Słońce

już zgasło, kryjąc się za linią horyzontu, zaś na pokrytym gwiazdami niebie królował blady księżyc. Zapowiadała się spokojna noc, a pogodny wieczór nastrajał do refleksji. Pawłowi nie chciało się jeszcze spać, bo przecież rankiem dość późno zwlókł się z łóżka. Po kolacji Anka gdzieś przepadła, wymawiając się bólem głowy. Z jawnym lekceważeniem pozostawiła go sam na sam z Gastonem. Postali ze sobą z minutę, przestępując z nogi na nogę i bez entuzjazmu bąkając coś do siebie, aż wreszcie tamten go pożegnał, wymawiając się jakimiś zajęciami. Miał ponoć coś do załatwienia na mieście. Chłopak nie dziwił się złemu samopoczuciu swojej kumpelki, zważywszy jej groteskowe popisy przy stoliku. Tak rozsierdzonej jej dawno nie oglądał. Z przyzwyczajenia zastukał do jej drzwi, przykładając ucho, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Pewnie Polka już spała, wtuliwszy twarz w poduszkę. Rozkosznie się przeciągnął, świadomy tego, że nikt go nie widzi. „Nie chciała buzi na dobranoc? Nie chciała!” Do śniadania miał ją z głowy.

— Królewna Śnieżka i siedmiu krasnali, jak w tej oklepanej bajeczce dla dzieci. Tak nisko upadłaś? Koloryzować trzeba z talentem — wycedził niby to do niej, niby to do siebie, wciskając ręce do kieszeni. — Histeria, ani chybi — rozstrzygnął po chwili z miną obytego medyka. — Czemu tak jej się poprzestawiało pod dachem? — cierpko dociekał. — Odbiło jej, czy co? — Cichuteńki głosik zdawał się go zgryźliwie podpytywać: „A jaką diagnozę, palancie, postawiłbyś sobie?”, ale te niby-podszepty ostentacyjnie zlekceważył. Przełamał już impas, związany z raptowną zmianą stref geograficznych, był sobą w każdym calu i czuł się zdrów jak ryba.

Sprowadził windę i przyszło mu nagle do głowy, że mógłby wpaść z grzecznościową wizytą do sympatycznych Madziarek. Zamiast więc zjechać na dół, udał się na górę. Rozejrzał się tam ciekawie, był tu pierwszy raz, ale siódme piętro nie różniło się od pozostałych. Delikatnie zastukał do numeru, lecz i tu nikt mu nie odpowiedział. Dopiero po chwili zorientował się, że nieco powyżej progu ze szczeliny wystaje złożona karteczka. Poczuł się znowu goniącym za przygodą agentem wywiadu brytyjskiego, Jamesem Bondem, wyjął ją i rozwinął. Doznał zawodu, bowiem skreślone szybkim pismem słowa były po węgiersku. Wesolutka Manuela pozostawiła wiadomość dla swojej przyjaciółki. Po miękkiej wyciszającej kroki wykładzinie zrezygnowany powrócił do windy, by zjechać na parter. W kabinie zamurowało go z wrażenia. Czarne błyszczące oczy spoglądały odrobinę badawczo, a ukryte pod fałdami szaty tajemnicze ciało dziwnie emanowało, budząc nieznane mu wcześniej żądze. Ten pociągający gładki brzuch z odsłoniętym pępuszkiem... Odziana w hinduski narodowy strój młodziutka kobieta o delikatnej ujmującej twarzy żywcem przypominała prawdziwą księżniczkę. Może była Szeherezadą z perskich baśni i też przybyła tu z przeszłości? Sterczał jak słup, bojąc się oddychać, a poczuł się swobodniej dopiero gdy wysiadł z windy. Pojął, że instynktownie poszukuje Manueli. Żywił nadzieję, że spotka swoje roześmiane znajome przed kontuarem recepcji lub przy wejściu do hotelu, lecz i tam ich nie zastał. Z restauracji dobiegały dźwięki muzyki, ale nie chciało mu się tam wsadzać nosa. Nigdy nie uważał się za dobrego tancerza i kręcił się na parkiecie tylko wtedy, kiedy musiał. Prychnął ze złością i zdecydował się na samotny spacer po parku, którego dotąd właściwie jeszcze sobie nie obejrzał.

