Mimochodem

zezował na siostry zakonne, krążące najpierw nieopodal, w nawie głównej, a potem klękające w pobliżu. Chciały się pomodlić. Oderwał wzrok od labiryntu zwojów, rysujących się na mozaice. Pomyślał, że od poddających się laboratoryjnej analizie nieorganicznych tworów, martwych rzeczy, do ludzi, żywych rozumnych istot, mających wolną wolę i pragnących najczęściej czegoś więcej niż tylko krótkiego żywota na tym łez padole, wiedzie daleka droga. A jeszcze dalsza do Tego, który był absolutnym początkiem wszystkiego. Świat kręcił się przecież wokół pragnienia szczęścia. A gdzie go należało szukać? Czyż nie w Tym, który wszystko stworzył? Jedna z zakonnic skojarzyła mu się ze znanym z lekcji geografii wyspowym krajem kwitnącej wiśni. Japonka ani chybi. Druga pewnie była Hinduską. Obie trwały w kontemplacji, nieruchome jak na świętym obrazku, ze złożonymi rękami, świadome bliskości lepszego świata, który przed Pawłem pozostawał wciąż zamknięty na cztery spusty. Nie jemu było przecież do przedsionków nieba. Nie zwracały na nikogo i na nic uwagi — ani na obcego chłopaka z dalekiego państwa, mieszczącego się gdzieś w środkowo-wschodniej Europie, ani na pozostałych turystów, którzy bezceremonialnie kręcili się po bazylice, traktując ją raczej jako obiekt muzealny niż jako miejsce kultu.

W pewnej chwili Paweł zamarł w bezruchu, a później przetarł ze zdumieniem oczy, nie będąc pewnym, czy go wzrok nie myli. Gertruda pojawiła się tuż obok sióstr, zmaterializowała się jak duch, chociaż jeszcze przed minutą plątała się po przeciwnej stronie świątyni. Uklęknęła tuż przy zakonnicach, jakby tam czekało na nią od dawna zarezerwowane miejsce. Uczyniła to w sposób naturalny i bezpretensjonalny, złożyła ręce do modlitwy, a potem ukryła w nich twarz. Na pewno nie domyśliła się obecności Pawła.

Sterczał tam jak przysłowiowy słup soli, nie mogąc tego pojąć. Nie mieściło mu się w głowie, że śliczniutka, lecz zarazem nadęta i stwarzająca dystans Niemka może być do czegoś takiego zdolna.

— A może to nie ona? — snuł chwiejne przypuszczenia. — Może sobie uroiłem?

Ostrożnie postąpił do przodu. Uczynił jeden wyważony krok, a potem drugi, chcąc się do końca upewnić. Miała na sobie chustę do okrycia ciała, takie oferowano przed wejściem za słoną cenę, więc pewnie ktoś ją dopadł i wyprosił z bazyliki. Musiała ją wypożyczyć, żeby tu wrócić.

— To ona — wywnioskował. Niczego sobie nie ubrdał i nie mógł mieć ani cienia wątpliwości.

Zaczął się dyskretnie wycofywać. Nie chciał, by się zorientowała, że jest naocznym świadkiem tej intymnej sceny, której absolutnie się nie spodziewał. I by nie posądziła go o to, że próbuje bezczelnie wpakować się z butami do jej duszy.


Złote

zajączki figlarnie tańczyły po tapecie w jasnoniebieskie wzory, a wyciągnięta na hotelowym łóżku i podparta na łokciach Anka z uwagą wertowała Nowy Testament. Świecący nowością egzemplarz otrzymała w darze od sióstr zakonnych, które wcześniej nerwowo zaczepiła w recepcji. Te zatrzymały się na dwa dni w hotelu, więc miała potem okazję, by im podziękować za adres przemiłego żydowskiego lekarza.

