Słońce

było już wysoko. Rozespany Paweł skrył się pod prysznicem, nucąc pod nosem zasłyszaną gdzieś melodię, która utkwiła mu w pamięci. Niejasno kojarzyła mu się z filmem, na który wybrał się z nudów przed odlotem do Izraela. Dziwnym trafem tytuł uleciał mu z głowy. Woda była parująca. Uradowany pogwizdywał, bo szczęście go nie opuściło, pozwalając mu wyjść cało z opresji. Zasnąć na schodach zabytkowej budowli? Wrócił myślami do minionego wieczora. Kierowca tira nie wziął ani centa i zboczył z trasy, by wysadzić go tam, gdzie ten chciał. Włosi naprawdę darzyli Polaków sentymentem, o czym mógł się naocznie przekonać. Nie inaczej było z turystami, których przed rokiem spotkał w Paryżu. Nigdzie nie mógł wymienić, ani rozmienić banknotu studolarowego, bo akurat było głośno o aferze z fałszywkami. Zajrzał do najbliższego banku, potem do dwóch pobliskich restauracji, ale wszędzie odprawiano go z kwitkiem. A ci bez wahania wzięli od niego tę stówę, dając mu w zamian pięć dwudziestek. Jego niewinne oczy budziły zaufanie.

Różowa gąbka wypadła mu w pewnej chwili z dłoni, a sięgając po nią niezbyt fortunnie łupnął czołem w oszkloną ściankę kabiny. Twarde matowe szkło przywróciło go do rzeczywistości. Myślami pobiegł ku Ance, która nie chciała z nim rozmawiać, gdy mocno spóźniony dotarł do hotelu po podróży autostopem. Ma się rozumieć, nie zdążył na kolację. Była cięta jak osa, bowiem ubzdurała sobie, że celowo gdzieś umknął, aby z premedytacją zrobić jej na złość. Natknął się na nią filującą w holu i próbował wyjaśnić, co go spotkało, ale nie raczyła go wysłuchać. Wzburzona, nie ukrywała tego, że jej kobieca duma została zraniona. Kiedy później zapukał i zajrzał do jej pokoju, było już po dwudziestej drugiej, chłodno mu zakomunikowała, że wybiera się właśnie na tańce i że nie życzy sobie jego towarzystwa. Odegrała przed nim rolę porzuconej dziewczyny, która ma prawo do złośliwego rewanżu. Chodziło mu niejasno po głowie, iż od samego początku ma niejaki żal do niego i jego matki o to, że przydzielono im jedynki na różnych piętrach. Może skrycie liczyła na pokój dwuosobowy? No, ale co jego matka miała z tym wspólnego?

Opuścił łazienkę, szurając filcowymi pantoflami i zatrzymał się przed wiszącym na ścianie lustrem, chcąc się ogolić. Zwlókł się z łóżka ociupinkę za późno, lecz tym się nie przejął — miał prawo wypocząć po tym, co mu się przytrafiło. Nie wszystko jednak było dla niego jasne. O ile nie widział niczego dziwnego w tym, że zdrzemnął się na schodach sypiącej się budowli z czasów ekspansji islamu, o tyle nie rozumiał tego, co potem się stało na stoku wzgórza. To nie mieściło mu się w głowie.

Trzymając w ręku włączoną golarkę elektryczną, z miną mentora perorował do swego odbicia w lustrze:

— Nie jesteś zapamiętałym wielbicielem literatury z gatunku science fiction, drogi Pawle, dlatego nie możesz bezkrytycznie przyjąć, że doszło do konfiguralnego przesunięcia w czasie i że w ten sposób sceny z różnych historycznie epok nałożyły się na siebie. Nie, nie miały prawa wystąpić równocześnie... — przezabawnie się skrzywił, akcentując te słowa. — Nie jesteś również adoratorem wielkiego wizjonera, Herberta George’a Wellsa. I nie wierzysz w to, że można wehikułem czasu wybrać się w weekend w przeszłość lub w przyszłość. To też przecież niemożliwe. Chyba że na planie filmowym...

