<

Przed

hotelem działo się coś niepokojącego i nawet do restauracji dochodziły niewyraźne przytłumione krzyki. Wzburzony recepcjonista nerwowo zajrzał do sali, przywołał jednego ze stojących przy barze kelnerów i o coś go śpiesznie zapytał. Ten jednak ze wzgardą zaprzeczył.

Paweł z rozwagą spojrzał na Gastona, wahając się, czy nie przerwać kolacji. Anka ostatecznie rozstrzygnęła, po kobiecemu przejmując inicjatywę.

— Wychodzimy — powiedziała z pełnymi ustami. — Zobaczymy, co to za heca. Pewnie jakiś wypadek, albo ktoś znany przyjechał.

— D'accord — rzekł z błyskiem w oku Murzyn, składający ze stoickim spokojem płócienną serwetkę.

Ciekawość zwyciężyła i przy innych stolikach również trwało poruszenie. Nikt nie chciał przegapić okazji i prawie wszyscy w pośpiechu się podnosili. Doszło do czegoś elektryzującego, czego z całą pewnością nie należało przeoczyć. W przejściu Paweł mimowolnie otarł się o Gertrudę. Przez krótką chwilę wydawało mu się, że dziewczyna się zatrzyma i że delikatnie pocałuje go w policzek, ale nic takiego się nie stało, gdyż nie mogło się stać. Usłyszał tylko zdawkowe „pardon!”, rzucone od niechcenia gdzieś w próżnię i jakby nie w jego stronę, mimo to niezaprzeczalnie adresowane do niego.

Dwaj słusznego wzrostu mężczyźni, obaj na oko około czterdziestki, starli się z trzecim, wątlejszym i niższym od nich, ale zręcznym, sprężystym i zwinnym jak pantera. Walka chwilę już trwała, była zajadła, a tamten stawiał im zaciekły opór, zasłaniając się precyzyjnymi, dobrze wyliczonymi ciosami kung fu. Bronił się doskonale, używając zarówno rąk jak i nóg, a mistrzowskie dźgnięcia i razy tylko z pozoru trafiały w próżnię. Były szybkie, miękkie, obrona szczelna, a każdy atak błyskawiczny. Paweł uzmysłowił sobie z przestrachem, że taką potyczkę można było zobaczyć tylko w kinie lub w telewizji i przypomniał sobie „Wejście smoka” z Brucem Lee. Jednego z rosłych mężczyzn mistrz walk wschodnich zwalił z nóg, lecz ten natychmiast z determinacją poderwał się z trawnika. Nie dał się zepchnąć z maty. Drugiemu z atakujących spływała krew z rozciętego czoła, musiał więc już wcześniej zdrowo oberwać. Turyści z restauracji trafili na finał zaskakującego i raczej krótkiego pojedynku. Tamten już słabnął i wreszcie obrońcom prawa udało im się jakoś go dopaść i obezwładnić. Bezlitośnie przyparli go do muru, bezpardonowo wykręcając ręce do tyłu przy akompaniamencie soczystych przekleństw i nieprzyzwoitych wyzwisk.

Drzwiczki stojącego nieopodal policyjnego wozu były z obu stron szeroko otwarte, a kogucik na dachu migotał. Rośli policjanci w cywilnych ciuchach próbowali wepchnąć na tylne siedzenia złapanego Palestyńczyka. Jednakże im się to nie udało, a ich przeciwnik zdobył się jeszcze raz na nadludzki, tytaniczny wysiłek. Gra szła widocznie o wysoką stawkę. Szarpnął się i wyślizgnął z objęć, zwalając jednego z oprawców z nóg i wbijając mu nieomal głowę w karoserię. Potem pomknął wzdłuż ściany hotelu z rękami w kajdankach, kryjąc się za niskim żywopłotem z bukszpanu. Nikt z gapiów nie próbował go zatrzymać. Ośmieszony gliniarz chyba nie wytrzymał nerwowo, podniósł się z asfaltu i sięgnął po pistolet, pozostawiony między siedzeniami. Strzał zabrzmiał sucho, a umykający potknął się i upadł. Jeszcze kilka sekund, a szczęśliwie znikłby za rogiem, znajdując ocalenie. Niestety, nie uśmiechnął się do niego los, a pokrótce obaj mężczyźni przypędzili go z powrotem. Kula trafiła go w bark. Szedł skruszony i cierpiący, nie mogący poruszać ręką, a na jego poszarpanej koszuli znaczyła się czerwona plama. Dzielni policjanci złapali wrednego bandytę.

