Wieczerza

przebiegała w podniosłym nastroju. Spożywali przepisane potrawy, zaś Mistrz odmawiał modlitwy — a błogosławieństwa, które wypowiadał, nabierały w Jego ustach niewysłowionych treści. Stawały się głębsze i bogatsze. Jednak w sali, w której przebywali, zagościł wszechwładny smutek, z uporem wciskający się do zakamarków serc. Juda Iskariota zabrał trzos i wymknął się, wykrętnie tłumacząc, że musi dokonać niezbędnych sprawunków w przededniu żydowskiego święta. Nie o to mu jednak chodziło. Skumał się z kapłanami świątynnymi i coś tam z nimi knuł, nie zdradzając przed Nauczycielem swoich intencji. Umiłowany uczeń pamiętał jego niedawną utarczkę z Jakubem. Juda uparcie obstawał przy tym, że nazbyt łagodnego Jeszuę należy po kryjomu sprowokować. Jego ręce dygotały, jak zawsze, kiedy mówił o pieniądzach. Gdyby doszło do otwartego konfliktu ze świątynią — obłudnie chrypiał tamtemu do ucha — nie mający innego wyjścia Mistrz byłby zmuszony posłużyć się swoją mesjańską mocą, a okazując swoją wielkość, rzucić arcykapłanów do swoich stóp. I nauczyć ich uległości.

Jeszua nie pozwolił zatrzymać Judy Iskarioty, choć w chwilę później już nie ukrywał przed pozostałymi, że wychodzący jest zdrajcą. Aż nadto wyraźnie dał to im do zrozumienia. Nie tylko uczniowie odczuwali trwogę, na obliczu Mistrza również było widać cierpienie. Po wieczerzy wyszli za potok Cedron, kierując się do Ogrodu Oliwnego. Tu trójce najbliższych swemu sercu, w tym Johananowi, nakazał czuwać i wraz z Nim się modlić. Sam nieco się oddalił, zatrzymując się przy sterczącej skale. Umiłowany uczeń już dawno odkrył, że Nauczyciel głównie na tej trójce polegał, łącząc z Szymonem, Jakubem i nim, najmłodszym, jakieś niejasne plany i zamiary, które dotyczyły przyszłości Izraela.

Utrudzenie było jednak zbyt wielkie, aby mogli się modlić, a sen mocniejszy od ich osłabionych ciał i równie słabej woli. Mistrz dwukrotnie podchodził do nich, by ich budzić — i przecierali ze wstydem zaspane oczy. Później Johanan dostrzegł w ciemności anioła z nieba. Działo się naprawdę coś nadzwyczajnego, skoro Bóg zsyłał Nauczycielowi tak niezwykłą pomoc. Jeszua potrzebował wsparcia. Ta myśl zmobilizowała ucznia do walki z powiekami, które zamykały się jak na komendę. Było już jednak za późno, aby cokolwiek wskórać, bowiem zapiekli wrogowie Nauczyciela z Galilei nadchodzili.

Ku zdumieniu Johanana na czele ciągnącej się jak wąż zgrai kroczył Juda Iskariota, usłużnie wskazujący drogę siepaczom. W migotliwym świetle kiwającej się lampy jego trupioblada twarz przypominała oblicze upiora. Za nim kroczył dostojnik żydowski w towarzystwie służących, uzbrojonych w grube kije. Niżej, na zboczu, było widać dalsze pochodnie. Szymon zerwał się, popędliwie złapał krótki miecz, który nosił w tajemnicy ukryty pod szatą i rzucił się przeciw nim, nie bacząc na to, że mają przewagę. Jeden ze sług skwapliwie wysunął się do przodu i przeciął mu drogę, chcąc osłonić swego pana. Szymon zamachnął się i rozległ się krzyk bólu.


Przejaśniło

się po burzy, a czerwone słońce chyliło się ku zachodowi. Zalane szkarłatem niebo wyglądało jak po wielkim pożarze. Żywioły wyładowały swą moc, zmęczyły się i ucichły, ustępując delikatnym powiewom wiatru. Prawie wszyscy dotarli już do autokaru na parkingu, a Anka bezradnie rozglądała się za Pawłem, który przepadł gdzieś bez śladu. Ostatnia dreptała staruszka z Czechosłowacji, okutana przeźroczystym płaszczem przeciwdeszczowym i podpierająca się znalezionym kijem. Polka dla pewności jeszcze raz zlustrowała wzrokiem przybyłych.

— Ty bezmózgowcu, pokaż się wreszcie — rozkazała mu w myślach, ledwo przy tym poruszając wargami. Z cicha wezwany maruder był jednak nadal nieobecny i nie uczestniczył w wieczornym apelu, zatem groziła mu poważna kara za łamanie obozowej dyscypliny. — Rozprawię się z tobą, popaprańcu — warknęła przez zęby, gdy zorientowała się, że mimowolnie staje się pośmiewiskiem. Kompromitowała się, gubiąc wciąż chłopaka i źle się działo z jej kobiecą strategią. Gertruda wprost dusiła się ze śmiechu, szepcząc coś do ucha gladiatorowi — i Anka bez trudu wykoncypowała, że tamta obrabia ją językiem. Wstrętna Niemka nie musiała wcale pokazywać jej palcem.

