Analizy

dobiegały końca. Paweł trzymał zgiętą rękę, bo pobrano mu krew, zaś młoda pielęgniarka, mająca płomiennie rude włosy, przyniosła wykres EKG. Wstęga różowego papieru była już pocięta i złożona. Lekarz obejrzał zawiłe krzywe, obrazujące pracę serca, a potem zerknął na ekran monitora. Stuknął w klawisze i zawyrokował:

— Panie Pawle, nie musi się pan martwić, jest pan zdrów jak ryba. Okaz zdrowia! — westchnął. — Cóż, to młodość. Gdybym ja miał takie wyniki — wskazał dłonią na seledynowy ekran, z zadumą kiwając głową — biegałbym codziennie na plażę i kąpałbym się w morzu, a wieczorami chadzałbym na tańce. A tu, w Izraelu, potrafią tańczyć.

Anka odchrząknęła i głos z trudem przeszedł jej przez gardło.

— Jest zdrowy? Nic mu nie dolega? A co z jego głową?!..

Niezbyt fortunnie to zabrzmiało, ale lekarz chyba tak bardzo tym się nie przejął. Obdarzył dziewczynę promiennym uśmiechem, rozparł się wygodnie w fotelu i sięgnął po rogowe okulary. Wyjął z kieszeni irchę i zaczął je przecierać.

— Widzi pani, pani Aniu! Z zaburzeniami psychicznymi jest tak, że z reguły nie występują one w oderwaniu od zaburzeń cielesnych — zaczął. — Myślę, że w przypadku pana Pawła — skłonił się z gracją w jego stronę — w grę wchodzą czynniki klimatyczne, może jakiś rodzaj przejściowej alergii, związanej z tym regionem świata. Pyłki nieznanych kwiatów, inne powietrze, inna woda. Poza tym — bądźmy szczerzy — Izrael jest krajem licznych kontrastów. Jesteście tu po raz pierwszy i wszystko jest dla was nowe, ba, wręcz szokujące. Chłoniecie, przeżywacie, dziwicie się, próbujecie zrozumieć. Bywa, że system nerwowy tego natłoku bodźców nie wytrzymuje. I wierzga. Płata różne figle. Trudno się w tym jednak dopatrywać czegoś niepokojącego. To przejściowe!

Dziewczyna ulegle przytakiwała, z nabożeństwem chłonąc każde słowo i niemal mając łzy w oczach. Miły doktor wspaniałomyślnie rozgrzeszał Pawła i ze znawstwem go usprawiedliwiał. Znał się na swojej robocie, więc to, co jej cierpliwie komunikował, musiała uznać za na swój sposób niepodważalne. Nie poddawało się w wątpliwość osądów prawdziwych autorytetów. Tym bardziej, że były poparte wynikami.

Lekarz jednak nie zamierzał się z nimi tak szybko rozstać. Nie pozwolił im opuścić gabinetu, na którego ścianach wisiały ryciny z rzadkimi egzotycznymi ptakami, bowiem zaciekawiał go kraj dzieciństwa. Z nostalgią zaczął podpytywać o Polskę, zwłaszcza o Warszawę, z której wyjechał przed laty. Opowiadali mu o zmianach, które na ich oczach dokonywały się w stolicy. Słuchał z błyszczącymi oczyma. Ukontentowany ich relacjami, zaproponował im kawę, zacierając ręce i skwapliwie zapraszając w głąb mieszkania — do wygodnego salonu. Tu z kolei szczycił się kolekcją barwnych minerałów z różnych stron świata. Niewielkie porcelanowe filiżanki z aromatycznym napojem pojawiły się na ławie, a wraz z nimi biszkopty i słodkie ciastka. Rozsiedli się i nadal zaspokajali jego ciekawość. Ruda pielęgniarka otrzymała polecenie, żeby innych umówionych pacjentów tego dnia odsyłać z kwitkiem. Powód należał do ważkich. Pan doktor był ogromnie zajęty, bowiem miał niezapowiedzianych gości z Polski.

Po blisko dwu godzinach wylewnie się z nimi pożegnał, nie dali się już namówić na obiad, i wyszli od niego w stanie jakiegoś uniesienia i egzaltacji. Za wizytę nie wziął — oczywiście — ani centa. Nie tylko Ance, ale i Pawłowi zdecydowanie poprawiło się samopoczucie. Zatrzymali się na przystanku, z którego odjeżdżał autobus w stronę hotelu, a Paweł kupił sobie porcję lodów. Ulica była ruchliwa. Stali w milczeniu, dyskretnie przyglądając się przechodniom.

Mijała ich właśnie rzucająca się w oczy zakochana para. Młodzi, chłopak i dziewczyna, byli w jasnozielonych mundurach wojskowych. Trzymali się czule za ręce i wyglądali razem jak wycięci z obrazka.

— Kobiety też tu służą w armii — mruknął Paweł z odrobiną dezaprobaty. Z racji studiów wojsko go na razie omijało. — Boże, niezły wycisk im dają!..

Anka przekrzywiła głowę, lekko mrużąc oczy. Zdjęła na krótką chwilę okulary przeciwsłoneczne i poprawiła włosy. Wyobraziła sobie, że sama paraduje w podobnym mundurze. W tym odcieniu zieleni mogło być jej właściwie do twarzy.

Nie zgadzała się z Pawłem, ale wolała z nim się nie spierać. Przecież nie było o co.

— Wojna nie stoi na przeszkodzie miłości — stwierdziła z odrobiną zadumy. — A raczej jej służy.

W jej głosie zabrzmiał niespodziewany smutek. Brakowało jej czułych gestów. Romantycznych spacerów po parku przy świetle księżyca i płynących z głębi serca wyznań miłosnych, delikatnych pieszczot i pocałunków. Jeszcze raz melancholijnie sobie wyobraziła, że znajduje się na miejscu kruczowłosej dziewczyny w izraelskim mundurze, ale potem wróciła myślami do chłopaka z Polski. Pytająco zajrzała mu w twarz. Nie zamierzała zamieniać go na żadnego innego. Paweł akurat ze stoickim spokojem kończył lody. I nie przejmował się zmiennymi nastrojami, malującymi się na jej twarzy. Jej kaprysy i humory miał za nic.


następny poprzedni