— Pamiętam doskonale ten tekst — mówiła — ale nie jestem pewna, czy go teraz odnajdę. To jest gdzieś w Ewangeliach. I to są słowa Jezusa. — Uzbroiła się w cierpliwość i uważnie kartkowała księgę, strona po stronie. — Chodziło w nim o to, ani chybi, aby się nadmiernie nie afiszować z wiarą, a zwłaszcza z kultem, z modlitwą — zamilkła. — Tylko w której to Ewangelii? Gdyż są cztery — według świętego Mateusza, świętego Marka, świętego Łukasza i świętego Jana. Ten ostatni był najmłodszym apostołem... O, mam! — wykrzyknęła, przykładając palec do szukanych wersetów. Niepewnie zerknęła na Pawła. — Przeczytać ci to? — zapytała.

Chłopak siedział znudzony w fotelu i przyglądał się różom w wazonie, które mocno już przywiędły. Poziewywał. Przyciemniały po brzegach, a płatki lekko się pomarszczyły. Przez krótką chwilę wyobrażał sobie, że jest bajkowym Piotrusiem Panem, potrafi wznosić się w powietrze i fruwać jak ptaki. W gruncie rzeczy był rad, że je kupił, choć wyzbył się przecież z portfela kolejnych szekli.

— Hmmm!.. — gryzł się z kasandrycznymi myślami. Nie rozumiał, dlaczego Ance przyszedł do głowy pomysł, aby osobliwy wyczyn Gertrudy objaśniać przy pomocy Pisma świętego. Teraz żałował, że jej o tym w ogóle wspomniał. — Czytaj! — zdał się na ślepy traf. Mimo młodego wieku, miał w sobie czasami coś ze starego gdera, zwłaszcza jeżeli był znużony i wyczerpany.

Odetchnęła z ledwo wyczuwalnym smutkiem.

— To nie jest długie — oświadczyła. — Zaledwie kilka zdań.

Na jego twarzy pojawił się wyraz niezadowolenia. Myślami był przy roześmianych dziewczynach z Budapesztu, na które nieoczekiwanie się natknął po powrocie z Betlejem. Okazało się, że podobnie jak Gaston gdzieś się wybrały — wszakże na dłużej, bowiem nie było ich w hotelu prawie całe dwa dni.

— Czytaj wreszcie! — ponaglił ją niecierpliwie.

Anka odkaszlnęła. Zaczęła się machinalnie bawić broszką, przypiętą do bluzki. Wetknęła nos w księgę.

— Gdy się modlicie — zaczęła — nie bądźcie jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Zaprawdę, powiadam wam: otrzymali już swoją nagrodę. Ty zaś, gdy chcesz się modlić — zerknęła badawczo na chłopaka — wejdź do swej izdebki, zamknij drzwi i módl się do Ojca twego, który jest w ukryciu. A Ojciec twój, który widzi w ukryciu, odda tobie... — zamknęła z trzaskiem księgę. — To wszystko! — oznajmiła.

Zapadło milczenie. Paweł próbował się skupić, ale bez widocznego rezultatu. Wreszcie skrzywił się z niesmakiem, choć robienie zdegustowanych min nie należało przecież do jego najświętszych obowiązków. Potarł ręką brodę, uzmysławiając sobie, że tego ranka się nie ogolił, a potem jego palce poczęły wystukiwać dziki rytm na blacie ławy. Znów miał przed oczyma roześmiane dziewczyny z Budapesztu, niosące z sobą powiew innego świata — jak czuł — pełnego nieskrępowanej swobody i żywiołowej radości, a zarazem wolnego od kłopotliwego balastu, jakim była religia z jej licznymi wymaganiami, wezwaniami do cierpiętnictwa oraz uciążliwymi nakazami i zakazami.

Spojrzał wreszcie na Ankę i doszedł do wniosku, że nie ma ochoty ciągnąć dalej tego nudziarskiego tematu.

— Chyba czas się gdzieś przejść — zawyrokował.


następny poprzedni