Pracownicy

hotelowi z wieczornej zmiany ślamazarnie zabrali się za czyszczenie basenu, w którym było pełno liści i połamanych gałęzi. Poruszali się jak muchy w smole — nikt nie lubił takiej niewdzięcznej roboty. Kiedy kończyli spuszczać wodę, na pokrytym ciemnymi smugami dnie Anka dojrzała pogięty czarny kapelusz, który nie wiadomo skąd przyniósł tu wiatr. Skojarzył się jej on ze Ścianą Płaczu, którą odwiedziła w Jerozolimie z głową nakrytą szalem — sama, bez Pawła. Miała osobistą sprawę do Pana Boga. Zgodnie z przyjętym tam żydowskim obyczajem do jednego z otworów włożyła zwiniętą karteczkę z prywatną prośbą, w skupieniu modląc się potem przez kilka minut o to, aby się spełniła. Było tam wielu monitujących do Najwyższego i domyślała się, sądząc po zasępionych twarzach, na których malował się skryty ból, że czasami chodziło o coś naprawdę bardzo ważnego. Może o zdrowie kogoś bliskiego, kto dogorywał, walcząc o życie? O scalenie rozpadającego się małżeństwa? Dziewczyna w dżinsach obok mocowała się z czymś nieokreślonym i nieuchwytnym. Czy chciała zatrzymać przy sobie chłopaka, którego do szaleństwa kochała? Kto wie?

— Legendarny Mur Zachodni — półszepnęła. — Jedyny zachowany fragment świątyni, zburzonej przez Rzymian w 70 roku. Największa świętość Żydów. Zna najskrytsze ludzkie tajemnice. Czy jest drugie takie miejsce na kuli ziemskiej?

Zrezygnowała ze spaceru po parku, w którym było bardzo mokro, a krople dżdżu spadały jeszcze z drzew. Zawróciła do hotelu i wybrała bar, sadowiąc się na wysokim stołku tuż przy kontuarze. Wsłuchała się w płynącą z radia kantatę jazzową. Barman, słusznego wzrostu mężczyzna w białej koszuli i czarnej kamizelce, ze starannie zawiązaną muszką pod szyją, wycierał szklanice i kieliszki. Czynił to z nieuchwytnym namaszczeniem, jakby w tym z gruntu prozaicznym zajęciu miał się kryć głębszy sens. Należał do przystojnych mężczyzn i korzystnie się prezentował, jednak — jak to wydumała — nie nadawał się na jej męża. Był ociupinkę za stary, a do tego z pewnością żonaty. Spod długich rzęs co rusz rzucała w jego stronę uważne spojrzenia, by wreszcie dojść do zaskakującego wniosku, że zajęcie za kontuarem jest tylko rodzajem kamuflażu, a tamten ukrywa przed otoczeniem swą prawdziwą profesję. I jest — na przykład — uznanym powieściopisarzem. Pasował w jej oczach do tego nieczęstego zawodu i miał w sobie coś z artysty. Nie wiedziała, dlaczego nasuwają się jej takie skojarzenia, po trosze idiotyczne, bo przecież nic nie przemawiało za tym, żeby miała rację. A może jednak intuicja jej nie myliła? Przeszło jej przez głowę, że późnymi wieczorami zasiada przy starym remingtonie i powoli stuka w klawisze, przelewając na papier dzieje wydumanych bohaterów. Nie nosił obrączki, ale mógł ją zdejmować w pracy. Spojrzenie miał bystre, a choć prawie się nie odzywał, stwarzał wrażenie osoby, która wszystko wie o klientach restauracji i hotelu. Mimochodem lustrował otoczenie i nic nie uchodziło jego uwadze. Przejrzała kartę i zamówiła białe wino. Poprzysięgła sobie, że już nigdy nie zostawi Pawła samego.

