Paweł

nie ustąpił. Uparcie trwał przy swoim, nie przejmując się, że posuwa się za daleko. Wkurzyło go, że dziewczyna chce zbagatelizować to, co z nim się działo.

— Jesteś idiotką — zawyrokował. — Mówię serio, nie bredzę. Nie kpię. Zresztą, po cóż miałbym nabijać się z samego siebie. Do diaska, nie zawracałbym ci głowy bez ważkiego powodu...

Przeraziła się i serce gwałtownie skoczyło jej do gardła. Nie chciała mieć zbzikowanego męża, który nie umie się uwolnić od halucynacji i niebezpiecznie szarpie się między jawą a snem. Ujrzała raptem siebie w roli odzianej w biały kitel pielęgniarki, która pcha fotel na kółkach z niepoczytalnym pacjentem.

— Ja też nie umiem wielu rzeczy w sobie kontrolować — wyjąkała, ale pojęła, że zabrzmiało to nieszczerze. „Co to ma być? Schizofrenia? Parkinson? Alzheimer?”

Wstydliwie zerknął na jej twarz i odkrył, że pobladła. Dopóki w grę wchodziły incydentalne złudzenia i ułudy — gorączkowo myślała — dopóty można było sadzić dowcipami, rechotać, a nawet tarzać się i zarykiwać ze śmiechu. Kiedy jednak zaczynały się prawdziwe omamy słuchowe lub wzrokowe, powodujące utratę poczucia rzeczywistości, wypadało zachować daleko posuniętą wstrzemięźliwość, powstrzymać się od pochopnych ocen i bezmyślnych kpin, a przede wszystkim dobrze się zastanowić. Zabił jej klina tym wszystkim. Coś z tym osobliwym fantem należało zrobić, i to w mig, ale struchlała nie wiedziała, co. Wciąż miała przed oczyma jego podejrzane zachowanie w Jerozolimie. Powinna była jeszcze zapytać go o to, co się konkretnie składa na te dziwaczne wizje, ale zabrakło jej odwagi.

— Czy mówiłeś już komuś o tym, co ci dolega? — z troską zapytała. — Na przykład Gastonowi?

Zorientował się, co czuje dziewczyna i zrobiło mu się jej trochę żal. Pomyślał, że z takim właśnie onieśmieleniem i pewną dozą nieufności spogląda się na prawdziwego pacjenta szpitala psychiatrycznego — jak na wadliwy mechanizm, który wprawdzie na pierwszy rzut oka wygląda tak, jakby był stuprocentowo sprawny, w rzeczywistości jednak nadaje się już tylko do wyrzucenia na śmietnik. Od czasu do czasu bywał u matki w szpitalu i natknął się kiedyś na wyprowadzaną z jej gabinetu zaniedbaną kobietę około trzydziestki o twarzy, która wydawała się nie wyrażać żadnych ludzkich uczuć. Kroczyła w samej halce i zaniepokojeni sanitariusze nieśli za nią jej odzienie, jeden sukienkę i rajstopy, drugi — buty. Gdy ujrzała Pawła, krzyknęła z nieskrywanym przestrachem i niespodzianie pognała w stronę uchylonych na balkon drzwi poczekalni. Tamci zatrzymali ją w ostatniej chwili. Okrakiem siedziała na żelaznej barierce i było widome, ze zaraz poleci głową w dół.

Pokręcił przecząco głową i odłożył pogięty przewodnik po Ziemi świętej.

— Nie, nie mówiłem o tym nikomu — wydukał. — Trudno, żebym rozgłaszał po dachach, że coś mi się przestawiło pod czachą. Z kłopotami zwracam się do przyjaciół, do osób, którym mogę w pełni zaufać; nie do obcych, których to nie obchodzi...

Wyznanie Pawła zabrzmiało szczerze i Anka poczuła, ze zbierają się jej łzy w oczach. Nie chciała, żeby to zauważył. Pobiegła wzrokiem w górę, jakby tam, między drobnymi postrzępionymi obłokami, znaczącymi się wysoko na niebie, znajdowało się coś niezmiernie frapującego. Los jej sprzyjał, gdyż ujrzała lotnię. Jakiś śmiałek, niby mityczny Ikar, wznosił się na skrzydłach, wykorzystując niewidoczne prądy i zawirowania warstw rozgrzanego powietrza. Pociągała nosem, śledząc jego majestatyczny i spokojny lot, a potem zdawała się liczyć ptaki, które wyglądały z dołu jak małe czarne punkty.

Nie odzywała się, więc Paweł też podniósł głowę. Przysłonił dłonią oczy

— Co się dzieje? — przekornie zapytał. — Czyżbyś chciała nawiązać łączność z satelitą telekomunikacyjnym?

