Nigeryjczyk

miał nowe auto. Tym samym wyjaśniło się, dlaczego przepadł na kilka godzin. Przewrotny drań wybrał się na zakupy. Zapierający dech luksusowy czerwony kabriolet stał przed hotelem, nęcąc wzrok. Paweł zazdrośnie kręcił nosem i nie szczędził złośliwych uwag. Niecierpliwie wybiegł, żeby obejrzeć te cztery kółka i poczuł się zwalony z nóg. Z niedowierzaniem zlustrował wóz z przodu i z tyłu. Obszedł go dookoła. Nie mieściło mu się w głowie, że Murzyn może być właścicielem takiego cacka. Zżerała go zazdrość i wydawało się, że za chwilę zostanie z niego tylko kupa rdzawego złomu.

Niby to od niechcenia ostrzegł Ankę. Powinna była wiedzieć, w co się pcha. Ich frywolny czarny przyjaciel mógł być chorobliwie skłonny nie tylko do częstej zmiany samochodów, ale i towarzyszących mu panienek.

— Cabrio niczego sobie — wycedził wreszcie z zawistnym podziwem. — Ale ty już do niego nie pasujesz. Do tamtego grata — owszem, ale do tego cuda, nie. Przydałaby się mu nowa laska, może bardziej chętna, gotowa tańczyć jak jej pan i władca zagra, a przy tym z dłuższymi nogami...

Anka nie dała się wpędzić w sytuację podbramkową. Wysłuchała go i parsknęła śmiechem. Akurat tu była górą, o czym doskonale wiedziała. Ryba połknęła haczyk. I o nic innego jej nie chodziło. Murzyn wydawał się ustępować pola Pawłowi, ale tylko na początku ich znajomości. Chował bowiem w rękawie niejednego asa. Teraz zaś zaczynał niebezpiecznie przerastać białego rywala. A trudno było przewidzieć, z czym jeszcze znienacka wyskoczy.

— Zazdrość jest bardzo odpychającą ułomnością — ze znawstwem odparowała, cedząc sylaby. — I to bez względu na płeć, wiek i kolor skóry, mój ty mały bezradny robaczku!

Robaczek skrzywił się z niesmakiem, ale nie podjął sporu. Co tu dużo mówić, był na przegranej pozycji. Przewidywał, że nigdy nie będzie go stać na dobry zagraniczny samochód, a już na pewno nie na wóz tej klasy. Ostentacyjnie włożył ręce do kieszeni szortów i lekceważąco się odwrócił.

Anka dumnie rozsiadła się za kierownicą. Przeszło jej przez głowę, że Gaston ma rzeczywiście w sobie coś z udzielnego księcia. Robił miny skromnisia, ale z pewnością był nieźle nadzianym facetem. Nie zdradziła się przed Pawłem z tym, że Afrykańczyk szarpnął się na nowy wóz, aby zaspokoić jej chwilowy kaprys, nie chciała bowiem chłopaka za bardzo wkurzać. I tak mu dała popalić. Dzień wcześniej zdradziła w sekrecie tamtemu, że wprost uwielbia czerwone kabriolety. Kluczyki leżały na siedzeniu, więc najbezczelniej w świecie uruchomiła silnik, by potem wsłuchiwać się w jego cichą równą pracę.

— Wrrr!.. — zawarczała, jak malec w przedszkolu, bawiący się plastikowym modelem pojazdu, lecz wóz jej nie zawtórował. Nie pochodził ze znanych w jej rodzinnym kraju zakładów, z których wypuszczano z taśmy produkcyjnej hałasujące buble, straszące na nie najlepszych szosach. Wyobraziła sobie, że o wschodzie słońca mknie szeroką autostradą u stóp majestatycznych wysokich gór, może kryjących się we mgle Alp, z łatwością wyprzedzając inne wozy. Wreszcie figlarnie zerknęła na Pawła.

W niemym gniewie zacisnął pięści.