Paweł instynktownie wziął stronę Palestyńczyka. Przetarł ręką czoło i poczuł, że jest mokre od potu.

— Degeneraci, oprawcy i kaci! — wymamrotał ze zgrozą. Przez moment twarz złapanego wydawała mu się podobna do twarzy jednego z uczniów Jeszuy. Wszystko rozegrało się tak szybko, że nie mógł pozbierać myśli.

Wsłuchująca się jednym uchem w toczące się z tyłu rozmowy i z pozoru spokojna i opanowana Anka nieco za gwałtownie zareagowała. Także bardzo tę utarczkę przeżyła. To dla niej był prawdziwy szok.

— Kieszonkowiec? Tak, złodziej? — rzekła, a w jej głosie zabrzmiały nuty histerii. — To może ten, który grzebał w twoich rzeczach? — zapytała odrobinę za głośno. Wydawało się, że jeszcze chwila, a dziewczyna się rozpłacze.

Samochód policyjny odjeżdżał. Niemcy zaczęli hałaśliwie się spierać, a w rzucanych pospiesznie zdaniach powtarzały się słowa „terrorysta” i „terroryzm”. Anka wydawała się ich nie słyszeć. Mówiła swoje, jakby wpadła w trans. — No, właśnie?! — uparcie drążyła raz podjęty temat. — Grzebie ktoś w rzeczach, w pokoju, a nic nie ginie. W takim razie, po co?! Po co to robi?! Po co?! Po jakie licho?!..

Trzęsła się jak osika i było jasne, że za chwilę trzeba ją będzie przytulić jak dziecko, pocałować i uspokajająco pogłaskać po głowie. Pierwszy raz w życiu widziała, jak strzelano do człowieka. To nie było ujęcie z planu filmowego. Obejrzeli coś, do czego doszło naprawdę, bez kamer, bez udziału kaskaderów, bez świateł i profesjonalnego makijażu. Afrykańczyk ujął ją delikatnie pod ramię. Na pomoc Pawła nie mógł liczyć — ten także sterczał obok blady jak trup i dokumentnie nieprzytomny.

— Ce sont les Polonais — półszepnął Murzyn, ale bez żadnej ironii i złośliwości. Grymas na jego czarnej twarzy dowodził, że również nie jest zadowolony z tego, co ujrzał.

Cała trójka znalazła się ponownie przy stoliku w restauracji, ale nikomu nie chciało się już kończyć kolacji. Młodzi Polacy popadli w przygnębienie. Paweł zdołał się jakoś opanować. Dopił z trudem sok pomarańczowy, niepewnie zezując to w kierunku Anki, to Gastona, i licząc na to, że któreś z nich pierwsze się odezwie.

Anka wreszcie nie wytrzymała i zaczęła chlipać. Sięgnęła po chusteczkę.

— Przecież nie powinno się... — pociągała nosem przy każdym słowie. — Tak się nie powinno. To podłe! Straszne! Złe! — łkała. — Tak strzelać do niewinnego człowieka!

Potem całkiem się rozkleiła. Przygarbiła się na krześle i buczała jak rozkapryszony kilkulatek, zaciągnięty przez matkę po raz pierwszy do przedszkola. Rozmazał się jej makijaż, znaczący się smugami na zapuchniętych policzkach. Jej płacz dziwnie jednak rozładowywał powstałe napięcie. Przemądrzała Amazonka znad Wisły zstępowała z cokołu, na którym dotąd władczo stała. Ku zdumieniu Pawła żegnała się z rolą wyniosłej damy, za nic mającej mężczyzn i owijającej ich sobie wokół palca, spuszczała z tonu i pokorniała. Uchodziło z niej powietrze. Przyszło mu do głowy, że nigdy wcześniej nie pozwoliłaby sobie przy nim na tak żenujący pokaz słabości. Szeroko otwartymi oczami przyglądał się swojej lasce, lecz zupełnie jej nie rozumiał.


następny poprzedni