Rozbroił ją tym nagłym skojarzeniem i natychmiast się roześmiała. Usiadła na ręczniku, starannie obciągając brzegi i równając fałdy. Paznokcie u obu rąk miała pociągnięte perłowym lakierem. Dopiero teraz zorientował się, że ma zrobione manicure. Pojął, że to typowo męski brak spostrzegawczości.

— Wiesz, co? — rzekła z namysłem. — Musimy coś postanowić. Koniecznie — rozstrzygnęła. — Ale najpierw trzeba pomalutku nad tym pomedytować. Żeby nie popełnić błędu. I żeby się nie potknąć. A przede wszystkim — poprosić o radę kogoś pewnego i z trzeźwą głową...

Zgodził się potulnie jak małe dziecko. Znalazł bliźniego, który chciał mu pomóc i nie mógł tego nie docenić. Otworzył znowu przewodnik po Izraelu, przerzucając stronice. Przez króciutką chwilę miała ochotę wyrwać mu z rak tę podniszczoną książkę i odrzucić gdzieś daleko, szybko jednak się opanowała, dochodząc do zrozumiałego wniosku, że to nie ona była przyczyną zmartwień jej chłopca. Należała do rozsądnych osób i nie wierzyła w takie bzdury jak przypadkowo rozsiane halucynogenne grzyby czy truciznę na krawędziach stron. Nikt ich przecież nie chciał otruć ani skrycie zabić w jakiś inny równie podły sposób.


Wirowały

cicho plastikowe skrzydełka wentylatora, lecz mimo to w prywatnym gabinecie lekarskim było i tak trochę duszno. Siedzący za szerokim biurkiem lekarz w białym kitlu miał łysinę błyszczącą od potu. Wyglądał na sześćdziesiątkę. Jego owalna twarz budziła zaufanie, a nazbyt krzaczaste brwi nie ujmowały mu uroku. Był miłym mężczyzną, spoglądał życzliwie i co rusz się uśmiechał — więc Paweł mimowolnie doszedł do wniosku, że multum czasu poświęca cierpiącym maluchom. Tym niemniej stwarzał zarazem nieuchwytny dystans, nie budzący zdziwienia w tym powszechnie cenionym fachu. Być może, był pediatrą, choć ze złotej wizytówki na drzwiach to nie wynikało. Tam figurowało właściwie tylko imię i nazwisko. Bo hebrajskich liter nie rozszyfrował. Chłopak założył koszulę, po tym jak został osłuchany stetoskopem. Następnie przykładnie usiadł obok swojej dziewczyny.

Anka, która miała na sobie tego dnia jedwabną wizytową sukienkę w delikatne wzory, nie żałowała, że dzień wcześniej wdała się w pogawędkę z przypadkowo napotkanymi siostrami zakonnymi. Ujrzała je przy kontuarze recepcjonisty, a zwróciła się do nich, słysząc, że rozmawiają po polsku. Były w ciemnobrązowych habitach. Starsza, niby matka przełożona, od razu przejęła inicjatywę, okazując życzliwe zainteresowanie nieco zagubionej dziewczynie, podczas gdy jej dużo młodsza towarzyszka taktownie milczała, stojąc z boku i jedynie grzecznie przytakując. Polka trzepała językiem jak najęta. Przeprosiła, że zajmuje czas i niepokoi. Szybciutko się przedstawiła, powiedziała, skąd jest i co robi w Izraelu, a potem od razu przeszła do rzeczy. Zapytała o lekarza w Tel Awiwie lub w Jaffie, który mógłby pomóc jej chłopakowi, a przy tym nie zażądałby krociowego honorarium. Bo jej chłopiec miał bliżej nieokreślone kłopoty ze zdrowiem. Jak się okazało, siostry zakonne doskonale wiedziały, do kogo należy zwrócić się w takiej sytuacji. Starsza z nich, siostra Eleonora, wyjęła z brewiarza czysty kartelusik, zaś z przepastnej kieszeni habitu wieczne pióro ze złotą stalówką i zapisała potrzebne dane. Anka dostała od ręki adres i telefon. Gdy się z nimi rozstała, jeszcze raz wszystko przemyślała — a uwzględniając możliwe za i przeciw, postanowiła nie zwlekać. Zatelefonowała pod wskazany numer. Odebrała pielęgniarka o miłym głosie, która słysząc język polski, natychmiast połączyła ją z gabinetem. Doktor był zachwycony tym, że będzie mieć pacjenta z Polski, zachowywał się kordialnie i kazał im przyjeżdżać. Umówiła się z nim na następny dzień.


następny poprzedni