Gaston usiłował ją jakoś pocieszyć, ale bez widocznego skutku. Zajął się więc w milczeniu aparatem fotograficznym, który nieco ucierpiał z powodu ulewy.

Paweł w końcu się odnalazł. Dostrzegła go w ostatniej chwili, kiedy miała już zamiar skryć się w autokarze. Właściwie stała już na stopniach. Powietrze było chłodne i czuła, że ma gęsią skórkę. Nie ruszający się krokiem od otwartych drzwi kierowca obiecał włączyć ogrzewanie, co wszyscy przyjęli gromkim śmiechem. Skwapliwie zawróciła i pomachała mu ręką na powitanie. Nie zareagował. Stwarzał wrażenie ślepca, który przecież nie posługując się wzrokiem nie może odpowiadać na takie życzliwe gesty. Zbliżał się z rękami w kieszeniach, markotny i zamyślony, a po drodze kopał jakiś kamień, prowadząc go przed sobą jak marny piłkarz.

Coś ją wreszcie tknęło.

— Boże wielki, tak samo wyglądał, kiedy go opadły te widziadła — odkryła ze zgrozą. — Dam głowę, że przydarzyło mu się znowu to samo... — poczuła się tak, jakby miała się za chwilę rozpłakać, zaraz jednak wzięła się w garść. Uzmysłowiła sobie, że jest kobietą. A te były lepiej od mężczyzn wyposażone przez matkę naturę. Musiała to teraz udowodnić — tak sobie jak temu palantowi.

Przeszła samą siebie. Uśmiechnęła się promiennie, kiedy znalazł się przy autokarze i złapała go pod łokieć, jakby chciała go podtrzymać.

— Mon Dieu — rzekła. — Jesteś caluteńki mokry — pogłaskała go po policzku. — Nie miałeś się gdzie schować przed deszczem? — delikatnie gładziła go po ramieniu. — No i kto jest wymoczkiem? — cieplutko zażartowała. — Ja czy ty, Pawełku?

Niewyraźnie burknął coś pod nosem, co miało być wystarczającą odpowiedzią i skrył się w autokarze jak kret w ciemnej norze. Zignorował Gertrudę, która z rozmysłem tarasowała przejście, udając, że nie wie, gdzie ma usiąść. Otarł się o nią, ale nawet na nią nie spojrzał. Wtłoczył się w fotel, chowając zmęczoną twarz za zasłonką w kwiaty, a potem znieruchomiał, udając, że drzemie.

Nie miała wyboru i pozwoliła mu grać rolę strusia afrykańskiego. Sama usiadła po przeciwnej stronie, też przy oknie. — Pyłki kwiatów i różnice klimatyczne — mruknęła, przypominając sobie słowa żydowskiego lekarza. Odetchnęła wówczas z ulgą, gdyż diagnoza, którą postawił była dorzeczna. Chłopakowi nic nie dolegało. No, a wizje?! Wydobyła maleńkie okrągłe lustereczko, by obejrzeć w nim swoje policzki. Usiłowała sobie wyperswadować natrętną myśl, że Paweł jest chory psychicznie i próbowała okiełznać rozszalałe emocje. Przyszedł jej na myśl ponury dozorca z warszawskiej sąsiedniej kamienicy, bardzo często zaglądający do kieliszka. Ten to widywał — jak mawiała żaląca się do sąsiadek jego zmęczona życiem i zaharowana żona — całe stada białych myszek. Odłożyła lusterko, widząc, że nerwowo drżą jej ręce. Pojęła, że musi natychmiast coś zrobić, żeby się uspokoić. Podniosła się i ponad oparciami niepewnie obejrzała się do tyłu. Śliczna Niemka nadal bezczelnie chichotała, obejmując Hansa za szyję i gapiąc się w jej stronę. Pomyślała, że najchętniej podeszłaby do tej larwy i z rozmachem przylałaby jej w śliczny pysk, żeby nauczyć ją moresu, ale takie prostackie rozwiązanie absolutnie nie wchodziło w grę. Miała w sobie za dużo ogłady, żeby sobie pozwalać na ordynarne popisy. Wreszcie pojęła, że powinna cichutko klapnąć obok Pawła i przestać myśleć o tamtej idiotce.

Autobus ruszył z miejsca, chwilę manewrując po placu parkingowym, a kierowca faktycznie włączył ogrzewanie. Popłynęło ciepłe powietrze. Rychło wydostali się na szosę i pomknęli w stronę Tel Awiwu.


następny poprzedni