ewangelią i światłem, którym rozbłyśnie święte miasto, stolica Judy, nie mógł jednak uwierzyć w to, że tamten chłopak pochodził aż z tak daleka. Nie kojarzył się ze szpiegami arcykapłana i stwarzał wrażenie, jakby przyplątał się z całkiem innego świata i jakby na krótką chwilę porzucił swe niedosięgłe czasy. "A jeżeli tak było w istocie?" — wahał się Johanan. "A jeśli już, to w jakim celu tu przybył? Czyżby po to, by ujrzeć na własne oczy umiłowanego ucznia Jeszuy?" Krążyły mu po głowie te i inne myśli, ważył je w sobie i oceniał, nie umiejąc z nich jednakże wydobyć odpowiedzi, która by go zadowalała.


Róże

były krwistoczerwone. Niewiele się różniły od tych, do których Anka zdążyła przywyknąć. Podobne można było dostać na byle straganie w Warszawie. Wstawiła je ostrożnie do flakonu, bacząc na kłujące kolce. Nie chciała mieć pokaleczonych palców. Kwiaty trafiły na przysuniętą do ściany ławę.

— Raz, dwa, trzy — policzyła je. — Kocha, lubi, szanuje...

O dziwo, wydębiła je od znudzonego nią Pawła. Był to niewątpliwie miły gest ze strony jej chłopca — gest, którego nie mogła nie docenić. Ten nie należał bowiem do tego pokroju młodych mężczyzn, którzy uganialiby się za wybranką losu z bukiecikiem niezapominajek czy konwalii w rękach. Studiował fizykę na uniwersytecie, a ta raczej męska dyscyplina wiedzy nie niosła z sobą — w jej osobistym odczuciu — nawet odrobiny romantyzmu. Nie było w niej niczego lirycznego i odpowiadającego wrażliwej naturze kobiecej. Bo gdyby był polonistą i czytywał wiersze...

— Czy jesteście faktycznie darem, czy też jedynie jego atrapą, substytutem, namiastką lub surogatem? — z cicha zapytała róż, żonglując terminami żywcem ze słownika wyrazów obcych. Przydawały się takie, jeśli chciało się zabłysnąć w rozmowie. — Czy okaz, zdobyty sprytem, zasługuje na to, żeby go z fantazją nazywać prezentem? — z bólem westchnęła, sięgając po szczotkę do włosów i zezując w lustro. I rozstrzygnęła: — Tak myślałam, nie usłyszę od was odpowiedzi.

Jak należało się spodziewać, róże skromnie milczały. Daleko im było do tej jednej jedynej, z którą gawędził Mały Książę, dziecię wyobraźni francuskiego lotnika i pisarza, Antoine’a de Saint-Exupéry’ego. Wyłączyła wentylator, przygotowując się do wypoczynku na tarasie. Nie pragnęła otrzymywać róż, co dla niej było oczywiste — gdyż sama chciała być różą. Właśnie tą jedną jedyną, wyjątkową i umiłowaną. Niestety, do tego palanta z czuprynką na jeża jakoś to nie docierało.

— Kawał drania z ciebie — mruknęła z przekąsem. — Ale jeszcze zrobię z ciebie człowieka. Nie ma obawy — obiecała sobie solennie. — Będziesz tańczyć, jak ci zagram, łajdaku!

Niestety, nic nie wskazywało na to, żeby Paweł miał stracić dla niej głowę, paść jej do stóp i wyznać gorącą miłość. Anka była wprawdzie jego dobrym kompanem, niby-przyjacielem i towarzyszem wspólnych wypraw w nieznane, jednakże tylko do tego ograniczał się ich związek. Chłopiec nie chciał, nie mógł lub nie umiał przekroczyć owej magicznej linii, za którą sympatyczna kumpelka przeistaczała się w obiekt słodkiego pożądania i stawała się powodem romantycznych westchnień. Postanowiła więc podroczyć się nieco z losem i mu w tym psotnie dopomóc, czemu miała się przysłużyć sprawdzona kobieca strategia. Wierzyła w pogańskiego bożka miłości i liczyła na jego ciche wsparcie.