Woda w basenie była przejrzysta, więc w bladym świetle księżyca przeświecało niebieskie dno. Srebrzysta poświata wywoływała wrażenie bajkowości, a stojące wzdłuż hotelu pomarańczowe latarnie wyglądały jak zaczarowane. Mimowolnie wyobraził sobie, że wkracza w obręb sugestywnego malowniczego świata, w którym nie obowiązują surowe przyziemne prawa. Przesunęły mu się przed oczyma kadry „Akademii Pana Kleksa”, filmu, którego fragmenty obejrzał w kinie studyjnym w stolicy. Okrzyczana ekranizacja utworu Jana Brzechwy budziła w nim zachwyt, a przecież nie posądzał się o infantylizm. Skrył się w alejce, krocząc z założonymi do tyłu rękami i wsłuchując się w odgłos żwiru, chrzęszczącego pod stopami. Potem stanął i zerknął na wypełnione miliardami gwiazd niebo, szukając natchnienia. Ogrom kosmosu go zawsze przytłaczał i czuł się pod roziskrzonym nocnym sklepieniem jak maleńka mrówka, nie pojmująca prawie niczego z imponujących procesów fizycznych. Gdzieś tam w mroźnych przestrzeniach, wypełnionych z rzadka okruchami materii, zacierały się wydumane przez ludzi granice, a wszelkie umowne podziały traciły na wartości.

Alejka doprowadziła go aż do wysokiego muru, który miejscami był zmurszały. Domyślił się, że po drugiej stronie biegnie ulica, a nieco dalej ciągną się już złote nadmorskie plaże. Wystarczyło przeskoczyć Ha Yarkon Street. Nie lękał się mroku i przepadał za ciemnością i odosobnieniem. W Beskidach czuł się dobrze w lesie po zmierzchu. Tę przedziwną skłonność do obcowania z przyrodą, zrozumiałą u polujących nocą drapieżników, po raz pierwszy odkrył u siebie w malowniczych Pieninach, gdy wdrapywał się na Trzy Korony na długo przed wschodem słońca. Przyłączył się wtedy do grupy oazowej, która miała zamiar budzący się dzień przywitać na szczycie śpiewem i modlitwą. Tamci wyprawili się z Jaworek około dwudziestej trzeciej, przeszli przez Szczawnicę, a przez most na Dunajcu dotarli do Krościenka. Byli całą noc w drodze i podziwiał ich samozaparcie.

Jakiś ptak nie mógł zasnąć i dawał o sobie znać powtarzającym się trelem. W jego głosie brzmiała skarga. Paweł wsłuchał się w ten trel — i przyszedł mu raptem do głowy psotliwy pomysł, żeby po cichu podejść nocnego amatora śpiewu i znienacka go przepłoszyć. Matka taktownie mu tłumaczyła, że jest chłopcem otwartym bardziej na sferę przeżyć wewnętrznych niż na meandry otaczającego go świata. Uznawał, że jest w tej ocenie sporo prawdy, lecz się z nią do końca nie zgadzał. To, czego uparcie i po omacku szukał, znajdowało się na pewno w świecie realnym i nie było wytworem jego nieco rozhuśtanej wyobraźni.

Pomyślał o osobliwym zjawisku, zwanym przez psychologów empatią.

— A może odczuwam czyjeś stany ducha? Może ktoś skrycie tęskni za mną, pragnąc znaleźć ze mną wspólny język? Jednak nie umie się przedrzeć przez zasłonę obyczajów i przyjętych konwenansów? — półszepnął ni to do siebie, ni to do ptaka, który wreszcie zamilkł. — Może jest blisko, tuż, tuż, prawie na wyciągnięcie ręki?..

Skarżący się ptak nie odpowiedział. Włożył już zapewne mały opierzony łepek pod ciepłe skrzydełko, by oddać się błogim ptasim snom. Paweł ciężko westchnął, dumając nad ślicznymi dziewczętami z Budapesztu, a potem nad Gertrudą. Postanowił zawrócić. Zarzucone diamentami gwiazd niebo nie chciało się jednak z nim rozstać, księżyc nadal przeświecał między konarami drzew, więc chłopak co rusz się zatrzymywał, kontemplując wyrastające przed nim dziwne mroczne kształty i łowiąc wzrokiem baśniowe cienie. Z zadumy wyrwała go dopiero jakaś niewyraźna postać, majacząca się dalej na ścieżce. Załomotało mu w piersiach. Nie był jedynym nocnym markiem w parku za hotelem i obudził się w nim nagle duch tropiciela. W jednej chwili przeistoczył się w trapera, usiłującego zmylić tropy śledzącym go czerwonoskórym, ani chybi złaknionym jego skalpu. Przypadł do pochyłego pnia i przywarował. Miał pod palcami porowatą korę. Nie wykluczał tego, że natknął się na hotelowego gościa, który odczuwał podobną jak on potrzebę obcowania w samotności z przyrodą. Być może, ówże, dojrzawszy jego cień z oddali, postanowił nie wchodzić mu w paradę.

— A jeśli to są tamci? — szepnął z nabożnym lękiem. — Co wtedy? Czyżby znowu jakaś nieziemska moc przenosiła mnie w przeszłość?..

Ogarnęła go groza. Niechętnie wrócił myślami do przygody na zboczu wzgórza, a następnie do tego, co przydarzyło mu się przy grobie Łazarza. Mimo lęku postanowił cicho się udać za nieznajomym. To było od niego silniejsze.


następny poprzedni