Dzień

był bardzo upalny, a w telewizji ostrzegano, że temperatura przekroczy 45° C w cieniu. Zatroskany o swych podopiecznych chudy Arab poddał myśl, by odłożyć na później zaplanowaną wyprawę do Hajfy, malowniczo rozciągniętej na lesistych stokach góry Karmel. To był północno-zachodni zakątek Izraela. Ocierał pot z czoła i zamiast tego sugerował, by turyści się wybrali na nadmorską plażę. Anka i Paweł zrezygnowali z tej ostatniej atrakcji i rozsądzili, że w zupełności wystarczy im pływalnia za hotelem. Rozłożyli się na trawniku na ręcznikach kąpielowych, ciągnęli przez słomki napój z lodem, przyniesiony w wysokich szklankach z baru i przyglądali się skaczącym do wody. Gaston opuścił z rana hotel, tłumacząc Polce, że ma coś pilnego do załatwienia w Tel Awiwie, a jego wozu nie było na parkingu. Leniuchowali więc we dwoje — nie licząc dziewcząt z Budapesztu, które z bezpiecznej odległości zezowały w stronę Pawła, zachowując dystans i przezornie nie wchodząc rywalce w drogę. O Teresę Paweł otarł się przypadkiem przy barze, gdy zamawiał zimne napoje. Spodziewał się, że będzie zazdrosna o Ankę i że się do niego nawet nie odezwie — jednakże się pomylił. Obdarowała go bowiem promiennym uśmiechem i życzliwie mu przypomniała, że nie zajrzał dotąd do ich numeru hotelowego.

Po histerycznym wybuchu, który miał miejsce poprzedniego wieczora, Anka była w zaskakująco dobrym humorze. Tamto zajście przed hotelem spłynęło po niej jak woda po kaczce. Twarda sztuka! Wydobyty z przepastnej skórzanej walizy jednoczęściowy strój kąpielowy nieźle się na niej prezentował. Pierwszy raz go włożyła. Dziewczyna złagodniała, wcielając się w rolę zalotnej rusałki, która gubiącego się w mokradłach śmiałka wabi zniewalająco słodkim głosem. Z wdziękiem wsparta na łokciu, wodziła wzrokiem w oddali, niby to szukając natchnienia. Włosy miała starannie przycięte i rozjaśnione, co dowodziło, że korzystała z pomocy fryzjera, który kapryśne klientki przyjmował na pierwszym piętrze hotelu. Subtelny pastelowy makijaż był prawie niewidoczny, pozwalając się również domyślać fachowej ręki, perfumy najlepszego gatunku. Stwarzała wrażenie nastolatki, która zawsze pamięta, że kochanemu chłopakowi powinny wpadać w oczy przymioty jej urody.

— Coś cię gnębi — rzekła, nie patrząc na Pawła. Rzuciła tę myśl mimochodem, jakby wracając do porzuconego kiedyś tematu. — Gryziesz się z czymś poważnym. I nie trzeba cię wcale znać, żeby to zauważyć.

Strzał padł znienacka, a Paweł, który szukał w pamięci nazwy wymyślnych francuskich perfum dziewczyny, poczuł się na krótką chwilę wytrącony z równowagi. Nie był przygotowany do rozmowy z psychoanalitykiem, a rozłożony na trawie kolorowy ręcznik frotté nie kojarzył mu się z kozetką w jego gabinecie.

— No, wiesz? Akurat! — najeżył się, instynktownie szukając ucieczki. Przypomniał sobie, jak fatalnie wypadł w Jerozolimie. Nieco odsunął się od Anki. — Nie wysilaj się, mała, nie masz zadatków na Kolumba i nie odkryjesz Ameryki. Spóźniłaś się o czterysta lat... — gorzko odparował.

Zamknięty w sobie bezmyślnie kartkował przewodnik, który należało oddać do introligatora, zważywszy ośle uszy przy okładkach i pogięte stronice. Mimowolnie zatrzymywał się przy nielicznych kolorowych ilustracjach, wpatrując się w nie tępym wzrokiem. Utknął przy Hajfie, w której mieli obejrzeć Narodowe Muzeum Morskie, Grotę Eliasza i klasztor karmelitów Stella Maris, nie omijając przy tym największej atrakcji miasta, czyli przykrytego złotą kopułą i położonego wśród perskich ogrodów sanktuarium wyznawców bahaizmu. W planie był ponadto stary gród krzyżowców — Akka. Wreszcie ciężko westchnął i odłożył książkę, nie znajdując w niej ratunku. Czuł, że Anka chce z nim szczerze porozmawiać, zaryzykował i postanowił jej zaufać. Zdał się na ślepy traf.

— To fakt — potwierdził z ulgą. — Coś niedobrego dzieje się z moją głową — wyjawił bez ogródek. — Mam... jakieś... dziwne wizje...

Nie dała mu poznać, czy jest zaskoczona tym wyznaniem. Była spokojna i opanowana.

— Wizje? — po chwili niepokojącego milczenia powtórzyła jak echo, nieporuszenie się wpatrując w drobny postrzępiony obłok, rysujący się wysoko na błękitnym niebie. Wreszcie się uniosła, siadając w kucki. — Masz jakieś wizje? — jeszcze raz zapytała, przyglądając mu się z baczną uwagą. Chyba nie tego się spodziewała. Widziała, jak układają się mu włosy na czubku głowy. Potem ostrożnie zachichotała: — A może to nie wizje, ale tele-wizje? — dowcipkowała. — Coś w stereo i w kolorze? — naiwnie próbowała go rozbroić, sprowadzając jego wyznanie do poziomu niefrasobliwej gry słów.

Prychnął z nieskrywaną irytacją.

— Nie mam ochoty na kiepskie żarty. Nie ma to niczego wspólnego z telewizją ani z kinem. To się naprawdę dzieje — odsłonił karty, spoglądając z rozdrażnieniem na dziewczynę. — C'est un problème — dorzucił po francusku. — Quelque chose très importante!..

Szybko się podniosła i widział teraz już tylko jej smukłe, opalone łydki. Jakoś nie trafiało jej do przekonania, że tak rozsądnemu i trzeźwo myślącemu chłopcu, studentowi fizyki, mającemu w jednym paluszku moc naukowych teorii, dotyczących przeróżnych zjawisk materialnych, rzeczywistość może wymykać się spod kontroli. Czy ktoś taki jak on mógł cierpieć na zaburzenia psychiczne? Coś jej mówiło, że raczej nie. Zakłopotana, zastanawiała się, czy nie lepiej by zrobiła, gdyby się zdecydowała na skoki do wody, zamiast na kretyńskie rozmowy o odmiennych stanach świadomości.

Jeszcze raz spróbowała, chcąc wszystko obrócić w żart. Przysiadła przy chłopaku.

— A może po prostu źle ustawiłeś, mój mały zielony urwisie, swoją antenkę na głowie i teraz odbierasz nie tę stację co trzeba? — ciepło zapytała jak zatroskana kosmitka z filmów animowanych dla dzieci, drążąc dalej ten sam absurdalny temat i nie przejmując się, że swymi niedorzecznymi domysłami wyprowadziła go przed chwilą z równowagi. — Nie pomyślałeś, żeby... wybrać inną częstotliwość?


następny poprzedni