Skrzywił

się, bo czuł się nadal zmęczony i senny, a potem podjął wysiłek wyjaśnienia jej tego w kilku zdaniach.

— Narkotyki? Jakie narkotyki? — nie rozumiała. — She was arrested for carrying drugs?

— No! — zaprzeczył. Nie miał innego wyjścia. Zaczął jej nieskładnie opowiadać, artykułując wylewnie jak Włoch rękami, wskutek czego nim się obejrzał, znalazł się na siódmym piętrze. Zwrócony do Manueli zapomniał zresztą o tym, żeby wcisnąć przycisk z cyfrą „cztery”.

— Go! — ciepło go zaprosiła, widząc, że się waha. Złapała go za rękę i pociągnęła za sobą w głąb oświetlonego korytarza, holując chłopaka jak wprawny pilot ciężką barkę. Nim się obejrzał, wpłynął do portu. Szybko otworzyła drzwi swojego numeru. W niebiańskim pokoju było trochę inaczej niż poprzednim razem. Panował wzorowy porządek, łóżko było zaścielone, ścienna szafa zasunięta, a ławę zdobił ogromny flakon pełen świeżych orientalnych kwiatów o mocnym słodkim zapachu. Z okrągłej tacy radośnie śmiały się do niego butelki coca-coli i wydawało się, że jak na filmach animowanych z nieskrywanym entuzjazmem i piskiem wyskoczą ku niemu, wpadając w jego objęcia.

Tej ostatniej pokusie od razu uległ — tym bardziej, że męczyło go pragnienie. Był jak wędrowiec na pustyni, który oślepiony palącymi promieniami słońca marzy tylko o tym, żeby dotrzeć do ocienionej palmami oazy. Przecież z myślą o szklance jakiegoś soku ciężko zwlókł się z łóżka i zjechał windą na dół. Woda w łazience nadawała się do picia, ale mu nie smakowała. Rozwalił się bez pytania w fotelu, ze zdumieniem odkrywając, że mimowolnie dotarł do celu. W pokoju nastolatki z Budapesztu na siódmym piętrze nadmorskiego hotelu w Tel Awiwie znalazł znakomite warunki po temu, by pozbierać się po tym, czego doznał na Górze Oliwnej i otrząsnąć się z widzeń. Pozbierać? Pewnie dociekliwy psychoanalityk nazwałby to syndromem ucieczki. Widziała jego łakome spojrzenie i szybko przyniosła mu szklanicę. Sycząca coca-cola była chłodna, jakby dopiero co wyjęta z lodówki. Pił małymi łykami, delektując się jej smakiem i omal nie mrucząc jak kot. Ten napój niby boski nektar pobudzał go zawsze do życia i przywracał władzę jego nieco przytępionym zmysłom.

— Where is Teresa? — zapytał z miną baszy, gdy zaspokoił pierwsze pragnienie i ciekawie rozejrzał się po jej świątyni. Kilka drukowanych albumów stało na półce nad łóżkiem, a obok nich królowała niewielka figurka Buddy.

— Teresa? Nie wiem — taksowała go dobrą chwilę z uwagą, a potem lekceważąco wzruszyła ramionami. — Pewnie poznała jakiegoś faceta i poleciała z nim na randkę.

— Byle nie z Murzynem — zażartował.

Nie docierało do niego, że dla tej słodkiej amazonki wyrwane mu wspólne chwile mogą być czymś najważniejszym w życiu — czymś, do czego potem w momentach załamania będzie wracać myślami i czego już przenigdy nie wykreśli z pamięci. Dolewał sobie kilka razy, opróżniając do dna najpierw pierwszą, następnie drugą butelkę, a potem z ulgą się podniósł, bez cienia wdzięczności gotując się do wyjścia. Poczuł, że jest bardzo głodny, w żołądku mu grało, na zegarku Manueli dochodziła właśnie siódma, a o tej porze podawano turystom kolację w restauracji.

— O, nie, nigdzie nie pójdziesz! — stanowczo zaprotestowała.

W tym maleńkim królestwie miała absolutną władzę i żaden z jej gości nie miał prawa odmawiać jej posłuszeństwa. Dorzuciła śpiesznie kilka zdań po węgiersku, wymownie wskazując na kwiaty we flakonie, a tym samym stawiając kropkę nad i. Zrobił wielkie oczy, niczego nie rozumiejąc, ale potulnie się cofnął i zatonął z powrotem w fotelu. Wypadła jak sarna na korytarz, aby zaraz wrócić ze świecami w lichtarzu. Z lekką zadyszką w głosie zapytała go, czy ma zapałki. Oczywiście, nie miał, bo nie kurzył, ale tym się wcale nie przejęła. Znowu wyfrunęła, by wrócić z kolei z dużym tortem. Położyła go bardzo ostrożnie na ławie. Wystawało z niego figlarnie osiemnaście maleńkich kolorowych świeczek urodzinowych, a na środku dumnie się znaczyło wypisane słodkim lukrem jej imię — więc nawet gdyby Paweł był ostatnim durniem, musiałby się w końcu domyśleć, na jaką to trafił okazję.

— O, pardon. Anniversaire! — podniósł się wreszcie, zażenowany. Było mu ciut, ciut niezręcznie. — Powinienem złożyć ci życzenia. Nie wiedziałem, przyniósłbym ci jakiś prezent — zakłopotany rozwodził się po polsku. — Trzeba było od razu powiedzieć, że fetujesz osiemnastkę...

Stanęła przed nim, z wdziękiem wyczekując, promienna i świeża. Jej ciało było gibkie, zwinne i gładkie. Ujął jej dłoń i wydukał po angielsku kilka zdawkowych uprzejmości, które akurat przyszły mu do głowy. Zabrzmiały — jak mu się wydawało — zbyt oficjalnie i banalnie. Ale cóż, nie zdążył się przygotować. Pocałował ją w rękę, a potem delikatnie cmoknął ją w usta.

— Thank you very much — powiedziała, a jej policzki radośnie się zaróżowiły.

Chciała jeszcze dodać po polsku, że już dawno nikt jej nie złożył tak przepięknych życzeń, ale coś jej się pomyliło. Wydukała „nikt”, „tak bardzo” i „ładnie”, roześmiała się, klasnęła w dłonie — i wybiegła po sztućce i talerze, oraz po kanapki. Wkrótce znalazły się na ławie butelka szampana i dwa kieliszki.

— Boże, tyle przygotowań? — nie wierzył własnym oczom. — Tylko gdzie są zaproszeni goście?

Zatkała mu usta ciepłą dłonią. Nie należało jej indagować w tak drażliwej sprawie.

— Is one welcome guest — zdradziła swój sekret. — Ten najważniejszy.

Ściągnął miękką folię, a potem z wprawą odwinął druciki. Korek strzelił, trafiając w sufit, odbił się i wpadł pod łóżko. Dziewczyna zawołała coś po węgiersku, czego znowu nie zrozumiał. Napełnił kieliszki, trącili się, zadźwięczało szkło i wypili.


następny poprzedni