Chyba

zmełł w ustach jakieś przekleństwo. Z ociąganiem otworzył małą książeczkę i pokazał jej swoją fotografię. Był na niej dużo młodszy. No i pod krawatem.

— Nie mam czasu na przekomarzanie się i żarty! — burknął. Nerwowo zgniótł papierosa w popielniczce, którą mu barman wcześniej usłużnie podsunął. — Jestem tu służbowo, panieneczko. Mam żonę i czworo dzieci. I nie bawię się w podrywanie turystek z Europy — usiłował ostudzić jej zapędy. — Jeżeli twierdzę, że w grę wchodzą narkotyki, to znaczy, że wchodzą.

Paweł trafił na ten moment. Aspiryna, którą mu podała Anka, nie podziałała jak środek nasenny. Pojawił się niczym duch, stanął za jej plecami, a właściwie za plecami policjanta, omal nie opierając się o jego bary.

Obejrzała jego twarz, instynktownie szukając wsparcia. Był dziwnie blady, oszołomiony i senny.

— Pawle! Ten mówiący po polsku pan — wskazała dłonią — jest z izraelskiej policji. Z policji, rozumiesz? I niestety posądza nas o to — dorzuciła z drżeniem w głosie — że mamy coś wspólnego z jakimiś nar-ko-ty-ka-mi!

Ostatnie mocno zaakcentowane słowa chyba nie dotarły do chłopca. Zamrugał zaspanymi oczyma i potarł ręką czoło, niby w ogromnym myślowym wysiłku.

— Z policji?! — niepomiernie się zdziwił, niezdarnie sylabizując. — Nie przekroczyliśmy dozwolonej szybkości — usiłował swoje myśli wyrwać z jałowego biegu. — Zresztą przecież nie mamy żadnego samochodu, nawet małego fiata — snuł z samozaparciem. — Jeździmy au-to-ka-rem! — podkreślił. Potem pomyliły mu się nagle epoki. — Nie łuskamy kłosów w szabat, nie uzdrawiamy, ani nie dokonujemy żadnych innych cudów — wyliczał z najwyższą powagą w swojej obronie. Ni w pięć, ni w dziewięć przywołał przy kontuarze zarzuty, które uważający się za cnotliwych faryzeusze dwa tysiące lat wcześniej stawiali Jezusowi i Jego uczniom.

Anka omal nie parsknęła śmiechem, widząc minę swego sąsiada. Ten sięgnął po nowego papierosa, lecz zapalniczka nagle odmówiła mu posłuszeństwa. Barman skwapliwie podsunął mu swoją. Szybko się opanowała, nie chcąc przeciągać struny — a kiedy na nią wreszcie spojrzał, była już uroczysta i poważna.

— Och, Pawełku, nie chodzi tu o takie rzeczy — karciła zaspanego przyjaciela jak niesfornego przedszkolaka. — Nie musisz tu urządzać powtórek z katechizmu. Nie idziesz przecież do pierwszej komunii ani do bierzmowania. Pan policjant przyszedł do nas z czymś grubszego kalibru. Stawia poważne zarzuty Ga-sto-no-wi, więc — być może — nasz przemiły kolega z Paryża rzeczywiście niechcący narozrabiał!

Paweł zamrugał ślepiami.

— Ooo! — pojął wreszcie, o co chodzi. — A więc to dotyczy księcia o wedlowskim kolorze skóry. A to ci heca! — wysylabizował znowu, a potem ziewnął, zasłaniając ręką usta i nadal zdradzając zupełną obojętność.

Oblała się rumieńcem. Pojęła, że może się to skończyć serią przytyków nadmiernie osobistych.

— Gaston nie jest księciem — zaczęła niefortunnie prostować, wikłając się w karkołomne wyjaśnienia, które nie miały rąk i nóg. — Tak go tylko nazywamy, w żartach, w rozmowach w cztery oczy. Zresztą, za słabo go znamy, ażeby wyrokować, czy jest księciem, czy nie. Nie byliśmy nigdy w Nigerii, ani w ogóle w Afryce. Tylko we Francji i w Izraelu. To znaczy: w Izraelu teraz jesteśmy...

Paweł okazał się jeszcze lepszy w absurdalnych popisach słownych. Rzekł ze śmiertelną powagą, po raz pierwszy zaglądając policjantowi w twarz:

— Ona teraz woli dużego księcia, nie małego — zdradził mu w tajemnicy. — I nie czarnego, o nie! — podniósł palec wskazujący do góry. — Białego! — szepnął demonstracyjnie.

Twarz siedzącego mężczyzny była czerwona od gniewu i ten przypominał wulkan, który za chwilę wybuchnie. Wściekle zacisnął szczęki i starał się opanować, ale było widać, że przychodzi mu to z najwyższym trudem. Zarozumiałe szczeniaki z Polski kpiły sobie z niego w żywe oczy. To już nie było przesłuchanie, to był prawdziwy kabaret. Brakowało tylko rozbawionej publiczności, śmiechem i oklaskami nagradzającej drwiny i kąśliwe żarty. Wydawało się, że za chwilę się podniesie, wyciągnie kajdanki i z impetem zatrzaśnie je na przegubach Pawła, albo że z rozmachem da mu w zęby, wysyłając stojące przy nim chuchro prawym sierpowym na odległy parkiet. Do niczego takiego jednakowoż nie doszło. Posługujący się iwritem barman pochylił się bowiem nad kontuarem i półgłosem lecz zarazem zdecydowanie rzucił kilka zdań do gliniarza. Można było odnieść wrażenie, że nieco go strofuje. Policjant z lekka się przygarbił pod tyradą jego słów, potem się wyprostował i wziął głębszy oddech. Przytaknął mu w milczeniu, a gdy następnie zwrócił się do młodych Polaków, na jego twarzy znaczył się już nawet blady uśmiech.

— Takie słodkie buzie, a takie pyskate! — rzekł spokojnie i z odrobiną rozrzewnienia. — Jeśli jesteście niewinni, to przecież nic wam się złego nie stanie — dorzucił, kręcąc ze zdziwieniem głową. — To chyba jasne, nie?


Manuela

omal nie zderzyła się z nim przy windzie. Miała na sobie wyraźnie za duże, luźno opadające na biodra beżowe sztruksy, spod których nieśmiało wyzierała sportowa bielizna i do tego bardzo krótką bluzeczkę w kwiatki, odsłaniającą pępek. Hol był pusty, jeśli nie liczyć dwóch przyjezdnych Hindusów, którzy sterczeli przy kontuarze recepcjonisty, oczekując na klucze od pokoju. Anka pofrunęła przed hotel za policjantami, usiłując dowiedzieć się czegoś więcej o domniemanej winie Afrykańczyka. Rezolutna dziewczyna z Pesztu widziała ją przy samochodzie policyjnym, więc nie miała wątpliwości co do profesji obu starszych mężczyzn.

— Czego chce od was policja? — zagadnęła go zaniepokojona, a jej śliczne i niebieskie jak Balaton oczy wyrażały autentyczne zdumienie. Z pewnością nawet przez myśl jej nie przeszło, że mógł się wplątać w coś podejrzanego, ale przecież nie o to chodziło. Po prostu każdy pretekst był dobry, żeby rozpocząć ekscytującą rozmowę z przesympatycznym chłopakiem.


następny poprzedni