Teraz

on się nagle potknął i omal się nie wywrócił. Odniósł dziwne wrażenie, że jakieś niechętne im siły nie chcą dopuścić do tego, aby dołączyli do pozostałych i znaleźli się wreszcie na szczycie wzgórza.

— Do diaska — naprawdę się zdenerwował. — Ciekawe, kto wpadł na ten idiotyczny pomysł, żeby iść na dziko. Co to, piknik na skraju rzeczki, czy co?

Nigeryjczyk nie poczekał na Ankę, rwał do przodu jak rącza antylopa, czego Paweł już kompletnie nie rozumiał. To nie było grzeczne. Może oczyma wyobraźni Murzyn ujrzał rodzinne strony z dalekiej Afryki i w związku z tym odżyły w nim pierwotne instynkty?

Anka też przyspieszyła kroku.

— Jak się rozpada — sapała — będziemy wyglądać jak wymoczki!

— Kto będzie, ten będzie — zachichotał. — Ja, nie. Moja fryzura — zatrzymał się, zastępując jej drogę i z lubością pogładził swe krótko przystrzyżone włosy — jest odporna na kaprysy aury. Gorzej będzie z twoją.

Prychnęła. Nie wiadomo, dlaczego, śmiertelnie się na niego obraziła. Może chciała odrobić zaległości z poprzedniego dnia?

— Mnie też nic się nie stanie — ozięble rzekła. — Nie jestem z cukru...

Nie mógł nie zripostować, gdyż to było od niego silniejsze.

— I dlatego nie ma w tobie za grosz słodyczy! — dopiął swego.

Tego już było dla niej za wiele.

— Ty łajdaku i kanalio. Ty złamańcu z owłosionym dupskiem — warknęła na niego i pokazała mu plecy. — Gaston, monsieur Dupont! — złożyła dłonie w trąbkę i błagalnie zawołała.

Tamten się obejrzał, wyczuł jej rozpacz i natychmiast przystanął. Bez pośpiechu zawrócił, nawet zeszedł odrobinę na dół, poczekał przy niewielkich kamiennych schodkach i podał jej pomocną dłoń. Wkrótce zniknęli oboje za zaroślami.

Nie przejął się jej złym humorem, ani nie próbował jej gonić. Poczuł się nagle dziwnie wolny i pełny niezwykłej swobody. Przysiadł na zmurszałym murku, który dziewczyna przed chwilą zgrabnie przeskoczyła. Idąc w jej ślady, ściągnął buta i dokładnie obejrzał stopę. Uwierał go niepokaźny kamyczek. Ostrożnie go ujął i delikatnie położył na dłoni, jakby to był rzadki minerał, potem jednak skrzywił się z niesmakiem i śmignął nim za siebie.

Natychmiast groźnie zagrzmiało. Niebiańskie moce wydawały się okazywać brzemienne w skutkach niezadowolenie. Cóż, odważył się tak srogo potraktować niewinną krzemienną okruszynę! A może kiedyś, przed wiekami, ona była cząstką maczugi neandertalczyka, który uczył się rozpalać ogień? Niebo coraz bardziej ciemniało, chmury gęstniały, przelewały się i kotłowały, prąc naprzód. Chłopak przypomniał sobie gwałtowną burzę w Gorcach, którą w ogóle się nie przejął, wlokąc się samotnie z Lubania na Turbacz z wystającym mu ponad głowę plecakiem kominowym. Zalesione Beskidy były przepiękne w ulewnym deszczu. Nitka Dunajca prześwitywała przez strugi wody, kiedy otwierał mu się widok na lewo — na Spisz i poetyckie Pieniny, nie mówiąc o bardziej oddalonych ośnieżonych Tatrach. Tutaj nagle odkrył coś z tamtej niezwykłej atmosfery, choć miejsce było nie tak dzikie i nie tak odległe od sadyb ludzkich. W dole przed nim rozciągała się Jerozolima, tracąca teraz żywe barwy w przedwcześnie narastającym mroku.

