Na

wyjałowionych przez słońce okolicznych wzgórzach znaczyły się rachityczne ślady przygasłej zieleni. Od rana mocno przygrzewało, a wzrok instynktownie szukał skrawków cienia. Stali na placu przed bazyliką. Paweł rzucał okiem to na Ankę, która próbowała pstrykać zdjęcia aparatem fotograficznym Gastona, to na Gertrudę, mającą na sobie — jak zwykle — skąpe resztki odzienia. Jakimś cudem radziła sobie z powszechnym w Izraelu zakazem wstępowania do zwiedzanych obiektów w niekompletnym stroju. Wstydliwie sobie uzmysłowił, że gdyby miał ją szybko rozebrać, uporałby się z tym rozkosznym zajęciem w nieledwie kilka sekund i nie przeszkodziłyby mu dygocące z podniecenia ręce. Zadumał się nad swoim podłym losem, uprzytamniając sobie, że poza nim chyba nikt z ich grupy nie zwraca już uwagi na jej ekstrawagancje. Inni przeszli nad popisami ekscentrycznej modelki do porządku dziennego. Wzdychał, godząc się z tym, że jego życie uczuciowe pozostanie na zawsze nieuporządkowane. Dzierżąca w dłoni wagę Thémis, grecka bogini sprawiedliwości z opaską na oczach wydawała się kpić z chłopaka. Na jednej szalce widział Ankę, na drugiej — Niemkę o nietypowej urodzie. Szalki wahały się, drżały, waga wibrowała, szarpała się w powietrzu, poddając się podmuchom wiatru. Zmysłowa Gertruda przyciągała go do siebie mocniej niż Anka — i nie mógł przeboleć, że tak lekkomyślnie wyprawił się do Izraela. Zaczynał żałować, że ją kiedykolwiek spotkał. Gdyby został w kraju, nie skrzyżowałyby się pechowo ich drogi. Chodziła mu po głowie niby niejasny wyrzut legenda o Wandzie, która nie chciała Niemca. Tu było żenująco odwrotnie — i aż śmiech brał, gdy się na to wpadło. A Paweł nie cierpiał myśli o tym, że ktoś może cynicznie drwić sobie z niego za jego plecami.

Ich opiekun, sympatyczny chudy Arab, którego wszyscy zdążyli polubić, gdyż był znakomity w roli cicerone, pokazywał im otwory do cystern. Podczas deszczu wpływała nimi woda, zasilająca kiedyś fontannę. Drzwi do bazyliki — jedyne, jakie pozostały, inne były zamurowane — zdobiły rzeźby ormiańskich artystów. Zaczęli powoli wchodzić do wnętrza świątyni. Dwaj duchowni, jeden zupełnie łysy, drugi z długą brodą, poprzetykaną siwymi włosami, obaj w czarnych garniturach z białymi koloratkami, krytycznym wzrokiem ocenili stroje turystów, ale nic nie rzekli. Gertruda ukryła się za swym gladiatorem, Hansem, nie chcąc wpaść im w oczy. Paweł wyobraził go sobie w innej scenerii. Przeniósł się myślami do starożytnego Rzymu na okrzyczane Forum Romanum, gdzie zbiegały się wszystkie drogi imperium. W wypełnionym do ostatka Koloseum podniecony tłum szalał i wył, domagając się krwi. On sam, odziany w purpurową tunikę i cesarską togę, z okalającym skronie laurowym wieńcem, wskazywał palcem w dół. Wydawał wyrok śmierci na ciężko rannego barbarzyńcę, Germana, który został pokonany w walce na włócznie i miecze. „Dobić go!” Skrzywił się z niesmakiem. Nie był niestety w antycznym Rzymie, nie otaczały go cnotliwe westalki, a współczesna Germanka przedkładała osiłka z Bawarii nad godnego najwyższej pogardy słabeusza znad Wisły. Ani szmalu, ani mięśni.