Ostatnio nawiedzały ją koszmary i pewnie dlatego była trochę nerwowa. Wrócił jej przed oczy sen, który męczył ją nocą — zaraz po wypadku z kieszonkowcem. W urojeniu widziała, jak sanitariusze w białych kitlach zabierali Pawła z hotelu, bezpardonowo ładując go do ambulansu. Unieruchomiony w kaftanie bezpieczeństwa chłopak marudnie powłóczył nogami, wreszcie potknął się i niezdarnie wywrócił. Jeden z rozwścieczonych tym sanitariuszy o zimnym odpychającym obliczu i spojrzeniu oprawcy wyjął znienacka pistolet i oddał z bliska suchy strzał do niedołężnie półklęczącego pacjenta. Na białym płótnie kaftana ujrzała wykwitającą krwawą plamę. Usiłowała do chłopaczyska podbiec i go osłonić, ale nie mogła poruszyć ręką ani nogą. Była mokra od potu, gdy się wreszcie z krzykiem obudziła. „Sen mara, Bóg wiara!” — mawiali starsi ludzie w Polsce. Wymiarkowała, że ciężko odreagowuje incydent z kieszonkowcem, a może z Palestyńczykiem z ruchu oporu. Nie była psychicznie przygotowana do oglądania drastycznych scen i przed wyjazdem nawet przez myśl jej nie przeszło, że w Izraelu będzie musiała się z nimi zetknąć.

Paweł dowlókł się do swego pokoju po nieudanej wycieczce na Górę Oliwną i na rękach Anki rozszlochał się jak bezradne dziecko. Z początku nie wiedziała, co ma robić i sądziła, że sama przy nim rozklei się i rozbeczy. To byłby już koniec. Wreszcie wpadł jej do głowy zwariowany pomysł. Przyniosła ze swojego pokoju dwie białe aspiryny i najbezczelniej w świecie wmówiła temu pajacowi, że podaje mu silny środek nasenny. Nigdy wcześniej nikomu nie wcisnęła takiego kitu. Nieoczekiwanie uwierzył w tę bajeczkę, popił z ulgą lekarstwo szklanką wody i uspokojony rzucił się na łóżko.

Samotna jak palec siedziała przy kontuarze, trzymając w rękach kieliszek i w skupieniu wsłuchując się w słowa francuskiej piosenki. Mireille Mathieu śpiewała przez radio o moście w Awinionie. Czuła się zagubiona. Gaston, przy którym zazwyczaj zapominała o zmartwieniach i zgryzotach, po powrocie z Jerozolimy przepadł gdzieś bez śladu. Wcześniej gdy oddawała mu aparat fotograficzny, mimochodem bąknął, że prawdopodobnie na krótko wyjedzie i że w związku z tym może go nie być nawet do następnego ranka. Podejrzewała, że bierze dyżury w jakimś szpitalu, ale nie chce się do tego przyznać. Nie miała więc do kogo otworzyć ust.

Postawny mężczyzna, który przysiadł obok przy barze, przez krótką chwilę wydawał się jej znajomy. Zezowała w jego stronę z nadzieją, że okaże się poszukiwaną w rozterce bratnią duszą, jednak jego profil z nikim bliskim jej się nie skojarzył. Był obcy, poza tym ulokował się za blisko, co mogła właściwie uznać za nietakt, więc się od niego odwróciła, wydymając ze wzgardą wargi. Coś jej wszakże mówiło, że obecność tamtego wiąże się z jej osobą i że do tego nie wróży niczego dobrego — i jak się zaraz naocznie przekonała, wcale się nie pomyliła.

Facet ruchem ręki przywołał barmana, zamówił wodę mineralną, a potem wyjął z kieszeni marynarki jakiś dokument.

— Jestem z policji — ku jej zdumieniu przedstawił się po polsku, nieznacznie obracając się do niej na okrągłym stołku. — Pani Anna Mierzwińska, nieprawdaż? — upewnił się, ale chyba tylko dla czystej formalności. Sukinsyn dobrze wiedział, do kogo się przypiął. — Przyjechała pani z Warszawy...

Zrobiła wielkie oczy. Serce podskoczyło jej do gardła i przez moment była przekonana, że wyrwie jej się z piersi i jak ptak odfrunie.

— Taaak! — potwierdziła, nie wiedząc, co zrobić z rękami. W pierwszym odruchu chciała sięgnąć do torebki po paszport, ale uprzytomniła sobie, że zostawiła go w pokoju.


następny poprzedni