Zerwał się z muru, kiedy uderzyły o ziemię pierwsze ciężkie krople dżdżu. Dostał raptem wiatr w żagle. Tam, w Gorcach, miał na sobie solidny brezentowy płaszcz przeciwdeszczowy, a na nogach taterniki, które rzadko mu przemakały. Tu zaś nie miał żadnej ochrony. Jak sprinter pognał przed siebie, wybierając rysujące się wyżej zarośla. W mgnieniu oka dotarł między niskie karłowate drzewa, omal nie rozdeptując po drodze cętkowanej jaszczurki, która wygrzebała się z kryjówki, witając z aplauzem nieoczekiwaną zmianę aury. Deszcz był jednakże dużo szybszy od niego, a niewielkie drzewa dawały kiepską osłonę. Posuwał się jeszcze jakiś czas, a potem przywarł zrezygnowany do jakiegoś przypadkowego pnia, pojmując, że nie ma żadnych szans w walce z kapryśną przyrodą. Tu postanowił przeczekać najgorsze.

Tymczasem żywioł szalał. Upiorne sine błyskawice przecinały raz po raz czarne niebo, a nad nieboskłonem wydawała się przetaczać potężna armia. Świat trząsł się w posadach. Uzmysłowił sobie, że utknął w pobliżu Ogrodu Oliwnego, który mieścił się w planie wędrówki. Targało konarami, a woda lała się strumieniami. Był przemoczony do suchej nitki i zaczęło mu się robić zimno. Wychylił się, chcąc sprawdzić, czy niżej nie ma lepszej kryjówki. Na lewo teren zdawał się opadać w dół, a w świetle błyskawic dostrzegł, że przy rysującym się wyraźnie dużym głazie ktoś wytrwale czuwa. Postać wydała mu się dziwnie znajoma, więc wytężył wzrok. A kiedy sobie uprzytomnił, kogo dojrzał, ogarnął go chłód znacznie bardziej dojmujący od tego, który wywołał rzęsisty deszcz. Zabrakło mu raptownie tchu i poczuł się jak sparaliżowany.



Mistrz

trwał na modlitwie, która z wolna przemieniała się w konanie. Doskonale wiedział, co mu przyniosą najbliższe dni i doświadczał już ciężaru nieuchronnie nadchodzących chwil. Te stawały przed Jego oczyma, odsłaniały się jedna po drugiej, niemal fizycznie uzmysławiając Mu kres, który Go czekał. Rysowało się przed Nim przerażające drzewo krzyża. Czy ludzie w bezgranicznym sadyzmie mogli wymyślić straszliwszą kaźń? Wsparty o głaz, cierpiał, mocując się ze swym ciałem, które z krzykiem broniło się przed bólem. Kielich goryczy miał być wszakże wypełniony po brzegi.

— Ojcze! — szeptał zbielałymi wargami. — Oddal to ode Mnie, jeżeli możesz. Jednakże, niech się Twoja wola stanie, a nie moja!..

Twardy kamień przysłuchiwał się z niesłabnącą uwagą cichej prośbie Jeszuy, ale nie odważył się odpowiedzieć, choć przecież Syn Boży usłyszałby jego niemy głos. Dawanie odpowiedzi nie leżało w naturze litej skały. Prośba biegła ku górze — ku Temu, który nieskończenie miłował swego Jednorodzonego Syna. A poza tym wszystko widział i wszystko słyszał. Nikt jednak nie mógł udaremnić tego, do czego miało dojść z Jego boskiej woli. Chodziło bowiem o coś więcej niż tylko o przemijające losy doczesnego świata.

Johanan nie miał już wątpliwości: stało się coś strasznego, czego nie mógł przewidzieć, krocząc za Nauczycielem ścieżkami Galilei, i czego nie dopuszczał nawet w myślach. Inni uczniowie także wyczuwali nadchodzącą klęskę ich Mistrza. Moce czartowskie, z którymi walczył Jeszua, wyrzucając z chorych i opętanych złe duchy, zajadle gotowały się do rozstrzygającej batalii. I to akurat w przededniu wielkiego święta.


następny poprzedni