Odbicie skwapliwie przytaknęło, godząc się z tokiem wywodu chłopca. Zdawało się jednak mu wytykać, że czytuje za dużo powieści przygodowych i sensacyjnych. To fakt, wiedział o tym, całymi latami połykał je jednym tchem. Śledzący białych osadników i czyhający na ich skalpy Apacze i Komancze w barwach wojennych pojawiali się w jego wyobraźni jak żywi. Gotowi byli wypaść z ciemności i rzucić się na śpiących przy ognisku traperów. Może dlatego tak bardzo mu się podobał wąwóz Homole w Pieninach, nieodparcie się kojarzący z białymi kanionami z Dzikiego Zachodu.

— Science fiction, nie — odhaczył sobie. — Żadne tam pierdoły. Na kogo więc się nadziałem?

Błąkała mu się po głowie myśl, że trafił na mało znany lokalny rytuał, o którym zapomniano napisać w przewodniku. Z jakiegoś kibucu lub moszawy. Przy tym złudnym wyjaśnieniu na razie pozostał. Reguły były podstawą każdej uczciwej gry. W tej jednakże ktoś skrycie usiłował się z nim mierzyć, nie stosując żadnych prawideł. A to było niedopuszczalne.

Winda była wolna, przeto szybko znalazł się na parterze. Udał się do restauracji. Jego przyjaciółka siedziała przy stoliku przygarbiona, osowiała i przybita, więc z ulgą pomyślał, że wyprawa na dyskotekę nie przyniosła jej satysfakcji. Ha, ha, był górą! Sala świeciła pustkami. Usadowił się wygodnie, podpierając łokciami i zezując w stronę kelnera, który stał odwrócony przy barze.

— To nie moja wina, boska istoto. Fatalnie się czułem. Urwał mi się film na schodach tej zabytkowej budowli. Obudziłem się, jak już było ciemno — wrócił do tematu, który go nurtował. — Czy to takie dziwne? Nawet zmarły by się przekręcił w tym klimacie...

Z jej twarzy wyczytał, że nie wierzy ani jednemu jego słowu.

— Zasnąłeś? Czyżby?!.. — ironizowała, dając się ponieść emocjom. — Ciekawe, któż to taki kołysał cię do snu? — grymas na jej ładnej buzi dowodził, że będzie uparcie trwać przy swoim. — To dlaczego razem z tobą znikła ta wredna piegowata Niemka?..

— Co? Gertruda? Też gdzieś przepadła? — zrobił wielkie oczy i na chwilę go zatkało. — Aha!.. — rozjaśniło mu się w głowie. Już rozumiał, dlaczego Anka jest taka wściekła. — Nic mnie z nią nie łączy — blado zaprotestował. — A poza tym ta gówniara nie jest piegowata — niezbyt fortunnie dorzucił i zaraz ugryzł się w język. W takich okolicznościach nie należało bronić młodej niemieckiej turystki, z którą dotąd zresztą nie zamienił ani słowa. Instynktownie obejrzał się w kierunku wejścia. O wilku była mowa! Tamta ponętna młódka właśnie wchodziła, przyciągając uwagę mężczyzn. Obnosiła się spódniczką mini najkrótszą z możliwych, a pod jej ściągniętą z przodu na węzeł półprzejrzystą bluzką nie było śladu biustonosza.

— Jeżeli znikła, to nie sama, ale z nim — leniwym ruchem głowy wskazał gladiatora z Bawarii, który jej nie odstępował. — A może to nie o nią — rzucił zaczepnie, chcąc się odgryźć — lecz o niego ci chodzi?

Podszedł kelner i Paweł zdecydował się na jajka na bekonie, jednak Anka nadal nie dawała mu spokoju.

— Zobacz! — syknęła jadowicie. — No, nie... Ta wredna suka kiwa do ciebie ręką...

Odruchowo zerknął w stronę stolików, zajmowanych przez turystów z Niemiec. Gertruda faktycznie mu się ukłoniła, co było dla niego kompletnym zaskoczeniem. Oszołomiony tym nieoczekiwanym wyróżnieniem, bezwiednie się odkłonił, a na jego twarz z nagła wypełzł pąs. Serce zaczęło mu walić jak młot z wrażenia. Psiakość, nie umiał tego ukryć. Wolał nie podnosić wzroku na Ankę. Udał, że nic się nie stało i wbił oczy w talerz.

Nie byłaby sobą, gdyby mu przepuściła.

— Ty żałosny błaźnie! — powoli wycedziła, również całą uwagę skupiając na talerzu.

