Przebiegły

amator nocnych wrażeń jednak zręcznie mu umykał. Cień pojawił się koło pływalni, a wkrótce jedną z palm gwałtownie zakołysało. Przyczaił się po drugiej stronie akwenu, więc dojrzał jedynie ledwie rysującą się sylwetkę. Po chwili wahania dał sobie spokój z podchodami. Znudziła mu się ta zabawa, dobra dla malców. Nie kryjąc się, leniwie obszedł basen, lecz pod palmami o włochatych pniach nie zastał już nikogo. Schylił się, bo w słabym świetle latarni zauważył wypisane na piasku jakieś hebrajskie słowo. Musiałby przejść przyspieszony kurs tutejszego języka, żeby dojść do tego, co ono oznaczało. „Ivri, daber ivrit! Hebrajczyku, mów po hebrajsku!” Nieopodal leżało kilka świeżo zerwanych gałązek palmowych i z przejęcia zabiło mu mocniej serce. Drżącą ręką podniósł jedną z nich i z najwyższą powagą obejrzał. Przy tej właśnie palmie poznał przebojowe nastolatki z Węgier. Przeszyła go podejrzliwa myśl, iż jakiś tajny wysłannik sprzed dwóch tysiącleci dotarł tu ze skierowanym do niego ostrzegawczym orędziem. Wydawało się, iż chce mu uzmysłowić, że cierpienie jest w życiu czymś nieuchronnym i że Paweł nie może go uniknąć. Potem gdy nieco już ochłonął, wyperswadował sobie ten nonsensowny pomysł.

— Też mi coś? — mruknął. — Nie mam zadatków na męczennika.

Ruszył łepetyną i doszedł do przekonania, że trafił na wysportowanego turystę, który postanowił sobie dowieść, iż bez trudu wdrapie się na wysoką palmę. Ten pewnie nie chciał zwracać na siebie niczyjej uwagi, więc wybrał na cichy popis późny wieczór.

Uchyliły się oszklone drzwi i z hotelu wypadło kilka osób, pewnie z grona bawiących się w restauracji. Przez chwilę sądził, że podtrzymującą bełkocącego po pijanemu faceta dziewczyną jest Manuela, ale kiedy jej się dokładniej przyjrzał, uznał, że to nie ona. Wparował do budynku, niepokojąc się, czy z gałązką palmową w ręku nie zostanie przyjęty jak pomyleniec, usiłujący obchodzić w lipcu Niedzielę Palmową, lecz — na szczęście — nikt nie zwrócił na niego uwagi. Chwiejący się na nogach wysoki Amerykanin o wydatnych szczękach zaczepił go, pytając, czy przypadkiem nie ma zapałek. Był w kapeluszu z dużym rondem i miał rozszerzane dołem spodnie. Winda nadjechała i Polak wcisnął numer swego piętra. Czuł się znowu zmęczony. Zostawiający za sobą pełne wymowy symboliczne ślady nieznajomy z parku — chcąc nie chcąc — zwalił go z nóg swoją niedopowiedzianą grą. Gałązkę palmową włożył do flakonu z wodą, a potem opadł ciężko na łóżko, zbierając myśli. Następnego dnia czekała go wycieczka do Jerozolimy i wywnioskował, że jeśli nie ma dosypiać w autokarze, powinien już przyłożyć głowę do poduszki.


Korowód

przesuwał się, ledwo widoczny w morzu głów. Najsilniej krzyczeli ci, którzy przybyli z Galilei. Znali Nauczyciela, który otwierał pochód, jadąc na oślicy. Wiwatom nie było końca. Wydawało się, że zebrane tłumy rozniosą miasto i ogłoszą Jeszuę królem Izraela. Ukryte marzenia się spełniały. Kto miał jeszcze wątpliwości, mógł się ich wyzbyć, widząc, jak prorok jest witany w bramach Jerozolimy. Johanan nieomal otarł się o obcego o słomianej czuprynie, którego blada twarz utkwiła mu w pamięci. Nie mógł się jednak zatrzymać. Tłum parł do przodu, niby w bitwie, wołał „Hosanna Synowi Dawida!”, a gałązki palm, unoszone wysoko niczym sztandary wojskowe, pofruwały na wietrze. Ktoś podążający tuż za Jeszuą krzyknął:

— Błogosławiony Ten, który przychodzi w imię Pańskie!..

Podchwycono okrzyk. Wnet tłum odświętnie przyodzianych pątników, przybyłych na uroczystości Paschy, wołał z radością, z niewymownym uniesieniem, niemal w ekstazie:

— Błogosławiony Ten, który przybywa w imię Pańskie!..

W tłumie przeważali ci, którzy pochodzili z małych miasteczek i wiosek Galilei, znali Nauczyciela, słuchali Jego mów i byli świadkami cudów, które zdziałał, okazując niezwykłą moc. Któż zresztą nie słyszał o Jego uzdrowieniach, o tym, jak przywracał wzrok niewidomym, jak chromym pozwalał znowu chodzić, jak wypędzał złe duchy z opętanych, jak uwalniał od trądu, jak podnosił zmarłych z mar? Kto pochodził z Galilei, musiał o tym wiedzieć. Mistrz z Nazaretu miał władzę nie tylko nad złymi duchami, źródłem chorób, ale również nad przyrodą: uciszył burzę, przemienił wodę w wino na weselu w Kanie Galilejskiej, rozmnożył chleb, karmiąc utrudzonych słuchaczy swych nauk, wreszcie sprawił, że rybacy, oglądający puste sieci, mieli obfity połów.

Słano szaty przed Nauczycielem. Czy był król, który w przeszłości równie uroczyście wkraczał do świętego miasta? Rzucano pod kopyta oślicy gałązki palmowe. Pątnicy kroczyli za prorokiem, szli naprzód, tuż za Nim i za Jego uczniami, parli do przodu. Wydawało się, iż dojdą tak do świątyni, a tam zetrą w proch przeciwników nauk Mistrza. Czy Jeszua nie powinien był zmierzyć się ze swoimi wrogami, skrytymi wśród faryzeuszów i kapłanów świątynnych, a mierząc się z nimi, nie okazać swojej przewagi? Czy ktoś mógłby Mu się skutecznie przeciwstawić? W tak podniosłej chwili niewielu zdawało się wątpić. Tylko nieliczni, kroczący z troską na obrzeżach prącego do przodu tłumu, a zarazem świadomi siły, jaką dysponowali arcykapłani, przeżywali trwogę. Takiej demonstracji starsi Izraela nie byli w stanie ścierpieć. Jeszua wielokrotnie im zarzucał, że są grobami pobielanymi i że daleko im do prawdziwej religii. Czcili Boga tylko ustami, lecz nie sercem. Dbali też bardziej o własną kiesę niż o prawdziwe dobro ludu Izraela.

Gdzieś z przodu rozległ się metaliczny dźwięk, charakterystyczny, wyraźny i budzący lęk w sercach. Okrzyki ustały. Triumfujący tłum w jednej chwili przygasł. Pochód się rozmywał. W powietrzu nie powiewały już gałązki palmowe. Johanan rozglądał się niespokojnie, nie rozumiejąc, co się stało. Nauczyciel gdzieś zniknął i tylko niektórzy z Jego uczniów pozostali na ulicy. Spostrzegł wreszcie swego brata, Jakuba, stojącego obok oślicy tuż przy bramie okazałego domu. Tłum rozpływał się w milczeniu na dwie strony, usuwając się przed nadchodzącą kohortą. Złote zbroje błyskały w słońcu.


następny poprzedni