Gliniarz

wyglądał na pięćdziesiątkę. Początki łysiny zaatakowały już nijakiego koloru włosy, a ponury wyraz raczej ziemistej twarzy podkreślał poważny charakter profesji, którą się zajmował. Nie spieszyło mu się z tym, żeby zdradzić cel niespodziewanego najścia i przypominał smętnego sępa, cierpliwie krążącego wokół dogorywającej ofiary.

— Muszę z panią spokojnie porozmawiać — niechętnie wykrztusił na wstępie. — Jednakowoż bez emocji i bez histerii — zaznaczył. — A wiem, że wy, Polacy, lękacie się policji, bez względu na to, czy jesteście winni, czy nie. Taką macie naturę...

— Czyyyżby? — zatrzepotała powiekami. — My?! Wcale się nie boimy. Nikogo się nie boimy! — zaoponowała urażona. Szybko się pozbierała i pojęła, że musi się bronić, a przecież najlepszą obroną był wściekły, bezpardonowy atak. Próbowała ściągnąć wzrokiem barmana, rozpaczliwie licząc na to, że ją wesprze w tym niespodziewanym starciu, ale ten akurat ze znawstwem prokurował dla dopiero co przybyłych klientów kolorowe koktajle i na chwilę zapomniał o urodziwej pannicy. Była więc — niestety — zdana tylko na siebie.

Funkcjonariusz w cywilu był górą i doskonale wiedział, że laska, do której się przysiadł nigdzie mu nie ucieknie. Odkaszlnął, zabrał się wreszcie do roboty i powoli rozłożył przed nią nieco pogięty portret pamięciowy.

— Zna go pani? — zabrzmiało suche urzędnicze pytanie.

Prawie nie spojrzała na kserokopię. Nie musiała. Rysunek był nadzwyczaj czytelny. Wpiła się w twarz obcego rozszerzonymi oczyma, a jej śliczna dziewczęca buzia wyrażała bezdenne zdumienie.

— Oczywiście — rzuciła bez namysłu, lekceważąco wzruszając ramionami. — Przecież wszyscy w hotelu o tym wiedzą. A cóż to za tajemnica?

Mężczyzna poczuł się niezwyczajnie usatysfakcjonowany i ku jej zdziwieniu odetchnął z niejaką ulgą. Zapewne takiej odpowiedzi się spodziewał. Powoli wydobył z kieszeni marynarki zmiętą paczkę papierosów z obcym dla Anki nadrukiem, wyjął jednego i włożył sobie do ust.

— Czy coś pani proponował? Może niezgodnego z prawem?.. — wymamrotał, szukając zapalniczki.

Poczuła dziwne ukłucie w sercu. „Boże drogi, czego mogli chcieć od Gastona?” Zaczęła nagle żałować, że się z nim w ogóle zaprzyjaźniła i że wciągnęła go w taktyczne rozgrywki z Pawłem. Może to właśnie przez nią Murzyn miał kłopoty?

— Nie — odpowiedziała szybko, może nawet trochę za szybko, dając tym do zrozumienia, że zamierza bronić czarnego przyjaciela. — Niczego mi nie proponował, a już najmniej czegoś niezgodnego z prawem. Chyba, że... — zająknęła się, gryząc się nagle w język i udając zażenowanie.

— Chyba, że co? — zmarszczył brwi. Zaintrygowała go ta mała furtka, którą dziewczyna niby to nierozważnie pozostawiła.

— Chyba, że wasze prawo jest podobnie kulawe i pełne absurdów, zwłaszcza politycznych, jak nasze polskie! — wściekle wypaliła.

Strzał na oślep okazał się celny. Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem i ździebełkiem współczucia. Widocznie miał wcześniej do czynienia z dysydentami, albo po prostu sam przed laty z ulgą opuszczał ten nienormalny komunistyczny kraj z nadzieją na lepsze.

— Jednakowoż bywała pani w jego towarzystwie...

Przytaknęła. Widywano ich przecież razem i przypomniała sobie wieczór, kiedy go poznała i pierwszy raz z nim zatańczyła.

— Zaprzyjaźnił się z nami, ze mną i z moim chłopakiem, Pawłem. Studiuje w Paryżu. Chce zostać lekarzem.

— Uhm! — przyjął to bez oporów do wiadomości, zaciągając się papierosem.

Niespokojnie się rozejrzała i dopiero teraz zorientowała się, że indagujący ją policjant w cywilu nie przybył sam do hotelu. Jego kolega po fachu stał nieopodal, wsparty o oszklone drzwi i z nudów przeglądał gazetę.

— Jest pani zamieszana w sprawę o narkotyki — gliniarz zdradził wreszcie cel wizyty, badawczo przyglądając się jej reakcji.

Sarkastycznie się roześmiała i nagle spadł jej kamień z serca. W grę nie wchodziły zarzuty, z którymi musiałaby się liczyć. Nikt im nie wyrzucał, że szpiegują, że mają nieważną wizę, że nie zapłacili rachunku, albo że coś ukradli. Z narkotykami nie miała nigdy niczego wspólnego. Nie zażywała żadnych lekarstw, a ze środków farmaceutycznych trzymała w walizce tylko wodę utlenioną, jodynę, aspirynę i witaminę C. Nie paliła papierosów, więc nie można jej było posądzić o to, że pociąga „trawkę”.

Spojrzała na swego rozmówcę z góry — jak osoba, która dobrze wie, że jest czysta jak łza i że w związku z tym nie musi się lękać żadnych szyderczych pomówień i absurdalnych oskarżeń. Ani chybi, był bezczelnie nagabującym ją intruzem i szukał dziury w całym. Pomyślała, że sporo wody musiałoby upłynąć, żeby mężczyzna pokroju owego nieznajomego policjanta był w stanie wpędzić ją w ślepą uliczkę.

— Masz pan niezłe poczucie humoru, drogi panie! — parsknęła ze złością. — Czy mogę rzucić jeszcze raz okiem na pańską legitymację? Jeżeli chce pan podłapać tanią dziwkę, musi pan poszukać gdzie indziej. Nie tu. Tu są pobożni pielgrzymi, zwiedzający Ziemię świętą. I turyści!..

Jeśli chciała mordę miała jak kubeł. Wydawało się, że za chwilę najbezczelniej w świecie podniesie się i wielce obrażona odejdzie.


następny poprzedni