Imponujących rozmiarów kościół był najstarszy nie tylko w Ziemi świętej, ale i na świecie. Kolumny z różowego kamienia dzieliły wnętrze na pięć naw. Oglądali bazylikę, wsłuchując się w słowa Araba, który mówił przyciszonym głosem, a Paweł uprzytomnił sobie, że od dawna się nie modlił. Czas biegł nieubłaganie, oddalając go od spraw, które kiedyś były dla niego ważne. Odbył rekolekcje przed maturą, a nawet wybrał się z pielgrzymką na Jasną Górę — ale kiedy dostał się już na studia na upragnioną fizykę, praktyki religijne przestały go interesować. Mimowolnie je zaliczył do walorów świata dziecięcego. Anioł stróż z białymi skrzydłami uważnie się przyglądał się jego zabawom w piaskownicy, przewrotkom na trzepaku, wreszcie skokom z trampoliny, ale potem już o nim nie pamiętał. A może on sam zapomniał po prostu o innych wymiarach życia? Fizyka dopuszczała ich istnienie i pozwalała tworzyć w zaciszu pracowni naukowych wyrafinowane modele nieznanych światów. Może któryś z nich był prawdziwy? I bardziej realny od tego, w którym Paweł zmagał się ze sobą, doświadczając dokuczliwych ograniczeń? Zastanawiał się teraz nad tym złożonym zagadnieniem. Był w miejscu kultu, odwiedzanym przez turystów i pielgrzymów z całego świata, pragnących uczcić w Betlejem narodzenie Pana, wcielonego Boga, Słowo przedwieczne...

— Church of the Nativity — półszepnął. — Nigdy nie sądziłem, że tu się znajdę...

Zatrzymał się przy fragmencie mozaiki, pozwalając innym pójść dalej. Znieruchomiał, poddając się nieuchwytnemu nastrojowi. Wsłuchiwał się w szmer głosów i cichnące kroki. Staruszka z Czechosłowacji obejrzała się za nim dyskretnie. Przyszło mu do głowy, że ta nieco śmieszna, ale mimo wszystko bardzo przenikliwa starsza dama jest jakby nowym wcieleniem jego anioła stróża z lat dziecięcych, lecz odgonił od siebie tę myśl jako niedorzeczną. Trwał tak między kolumnami, pod sklepieniem, jakby chciał przeniknąć wieki, które leniwie upłynęły i sięgnąć do początków, do źródeł, do pierwszych chwil globu, a może całego kosmosu, wynurzającego się jak błysk światła z czerni nicości. Zadumał się nad sobą. Lękał się, że zgubi jakiś cenny wątek, od którego zależy jego przyszłe życie. Czy mógł być świadkiem zdarzeń, które przecież należały do odległej przeszłości? Czy czas, sprawca przemijania, nie powodował, że wspaniałe, pełne świetności pomniki rozsypywały się w pył, a zmurszałe kamienne mury obrastały w mchy? Włożył ręce do kieszeni spodni. Poczuł, że nagle zawisł nie tyle w rzeczywistym, a więc zmysłowym świecie, który bronił się przed ułudą i snem, co raczej w przerastającej wszystko, co jest nieprzeniknionej tajemnicy. Ta zdawała się go ogarniać i w nim potężnieć, odbijając się w sercu zwielokrotnionym echem. Zainspirowało go nagle dziwne słowo, którego znaczenia nie umiałby dokładnie objaśnić. Brzmiało ono: transcendencja. Było wzięte z łaciny. Zasłyszał je kiedyś w szkole średniej na lekcji religii, a potem nie potrafił jakoś od niego się uwolnić. Czyżby niewidzialny świat duchowy brał w posiadanie świat fizyczny, a ten stanowił jedynie rodzaj niedojrzałego surowego tworzywa, z którego miało powstać dopiero coś nowego? A może dobre duchy odcinały się od niego, pozwalając mu pogrążyć się ponownie w nicości? Albo dobrowolnie oddawały to, co materialne jakiemuś nienasyconemu i zachłannemu demiurgowi? Wydawało mu się wysoce prawdopodobne, że pochodzące z niedosięgłej czystej sfery nadludzkie istoty, wyposażone w niezwykłe moce, udoskonalają materię, sublimują ją i stroją świat jak stroi się instrument muzyczny, chcąc przystosować go do subtelnych, ale czasami silnych jak grzmot dźwięków wielkiej boskiej orkiestry.


następny poprzedni