Strzygł uszami w stronę Niemców, ale niczego nie łapał z dobiegających go strzępów rozmowy. Doszedł do mało pokrzepiającego wniosku, że pewnie tamta chciała się tylko popisać przed hałaśliwymi kumplami. Nie chodziło jej o niego. Może jeszcze nie wiedzieli, którzy z turystów przyjechali z Polski?

Po śniadaniu wyfrunął z Anką przed hotel. Dziewczyna przestała się go czepiać, niemniej wyczuł, że zawieszenie broni jest tylko chwilowe. Nadal krążyła wokół niego jak osa, gotowa rzucić do natarcia i boleśnie go użądlić. Na moment jednak coś innego przyciągnęło jej uwagę.

— O rany! — w uniesieniu zawołała.

Przy mającej z sześć metrów długości lśniącej czarnej limuzynie plątali się jacyś faceci z obsługi. Stała na podjeździe przed oszklonym wejściem, budząc zrozumiałe zainteresowanie. Kilka osób wysypało się już wcześniej z hotelu, żeby ją z bliska obejrzeć.

— Fiu, fiu! Niezła gablota — Paweł też był urzeczony. — Co za szmal. W życiu nie widziałem takiego cuda. Chociaż nie. Podobne pojawiały się czasem w Warszawie przed niektórymi ambasadami. Pewnie tu nocował jakiś szejk lub ktoś z nafty... — głośno się zastanawiał. — Mam, mam — uszczypliwie sobie pokojarzył. — A może to z właścicielem tego pudła szalałaś wczoraj na dyskotece?! — pozwolił sobie na wysoce wątpliwy żart.

Arabowie zbierali należne hołdy. Dostojnie zajmowali miejsca w przepastnym komfortowym wnętrzu. Złote sygnety błysnęły w słońcu.

— Ci to mają życie! — chłopakowi omal nie zakręciło się w głowie. — No, mów. Z kim się wczoraj bawiłaś?

Roześmiała się, ale bez ironii. Stała się na moment cicha i łagodna jak owieczka.

— Z najprawdziwszym księciem z bajki, który spadł z nieba wprost w moje objęcia — wyjaśniła z nieskrywaną powagą.

Arabowie odjeżdżali. Limuzyna potoczyła się do przodu, a szofer użył klaksonu, żegnając zebranych gapiów arabską melodyjką niczym z pozytywki. Pawłowi przypomniał się ostatni wieczór. Coś go korciło, by nawiązać do sceny na zboczu wzgórza.

— Mówisz, że prosto z nieba?

— A jak, co myślisz, z nieba, z gwiazd — odparła z odrobiną melancholii w głosie. — Gdyż to był naprawdę ktoś na miarę Małego Księcia, ktoś... z ukochaną różą — enigmatycznie dokończyła, jednak nie zdradzając, o kogo jej chodzi.

Nerwowo podrapał się za uchem, zbity z tropu. Wyrażała się coraz bardziej zagadkowo. Nie wykluczał tego, że poznała na dyskotece interesującego faceta. Takich przecież nie brakowało. Nie mówiła o niebie w znaczeniu religijnym. Raczej nawiązywała do znanej książeczki Antoine'a de Saint-Exupéry'ego.

To skojarzenie nieoczekiwanie wywołało w nim reakcję, której właściwie się nie spodziewał.

— Chyba gdzieś tu w pobliżu w jakiejś kwiaciarni — dumał — można dostać róże, tulipany lub inne cięte kwiaty...

Tak ją to ubawiło, że aż klasnęła w dłonie. To nie było w jego stylu.

— Ty i róże? — zachichotała. — Naprawdę, nie wysilaj się, chłoptysiu, nie masz zadatków na Małego Księcia. Jesteś mumią, pozbawioną uczuć. — Potem się zawahała. — Tego, co straciłeś, już zresztą nigdy nie odzyskasz — z żalem zawyrokowała, odwracając się do niego plecami. — Nie masz szans!

Obojętnie wzruszył ramionami. Nie robiły na nim wrażenia takie popisy, a ta nonsensowna pogaduszka wyraźnie go znudziła. Włożył ręce do kieszeni szortów, dyskretnie szukając wzrokiem Gertrudy, której jednak w pobliżu nie było. Jej zgrabne nogi doprowadzały go do zawrotu głowy. Nie pociągnęła mimowolnie jego śladem, więc nie miał tu co robić. Postanowił wrócić do swego pokoju.


następny poprzedni