Na tarasie kryły się w cieniu dwa leżaki. Wyciągnęła się wygodnie na jednym z nich i z przymkniętymi oczami oddała się marzeniom. Obłoki na niebie były drobne, poszarpane i dziergane. Słyszała przytłumione pokrzykiwania, dochodzące z dołu od strony pływalni. Gdyby się wychyliła, dojrzałaby korony palm. Myślała o Pawle. Wyobrażała go sobie w roli, którą bezwiednie usiłowała mu narzucić — troskliwego anioła stróża, wrażliwego na jej każde życzenie, całującego delikatnie jej usta, twarz i włosy, wreszcie męskiego obrońcy, gotowego osłonić ją przed razami.

Rozmarzona nie zauważyła, że jej nowy znajomy z dyskoteki pojawił się już na tarasie. Usłyszała szelest. Spod przymkniętych powiek dostrzegła jego półbuty na miękkiej podeszwie. Podobne wystawiano — jak pamiętała — w witrynach sklepów obuwniczych we Francji, ale były za drogie, żeby uczeń lub student z Polski mógł sobie na nie pozwolić. Dobrze wyprawiona brązowa skóra niosła z sobą nieodparty urok Zachodu.

Uchyliła oczu i uśmiechnęła się zalotnie.

— Bonjour! — odpowiedziała na powitanie.

Dwudziestosześcioletni Nigeryjczyk był kulturalny, uprzejmy i znał kilka języków obcych. Poprzedniego wieczora zaprosił ją do tańca, dowcipnie zagadując do niej po angielsku. Na parkiecie dość szybko przeszli na francuski, którym dziewczyna lepiej władała. Rychło się okazało, że przystojny czarny chłopak sporo wie o jej kraju. Bywał w Polsce, w Krakowie, Wrocławiu i Warszawie. Główkował, czy by tam nie studiować. Pamiętał, jak wygląda socrealistyczny Pałac Kultury i Nauki. „Vous savez, monsieur? Le Palais de la Culture et de la Science!”

Niestety, czuł się teraz odrobinę skrępowany. Przeholował z szykiem. To, co miał na sobie, nie pasowało do tego skromnego tarasu.

— Vous êtes, comme d’habitude, très élégante! — zaczął od wyświechtanego komplementu.

Mademoiselle miała na sobie skąpy dwuczęściowy strój do opalania, a na ramiona narzuciła biały kąpielowy płaszcz frotté. Jej czarny kolega natomiast wystąpił wizytowo, jakby wybrał się na raut do ambasady. Był w dobrze skrojonym garniturze z lekkiego materiału, w zapiętej pod szyją białej koszuli i krawacie. Zabrakło mu intuicji. Nie mógł się już wycofać, żeby się przebrać w coś bardziej odpowiedniego.

Wskazała mu dłonią w geście zaproszenia drugi leżak, który wcześniej ustawiła tuż obok swego. Niezgrabnie przysiadł, podciągając dobrze odprasowane nogawki spodni. Starał się nie polecieć do tyłu. Był nienaganny pod każdym względem, jak przystało na cywilizowanego człowieka, którego poziom kultury nie odbiega od powszechnie przyjętych standardów.

— Je viens d’apercevoir monsieur Jaracz — asekuracyjnie zaczął. — Il habite à coté, n’est-ce pas?!

Przytaknęła, lecz nie była specjalnie zadowolona z tego, że zaraz na wstępie dotknął wstydliwego tematu jej chłopaka. Paweł nie miał obok pokoju, ale nie zamierzała tego prostować.

— Si. C’est mon ami — rzekła. — Pas plus! — dorzuciła, chcąc podkreślić, że Murzyn nie powinien się nim przejmować.


następny poprzedni