— Nie wysilaj się, mała, i tak wylądujesz w buszu. I będziesz rozpalać ogień przed cholerną murzyńską chatą z trzciny! — wściekły jak diabli, próbował jej wybić z głowy związek z Nigeryjczykiem.

Gaston stał przy oszklonych podwojach hotelu, skryty za żywopłotem. Rozmawiał z młodym recepcjonistą i zapewne omawiał z nim warunki korzystania z garażu, do którego wjeżdżało się z tyłu budynku. Nie przejmował się tym, co dzieje się z jego wozem. Cóż, oddał go w dobre ręce.

Wyłączyła silnik i wysiadła, nie wypuszczając kluczyków z rąk. Oparła się z wdziękiem o karoserię, co najmniej tak jakby pozowała do „Playboya”. Przechodzący obok rosły Niemiec, jeden z grupy, w której rej wodziła Gertruda, z uznaniem zlustrował dziewczynę, doskonale się prezentującą na tle samochodu i z nieskrywanym podziwem gwizdnął.

— Bałwan! — żachnął się Paweł, ale nie za głośno. Przez krótką chwilę miał ochotę krzyknąć za nim, zatrzymać go, a potem wściekle przywalić mu w szczękę. Dobrze jednak wiedział, że w starciu z taką bryłą mięsa nie miałby żadnych szans.

Anka obojętnie wzruszyła ramionami. Nie potrzebowała pomocy żadnego błędnego rycerza, by obronić się przed intruzami. Poprawiła zegarek, założony na rękę. — Śliczny pojazd, nie da się ukryć — rzekła. — Nieco może ekstrawagancki, lecz ładny. Przyjemnie się w nim siedzi. Ale bądźmy rozsądni... — głęboko westchnęła, ustępując mu pola. — Wiesz, miśku? Jednak wolę naszego polskiego fiata, a nawet najzwyklejszego pod słońcem malucha — dorzuciła pojednawczym tonem. — Bardzo szybko wrósł w podwarszawski krajobraz!

O dziwo, w jednej chwili go tym udobruchała. Znowu był górą. Natychmiast zmienił linię frontu i zaczął bronić szwedzkiego wozu.

— Och, nie przesadzaj. Zamiana porsche na volvo wcale nie jest taka zła. Tamten był nieco zużyty, ten jest fabrycznie nowy. I jaka wygoda. Na tutejsze warunki jest w sam raz!

Odsunęła się od samochodu, rzucając kluczyki na siedzenia. Gaston znikł w hotelu. Zastanawiała się, co Afrykańczyk zrobił ze swoją starą gablotą. Być może, już ją komuś sprzedał.

— Jesteś malkontentem — rzekła, głaskając go delikatnie po policzku. — I zachowujesz się czasem jak żigolak. Ale mimo to cię lubię, nawet bardzo!..

Roześmiał się, na krótką chwilę przytrzymując jej ciepłą dłoń.

— Jak żigolak? Może? Niewykluczone, że wolałbym dziewczynę ze Szwecji, nie z tej biednej Polski. Nieco starszą, no, góra około trzydziestki — niesmacznie dowcipkował. — I to koniecznie z nowym volvo, ewentualnie z jakimś innym modnym samochodem. No i z luksusowo wyposażonym apartamentem. — Uderzył się w czoło, udając, że doznał nagłego olśnienia. — Już wiem, wpadłem na genialny pomysł... — zawołał z przejęciem. — W przyszłym roku wybierzemy się w lipcu promem do Szwecji!

Pokręciła z niedowierzaniem głową, dziwiąc się jego niefrasobliwości.

— Kochany, ale tam też są Murzyni — wyprowadziła go z błędu.

Ten sam Niemiec wracał, gwiżdżąc z cicha pod nosem jakąś melodię. Zmarszczył brwi, spoglądając nagannie to na Ankę, to na Pawła. Widocznie mylnie wziął chłopaka za właściciela kabrioletu. Zazdrość była jak choroba zakaźna. Szybko się przenosiła. Potem zajmowały go już wyłącznie wierzchołki okolicznych drzew.


następny poprzedni